Macedonia Występy gościnne

Macedonia według Rudych Rodziców

-
10 kwietnia 2016

Mały kraj wielkości województwa lubelskiego i mniej więcej o takiej liczbie mieszkańców. A wokół same góry i obłędne widoki, rozmach w budowie dróg ogromny, a megalomania i przerost treści nad formą wprost powalający. Dlaczego? A no może dlatego, że kraj niewielki, że gospodarki w nim brak, przemysłu też, ale głównie chyba brak pomysłu na to, co dalej. Ogromna korupcja i bezrobocie, ale historia tego miejsca jest ciekawa i nierozerwalnie związana z Grecją, z która drą koty właśnie o tę historię.

Był to nasz drugi pobyt w tym kraju i równie udany, co zaskakujący. Flaga Macedonii, to ogromne żółte słońce, takie z promykami, jakimi malują dzieci, na czerwonym tle. Prawie 300 słonecznych dni w roku, ach jak ja im tego klimatu zazdroszczę! Tym razem nasza baza była w Skopje. Hotel na wprost ambasady Grecji, blisko centrum. I to był jedyny pozytyw tego miejsca. Pozostałe kwestie lepiej przemilczeć. Upał wściekły, po krótkim wypoczynku zwiedzamy miasto. Ruch duży, pełno turystów, którzy tak jak i my za pierwszym razem otwierają usta ze zdziwienia. To trzeba zobaczyć i trudno naprawdę to opowiedzieć, a można zamknąć w jednym słowie: POMNIKI! Główny Plac Macedonii wita nas monumentem jeźdźca na koniu, którego wszyscy mniej, czy bardziej prawdziwie nazywają Aleksandrem Macedońskim. Dwa lata temu plac był wyłożony pięknym granitem, a nas witają roboty brukarskie polegające na zrywaniu granitowych płyt i zamienianiu ich na bielutką kostkę wielkości 10×10 cm. Tam gdzie została położona jeżdżą maszyny sprzątające, takie jak w marketach, bo utrzymanie tej kostki w porządku będzie pewnie źródłem zatrudnienia wielu osób. Powiem krótko: brak w tym logiki. Pomnik Jeźdźca jest „nieco” nieforemny, ale za to gigantyczny, a to dopiero początek przygody pomnikowej. Nie nadążamy z rejestrowaniem kolejnych „cudnych” tworów sztuki rzeźbiarsko-odlewniczej, one są wszędzie, ale czemu i na co, to jedynie Bóg i włodarze tego kraju wiedzą. Pomnik galerianek, pływaczek, pucybuta i byka, pomnik monstrualnych matek z wielkim cycem, fontanny i pomniki różnych „wielkich” tego maleńkiego państwa. Kamienny, stylizowany na antyczny most spina dwa brzegi rzeki Wardar na nowo zbudowanej „starówce”, wiem, że brzmi to nieco dziwnie, ale taka jest prawda. Otaczają nas gigantyczne budynki przypominające dekorację do hollywoodzkiej produkcji, wszystkie w „greckim, antycznym stylu”, ale z kopułą z plastiku. Takie cuda tylko tu. A budowy trwają, budynek opery chyba swoje greckie pierwowzory już dawno przerósł.

Skopje

Skopje

Skopje

Skopje

A my udajemy się na Stary Bazar, czyli na Starą Čaršiję. Niska 1-piętrowa zabudowa, budynki raczej w kiepskim stanie. Kiedyś na piętrze mieszkał właściciel, a na dole był warsztat i sklep. Był, to jedyne co można powiedzieć o tym miejscu. Dwa lata temu to miejsce tętniło życiem, takie je zapamiętałam, a obecnie działają tam głównie warsztaty jubilerskie i dosłownie parę knajpek. Reszta zamknięta na głucho. Zaczepia nas po polsku(!) właściciel kafejki i zaprasza na lemoniadę i baklawę. Jeszcze kilka lat temu była w Skopje na wymianie grupa studentów z Polski i nasz gospodarz nieco się nauczył naszego języka. Pytamy o ten smutny widok, co się stało z warsztatami i sklepikami. „Zrobili z naszego kraju (w domyśle rząd) Disneyland, ludzie przyjeżdżają, pośmieją się i wyjeżdżają, a miejscowy handel i rzemiosło upadło.” Nic dodać, nic ująć. Smutny widok, a minęły zaledwie dwa w ciągu których tak wiele się zmieniło.

Skopje

Skopje

Zapada wieczór, zapalają się prawie gazowe latarnie na dwóch nowych mostach. Każdy z nich po obu stronach w odległości 5-8 metrów ma pomnik, jakiegoś wybitnego i zasłużonego, a pomiędzy nimi latarnia. Widno jest jak za dnia, a my zabawiamy się „w zgadnij, kto to jest?”. I niestety nie trafiamy, pomysłowość twórców nas przerasta. Człowiek z papierosem – wybitny macedoński filozof. Kobieta w sukience – wybitna macedońska nauczycielka. Po podliczeniu rzeźb wyszło nam, że chyba nie ma w tym kraju rodziny, która nie miałaby tu swojego antenata. Nie, ja się nie naśmiewam, ale przesada aż bije w oczy. Jak by tego było mało przy nabrzeżu zbudowano trzy betonowe statki, no prawie pirackie fregaty, które maja pełnić rolę knajpek. Okładane są drewnem, no może jakoś wyglądać będą, ale jakim cudem w kraju bez dostępu do morza znalazły się pełnomorskie żaglowce, tego nie wie nikt. (Tu mały dopisek od rudej – istniały kiedyś plany, by Wardar stał się rzeką żeglowną, tak by ze Skopje dało się dopłynąć do Salonik. Te statki mają poniekąd o tym przypominać, podobnie zresztą jak wielka kotwica, którą zobaczyć można nieopodal kamiennego mostu.)

Skopje

Skopje

Śniadanie w hotelu następnego ranka, bez komentarza. Głodni idziemy w miasto, dziś naszym celem góra Vodno z monumentalnym krzyżem milenijnym, konstrukcyjnie przypominającym wieżę Eiffla. Podobno kiedyś był największym tego typu obiektem na świecie. Najpierw jednak zaczynamy od zwiedzenia Muzeum Świętej Matki Teresy z Kalkuty. Jej dom rodzinny (z pochodzenia była Albanką) runął wraz z miastem w wielkim trzęsieniu ziemi w w 1963. Do mauzoleum wchodzimy za darmo, jest ono bardzo nowoczesne i połączone z kaplicą. Liczne zdjęcia, kopia pokojowej Nagrody Nobla dają świadectwo życia tej małej, lecz wielkiej kobiety.

Muzeum Matki Teresy SKopje

Jest dość wcześnie, miasto żyje życiem stolicy, turyści jeszcze nie powstawali. Upał standard owo daje się we znaki, a my przy każdym sklepie nabywamy kolejne butelki wody. Idziemy na przystanek (wiatę) autobusową bez ławek i rozkładu jazdy i czekamy na „londyńskiego” czerwonego piętrusa, który zabierze nas w podróż na górę. Po 30 min wreszcie się pojawia i na całe szczęście działa w nim klimatyzacja. Bilety kupujemy u kierowcy i sadowimy się na górnym pokładzie, skąd podziwiamy miasto. Uliczki stają się coraz węższe, a autobus wspina się coraz wyżej, aż do dużego parkingu, skąd za kilkanaście minut zabierze nas kolejka na szczyt Vodno. Wsiadamy do gondolki. Im wyżej pnie się kolejka, tym lepszy otwiera się widok, jest bajkowo, jak z lotu ptaka. Miasto tętni w dole życiem, a my podziwiamy góry i rozsiane na ich zboczach miejscowości. Na szczycie krzyż – rzeczywiście jest gigantyczny, wieczorem podświetlony, ale niestety winda na jego szczyt nie działa, pozostaje nam się nacieszyć jedyną knajpką i kupić picie, ale to co najpiękniejsze – wieje i to solidnie, przez co upał nieco mniej nam doskwiera. Przestrzeń i widoki oszałamiające, ludzi trochę się kręci, ale bez przesady, no i przede wszystkim da się oddychać. My udajemy się grzbietem do wieży obserwacyjnej  i jesteśmy jedynymi, którzy wybierają się na wędrówkę. Las na szczycie raz po raz otwiera widoki to z prawej, to z lewej i jest bosko.

DSC07781

DSC07772

DSC07768

DSC07766

DSC07801

DSC07806

DSC07851

sredno vodno

Na dół zjeżdżamy ostatnim tego dnia kursem kolejki. Później czerwony piętrus zabiera nas do centrum Skopje. Niestety po wyjściu z autobusu mam wrażenie, że ktoś wyssał powietrze zamieniając je na lepką maź, a ciuchy stają się błyskawicznie przepocone. Było nie było trzeba coś zjeść, ale najpierw powrót do hotelu i kąpiel. Około 19 ruszamy na obiad do knajpki mieszczącej się zaraz za końskim ogonem jeźdźca. Jedzenie dobre i tanie, ale obsługa zajęta oglądaniem międzynarodowego meczu piłki ręcznej Polska –Macedonia. Wieczór się leniwo snuje, tak jak i my – zaglądamy, dziwimy się i zabieramy pod powieki widoki, zapachy, dźwięki. Może czasami to miasto przesycone jest kiczem i tandetą, ale ma w sobie to niepowtarzalne coś.

Skopje

Skopje

Skopje

Mam ochotę tam wrócić i mam nadzieję, że za jakiś czas pojawi się tam mądre zarządzanie, a pomników nie będzie przybywać, choć udało nam się znaleźć kilka pustych postumentów jeszcze niezagospodarowanych, znaczy będą jakieś nowości. Czyżby kolejni wielcy jeszcze się nie narodzili? Leniwie zbieramy się w drogę do Serbii. Tym razem droga upłynie nam pod hasłem uchodźców, których większe i mniejsze grupy będą nam towarzyszyć. Tłum będzie przybierał na sile przed granicą UE, ale to już zupełnie inna opowieść. Mama Rudej.

TAGI
Powiązane wpisy