Czy warto zabrać w podróż rower elektryczny?

W rowerowym środowisku rowery elektryczne wzbudzają sporo emocji i kontrowersji. Dla części osób korzystanie z jazdy ze wspomaganiem jest nie do pomyślenia oraz stanowi ujmę na honorze prawdziwego sportowca. Po drugiej stronie stoją natomiast te osoby, które w rowerach elektrycznych widzą spory potencjał oraz sposób na realizację ich wycieczkowych – mniej lub bardziej ambitnych celów. My zaliczamy się do grupy nr 2. I dlatego postaramy się odpowiedzieć na pytanie, czy warto zabrać w podróż rower elektryczny? A jeśli tak, to jaki i z czym się to wiąże?

Rowery elektryczne? Ale wy przecież ich nie macie…

No właśnie, nie posiadamy rowerów elektrycznych. Oboje dysponujemy tradycyjnymi rowerami, bez dodatkowego wspomagania. Skąd zatem pomysł zabrania rowerów elektrycznych na wyjazd do Słowenii? Generalnie Marek, jako jeden z redaktorów portalu 43ride.com, nawiązał współpracę z polskim oddziałem marki Specialized. Wspólnie już wcześniej, mogliśmy przetestować najnowsze modele rowerów elektrycznych podczas eventu w Srebrenej Górze, następnie Marek zabrał jeden z nich na testy do Zieleńca i Czech. Później był plan, że wybierzemy się z elektrykami na weekend, typowo wycieczkowo, gdzieś w polskie góry. Jednak w międzyczasie zaczęliśmy kombinować z wyjazdem do Słowenii i Specialized zgodził się nam ich użyczyć. Dodamy, że w podróż do tego pięknego i górzystego kraju zabraliśmy pachnące świeżością, wyciągnięte wprost z pudełka dwa rowery elektryczne Specialized Turbo Levo SL Comp w rozmiarze S i L.

Specialized Turbo Levo SL Comp

Czemu wybraliśmy akurat taki model? Ponieważ zasadniczo odpowiada on rowerom, na których jeździmy na co dzień. Posiada amortyzację z przodu i z tyłu, regulowaną sztycę, 12-to rzędowy napęd. Najważniejszym założeniem dla mnie (Marek) było to, że nie może mnie ograniczać w cięższym terenie. W naszych planach zwiedzania Słowenii nie zabrakło bowiem bardziej ambitnych miejsc do jazdy. Dodatkowo, Levo SL posiada jedną podstawową przewagę względem naszych rowerów, czyli silnik. Oczywiście jest to rower EMTB, więc nie znajdziemy tu żadnej manetki z gazem. Silnik ma zadanie nas wspomagać, a nie wyręczać. W przypadku Levo, którymi dysponowaliśmy, bardzo ważny jest dopisek SL, który można rozszyfrować jako Super Light. Jest to ciekawa koncepcja firmy Specialized, która świadomie zmniejszyła moc silnika i wielkość baterii. Wszystko po to, aby zmniejszyć wagę roweru, oraz jeszcze bardziej zbliżyć odczucia z jazdy do zwykłych konstrukcji, ale zachowując pewne wsparcie. W rezultacie rower ten waży jest tylko ok 1,5 kg cięższy od mojego osobistego “analogowego” egzemplarza o podobnych parametrach.

Elektryczne wspomaganie

Wspomaganie jest ciut mniejsze, niż w innych E-Bike’ach, ale dalej zdecydowanie zwiększa nasze możliwości eksploracji, zwłaszcza na długich i żmudnych podjazdach. Jak wspomniałem wcześniej wbudowana bateria też ma mniejszą pojemność niż inne modele. Tutaj Specialized znów zaoferował ciekawe rozwiązanie w postaci dodatkowych akumulatorów, umieszczanych w mocowaniu od bidonu. Jest to o tyle dobre, że nie zawsze potrzebujemy dużej baterii, która znacząco podnosi masę roweru. Jeśli natomiast w planach mamy dłuższą trasę, to podpinamy dodatkowy pakiet i w drogę. Wart zaznaczenia jest również fakt, że nawet jeśli wyczerpiemy cały zapas baterii, to zostajemy z w pełni funkcjonalnym zwykłym rowerem, tylko nieznacznie cięższym. Cały napęd elektryczny jest świetnie wkomponowany w ramę. Wyświetlacz, który pokazuje nam poziom naładowania baterii, oraz wybrany poziom wsparcia, wbudowany jest w górną rurę. Na kierownicy mamy tylko niewielką manetkę, którą zmieniamy tryby wspomagania. Rower łączy się z telefonem za pomocą Bluetooth i pozwala zapisywać trasy, sczytując moc wypracowaną przez nas i dodaną przez silnik. Wszystkie dodatkowe przewody są odpowiednio zamocowane, a całość jest dobrze wykonana i wzbudza zaufanie. Jeśli do napędu dodamy 150 mm skoku z przodu i z tyłu, który możemy zablokować, regulowaną sztycę i szeroki zakres przełożeń, to otrzymujemy rower wielce uniwersalny. I wszystko to jest na prawdę świetną opcją, aż do momentu, kiedy przejdziemy do ceny zakupu takiej maszyny. Nie owijając zbytnio w bawełnę, rower Specialized Turbo Levo SL Comp kosztuje “jedyne” 28 tys. zł. Dodam tylko jeszcze, że jest to najtańsza wersja tego modelu. Za topowy wariant Levo SL S-Works trzeba zapłacić 67 tys. złotych. Zainteresowani bardziej technicznymi aspektami i odczuciami z jazdy zaproszę wkrótce na portal 43ride.com, gdzie już niedługo znajdzie się bardziej rozległy test.

Czy warto zabrać w podróż rower elektryczny? Odpowiada ruda

Jazda rowerem po górach jest super. Pod warunkiem, że ma się do tego odpowiednią kondycję. A tę trudno jest zdobywać, gdy przez większość czasu siedzi się na płaskim jak stół Mazowszu. Na rowerze jeżdżę dużo, ale głównie po mało urozmaiconym terenie. Dlatego górskie, długie i mozolne podjazdy dają mi w kość. I co by nie mówić, nie sprawiają mi wielkiej przyjemności. Tu muszę dodać, że nasz wyjazd do Słowenii miał być mega intensywny. Wiedzieliśmy, że momentami będziemy mieć mniej czasu na zrealizowanie danej wycieczki, bo czeka nas np. jeszcze transfer do kolejnego miejsca. Dysponując rowerami elektrycznymi wiedzieliśmy, że na spokojnie damy radę. Choć moc rowerów Turbo Levo nie jest zbyt duża, to dla mnie była wystarczająca. Na podjazdach dalej trochę się męczyłam, ale nie aż tak, jak na zwykłym rowerze. Wspomaganie w tym modelu jest naprawdę fajnie przemyślane. Przy zmianie trybów np. z eco na trail nie ma uczucia “wyrywania”, którego doświadczałam w innych rowerach elektrycznych, na jakich miałam okazję jeździć w poprzednich latach. Fakt, na co dzień jeżdżę na kołach 27,5″, natomiast tu musiałam się przestawić na koła 29″. Chwilę mi to zajęło, ale z czasem je doceniłam, bo dużo łatwiej pokonywało się na nich większe kamienie czy nierówności.

Czy warto zabrać w podróż rower elektryczny? Odpowiada Marek

Dłuższa wycieczka rowerem elektrycznym chodziła już za nami od pewnego czasu. Osobiście staram się jeździć dużo rowerem po górach. Jednak to, co sprawia mi największą frajdę, to jazda w dół. Z tego powodu najczęściej wybieram się do bike parków, gdzie do góry wwozi mnie wyciąg. Rower ze wspomaganiem elektrycznym otwiera dużo więcej możliwości jazdy w miejscach, gdzie nie ma transportu do góry. Owszem, naszymi rowerami też dalibyśmy radę podjechać w większość odwiedzonych miejsc. Jednak dzięki dodatkowemu zastrzykowi mocy, mogliśmy w tym samym czasie po prostu dojechać dalej. Od samego początku wiedzieliśmy, że wyjazd do Słowenii będzie bardzo aktywny, więc rowery ze wspomaganiem dobrze wpisywały się w ten dość ambitny plan. W sumie przez te kilka dni jazdy rowerem zrobiłem prawie 200 km i jestem pewien, że na swoim zrobiłbym sporo mniej. Jeżdżąc ze wspomaganiem mogłem zrobić zdecydowanie więcej różnych zjazdów tak w Jamnicy, jak i w Kočevje. Również nasze wycieczki w regionie Brda, przez Dolinę Vipawy, czy w Jezersku były dłuższe i pozwoliły nam zobaczyć więcej, dzięki temu, że nie obawialiśmy się już podjazdów. Jednocześnie nie odczuliśmy żadnych ograniczeń przez to, że były to właśnie rowery elektryczne. Jedyne, o czym trzeba było pamiętać to, żeby je nocą naładować. Podsumowując, był to bardzo dobry pomysł, dzięki któremu zobaczyliśmy i doświadczyliśmy nieco więcej i uważam, że warto zabrać w podróż rower elektryczny.

Pierwsze testy – Jamnica i Strojna

Naszym pierwszym celem w Słowenii była znana nam z poprzednich lat Jamnica. To sielankowa miejscowość, położona tuż przy granicy z Austrią. Obłe pagórki, polany, pola, lasy, farmy. Do tego szutrowe drogi oraz cudowne widoki. Pół dnia spędziliśmy osobno – ja biegałam, a Marek eksplorował trasy rowerowe (które zresztą rok wcześniej pomagał budować). Później wspólnie wybraliśmy się do Strojnej – niesamowicie widokowej miejscowości.

Jamnica – rowerowy powrót po roku

W Jamnicy rok wcześniej spędziłem ponad miesiąc i bardzo cieszyłem się na wieść o tym, że znów ją odwiedzę. Miejsce, w moim odczuciu, jest genialne. Głównie dzięki klimatowi, jaki tu panuje, oraz ludziom którzy pilnują, aby zbytnio się on nie zmienił. Nocowaliśmy w tym samym, “moim” rowerowym biwaku, który rano znów zaoferował nam piękną panoramę i prawdziwie sielską atmosferę. Chwilę po śniadaniu wziąłem się za sprawdzanie rowerów, które były zmontowane z kartonu dosłownie na dzień przed wyjazdem. Wszystko dokręcone jak należy, więc ruszam na trasy. Sieć przygotowanych linii zjazdowych ma ponad 20 km długości. W jeden dzień, nawet korzystając ze wspomagania na podjazdach, nie byłem w stanie objeździć wszystkich z nich. Jednak na spokojnie sprawdziłem większość wariantów w dolnej części, w tym trasę, która powstała chwilę po tym, jak opuściłem Jamnicę rok wcześniej. Następnie wspinaczka do najwyżej położonej części, która rok temu zajmowała mi ok. 45 min. Na Levo SL pokonuję ją w jakieś 25 min i spokojnie, już po chwili mogę ruszać w dół. Na deser zostawiłem jedną z najtrudniejszych tras, wiodącą wzdłuż potoku. Spec dobrze zniósł i strome zjazdy po kamieniach, i przeprawę przez rzekę. Ogólnie był to ambitnie wykorzystany dzień. Bardzo dużo dobrej jazdy, podczas której oczywiście też dość mocno się zmęczyłem, ale był to wysiłek z tych pozytywnych.

Wycieczka do Strojnej

Kiedy ja odpoczęłam po 20-kilometrowej trasie biegowej, a Marek wrócił z nieco bardziej ambitnej jazdy, wspólnie ruszyliśmy na rowerach elektrycznych do Strojnej. To niewielka miejscowość położona na wschód od Jamnicy. Jedziemy tam odrobinę bardziej okrężną drogą, pokonując dwa większe podjazdy. Turbo Levo SL dają radę, choć w jednym momencie Marek narzeka, że trochę brakuje mu… mocy. Ja nie mam takich problemów. Po ok. 20 min jazdy i zachwycania się widokami docieramy do Strojnej. Gdzie czeka na nas jeszcze więcej pięknych krajobrazów. Oboje stwierdzamy jedno – czasami w Słowenii wystarczy pokonać kilka kilometrów, by cieszyć oczy zupełnie innymi pejzażami. W krajobrazie Jamnicy dominuje Petzen – skalisty szczyt po austriackiej stronie. Ze Strojnej rozciąga się panorama dolin czy zalesionych gór. Na rowerach wspinamy się ponad miejscowość, na szczyt Pokeržnikov vrh, gdzie odpoczywamy chwilę na rozległej polanie. Do Jamnicy wracamy dość szybko, bo gdy słońce chowa się za górami, robi się dość… rześko.

To warto zabrać w podróż rower elektryczny?

Oczywiście rowery elektryczne towarzyszyły nam jeszcze w kilku innych miejscach. Zrealizowaliśmy na nich m.in. wycieczkę bike&hike w okolicach Jezerska, objazd Doliny Vipavy czy regionu winiarskiego Brda, o czym przeczytacie już niedługo. Marek przetestował możliwości Levo SL na trasach enduro w okolicach Doliny Soczy oraz na trasach MTB Trails Kočevje. I wniosek mamy jeden – bez rowerów elektrycznych nie udałoby nam się zrealizować w 100% tych wszystkich wycieczek. Oczywiście na naszych rowerach też byśmy pojeździli, ale nie dalibyśmy rady fizycznie zobaczyć tak dużo, w tak krótkim czasie. Uprzedzając zarzuty o to, że zakup roweru elektrycznego to kosmiczna inwestycja, odpowiemy, że zawsze e-bike można wypożyczyć. W Słowenii nie ma z tym najmniejszych problemów. Dostępne są w naprawdę wielu miejscach. Na szlakach głownie widywaliśmy osoby na… elektrykach właśnie. I to w każdym wieku czy “rozmiarowzroście”. W innych, bałkańskich krajach przybywa miejsc, które oferują możliwość pojeżdżenia na rowerach elektrycznych. Jeśli jednak stać Was na taki sprzęt i wiecie, że w pełni go wykorzystacie, wtedy nie wahajcie się i zabierzcie go w podróż.

Zobacz również

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.