Beskid Żywiecki i Śląski z psem, czyli jesienne wędrówki

Jesień to idealna pora by wyruszyć na beskidzkie szlaki. Głównie dlatego, że góry te przybierają wtedy piękne kolory – od intensywnych rudości, przez czerwienie aż po złociste barwy. Dodatkowo, zwykle w tym czasie jest nieco mniej turystów. Zwykle. Bo gdy na długi weekend na przełomie października i listopada zapowiedziana została ładna pogoda, całkiem sporo osób ruszyło na południe Polski. W tym gronie byliśmy również i my, czyli ja, Marek i Gumiś. Naszym celem był Beskid Żywiecki i Śląski, które są całkiem przyjaznymi górami dla osób podróżujących z psami. Całkiem, bo jak się okazało, nie zawsze tak jest.

Nasz wybór – Beskid Żywiecki, Śląski i Kamesznica

Naszą bazą wypadową podczas trzydniowego pobytu była Kamesznica. To właśnie w niej udało się Markowi znaleźć psiolubny nocleg. Niestety kwatera w okolicach Korbielowa, z której zwykle korzystaliśmy, była cała zajęta. Kamesznica leży blisko Istebnej i Koniakowa. Bezpośrednio z niej zaczyna się kilka szlaków, którymi można się udać w stronę np. Baraniej Góry. Dojazd również jest dobry, więc był to trafiony wybór.

Z Rycerki Górnej przez Pzegibek na Wielką Raczę

Pierwszego dnia postanowiliśmy we trójkę zrobić pętlę z Rycerki Górnej. Sobota była dość wietrznym dniem, więc uznaliśmy, że ta okolica powinna być dobrym wyborem. Kiedy dojeżdżamy na miejsce, parking jest dość mocno zastawiony. Parkujemy więc na prywatnym terenie, gdzie właściciel pobiera od nas opłatę w wysokości 10 zł (cały dzień parkowania).

Rycerka Górna – Przegibek

Szybko się ogarniamy i ruszamy zielonym szlakiem ku przełęczy Przegibek. Odcinek ten jest bardzo przyjemny. Najpierw kawałek asfaltem, później szeroką drogą, a następnie trawersującą ścieżką, z której rozciąga się ładna panorama naszej dalszej trasy. Widać stąd bowiem graniczny grzbiet, którym będziemy za chwilę maszerować ku Wielkiej Raczy. Na Przegibku robimy krótki postój przed schroniskiem, które świeci pustkami. Pomijam berneńczyka, który wyrósł spod ziemi przed Gumisiem. Na szczęście był pokojowo nastawiony, a sam Gumisław na tyle zaskoczony, że nie zareagował w żaden sposób (niestety nie jest za bardzo zsocjalizowany i zwykle warczy na inne futrzaki).

Beskid Zywiecki
Przegibek

Przegibek – Wielka Racza

Ze schroniska udajemy się na południe, przez rozległą polanę, ku głównemu, czerwonemu szlakowi. Ten doprowadza nas do grzbietu, którym biegnie polsko-słowacka granica. Jak to zwykle bywa w przypadku grzbietowych tras, szlak co chwilę się wznosi i opada. Do tego możemy szurać w liściach, które zalegają grubą warstwą na ścieżce. Szybko też dochodzimy do wniosku, że… robimy tę trasę „pod prąd”. Jesteśmy praktycznie jedynymi turystami, którzy idą z Przegibka na Wielką Raczę. Zdecydowana większość osób idzie odwrotnie niż my. Ale nie narzekamy zbytnio, bo dzięki temu mamy Beskid Żywiecki bardziej dla siebie. Na Wielką Raczę docieramy późniejszym popołudniem. Jest dość chłodno, dalej mocno wieje, a przed schroniskiem są tłumy, również psiarzy. Wychodzimy oczywiście na sam szczyt, gdzie Gumiś ogłasza, że mu się nudzi. Zaczyna znosić patyki, szczekać na nas, żebyśmy mu je rzucili. Co niestety nie było wykonalne, z racji kłębiącego się tłumu.

Przegibek

Z Wielkiej Raczy do Rycerki Górnej

Z Wielkiej Raczy mieliśmy schodzić żółtym szlakiem, ale jakoś źle spojrzeliśmy, bo byliśmy przekonani, że trasa ta łączy się nieco poniżej szczytu z czerwoną. Obraliśmy więc tą drugą, co ostatecznie skończyło się przedzieraniem przez krzaki (w tym urocze jeżyny), by znaleźć żółte oznaczenia. Kiedy nam się to udaje, dość szybko schodzimy do Rycerki. Bowiem przez większość czasu szlak dość przyjemnie trawersuje, można więc utrzymać dobre tempo.

Beskid Zywiecki
Beskid Zywiecki

Podsumowanie trasy

Trasa w formie pętli przez Przegibek i Wielką Raczę jest naprawdę bardzo przyjemna, również na dogtrekking. Bez względu na to, jakiego psiaka posiadacie, powinien spokojnie poradzić sobie z pokonaniem całego szlaku. Pętla ma 20 km długości, a jej zrealizowanie zajęło nam 5 godz. 33 min. W trakcie pokonaliśmy 900 m wzniosu. Beskid Żywiecki ma nieco bardziej widokowe szczyty i trasy (o czym w dalszej części artykułu), ale tu również warto wpaść. W szczególności na jesieni, gdy kolory są zniewalające.

Ochodzita

Jeszcze tego samego dnia wybraliśmy się na zachód słońca na Ochodzitą. Ta niewielka góra oferuje spektakularne widoki, w szczególności o złotej godzinie. Zawsze, gdy jesteśmy w tej okolicy, wpadamy, by ją odwiedzić. No dobra, w sumie głównym powodem jest jednak działająca tu Karczma Ochodzita, która oferuje dobre jedzenie, wielkie porcje i to w rozsądnych pieniądzach. Ale na wierzchołek Ochodzitej też warto wejść. O zachodzie słońca zastajemy tam całkiem sporo ludzi. Nic dziwnego, bo pogoda jest idealna, a widoki jak zwykle zachwycające.

Ochodzita

Z Kamesznicy do Szczyrku. A nie, jednak nie…

Kolejnego dnia, czyli w niedzielę, Marek postanowił wybrać się z rowerem do Szczyrku, by przetestować trasy tamtejszego bike parku. Mój pomysł na trasę był prosty. Z Kamesznicy chciałam się udać z Gumisiem przez Baranią Górę, Malinowskie Skały i Skrzyczne wprost do Szczyrku. Czy coś mogło pójść nie tak?

Barania Góra nie do końca dla piesków

Oczywiście przed trekkingiem zrobiłam research i z wielu artykułów wynikało, że mogę na Baranią Górę wejść z Gumisiem. Nie doczytałam jednak tego, co pojawiało się na końcu tych wpisów. Dlatego z samego rana (a po zmianie czasu byliśmy na trasie już przed godz. 8), Marek podrzucił nas na żółty szlak z Kamesznicy, a dokładniej do miejsca, gdzie kończy się asfalt. Sam pojechał do Szczyrku, a my z Gumisiem ruszyliśmy ku Baraniej. Najpierw wspomnianym żółtym szlakiem, a następnie niebieskim do Schroniska pod Przysłopem. Powyżej niego docieram do uroczej tabliczki informującej, że… w tym miejscu zaczyna się Rezerwat Barania Góra, do którego nie można wejść z psami. I kiedy nagrałam o tym Insta Stories, dostałam wiadomość, że czym ja się przejmuję, to krótki odcinek, mogłam przejść. To samo powiedział mój znajomy: Ruda, tam wszyscy chodzą z psami. No jasne, ale część z nich nie pisze o tym później w internecie. Zdecydowałam więc, że Baranią Górę muszę ominąć. Jednak to oznaczało, że… okrężną drogą do Szczyrku musiałabym zrobić prawie 30 km. Pewnie dalibyśmy radę. Ale uznałam, że to jednak głupi pomysł. Nie chciałam jednak zamordować Gumisia i siebie przy okazji też.

Beskid Slaski

Przez Stecówkę do Źródeł Olzy

Po ok. 20 minutach analizowania mapy i kombinowania na różne sposoby, wymyśliłam, że udam się ze Schroniska pod Przysłopem do Stecówki, a stamtąd zejdę do Istebnej Zaolzia, skąd wzdłuż Olzy udam się do jej źródeł. Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Czerwonym szlakiem pomaszerowałam do Stecówki, skąd asfaltową szosą zbiłam się do czarnego szlaku, który doprowadził mnie nad Olzę. Trasa wzdłuż rzeki również jest asfaltowa. Dopiero końcówka, czyli podejście do źródła od strony Zbiornika Wodnego Olza, jest regularną, dość stromą ścieżką. Przy źródle robimy sobie z Gumisiem dłuższy popas. Ale z tego wszystkiego nie zrobiłam aparatem ani jednego zdjęcia. Normalnie… influencerka roku.

Beskid Slaski

Droga powrotna i podsumowanie

Ze Źródeł Olzy wyruszamy z powrotem do Kamesznicy. Żółtym szlakiem docieramy do skrzyżowania z niebieskim. Biegnie on częściowo zalesionym grzbietem, pozwalając co jakiś czas cieszyć się widokami na okoliczne góry. Po ok. 20 min marszu wracamy na znany nam z poranka żółty szlak, którym schodzimy bezpośrednio do Kamesznicy i naszej kwatery. W sumie zrobiliśmy 22 km, w czasie ok. 5 godzin. Poniższa mapka odrobinę różni się od naszej trasy, ponieważ, jak wcześniej wspominałam, ze Schroniska pod Przysłopem pomaszerowaliśmy do Stecówki czerwonym szlakiem i stamtąd udaliśmy się w dół do zielonego szlaku. Ale wariant z mapy też rozważałam.

Beskid Slaski

Znów Beskid Żywiecki i jego najbardziej widokowa trasa

Trzeci dzień naszego górskiego weekendu znów poświęcamy na Beskid Żywiecki. 1 listopada pogoda była jak marzenie. Oczywiście dalej dość mocno wiało, ale nie aż tak, jak jeszcze dwa dni wcześniej. Po długich debatach zdecydowaliśmy się ponownie odwiedzić Rysiankę. W tym roku byliśmy tam w zimie. A dodatkowo chcieliśmy zrobić pętlę przez sąsiadujące z nią hale – Pawlusią, Lipowską, Bacmańską, Redykalną i Boraczą. W ten sposób wyszła nam chyba najbardziej widokowa trasa Beskidu Żywieckiego.

Z Żabnicy Skałki na Rysiankę

Naszą wycieczkę zaczynamy w Żabnicy Skałce, na darmowym parkingu, nieopodal skrzyżowania z przystankiem autobusowym (w tym miejscu zielony szlak odbija w lewo). Położone niżej miejsca postojowe są w większości odpłatne lub… zajęte. Pakujemy plecaki i ruszamy ku Rysiance. Pierwsze półtora kilometra wiedzie po asfalcie. Ale za to możemy podziwiać niesamowite, drewniane rzeźby i kapliczki stojące tuż przy drodze. Za linią lasu asfalt się kończy, a szlak dość stromo wspina się ku Hali Pawlusiej. Jednak zanim do niej dotrzemy, musimy przetrawersować zalesione zbocze, z którego do jakiś czas podziwiać możemy nieco bardziej rozległe widoki. Jeszcze jedno strome podejście i jesteśmy na Hali Pawlusiej. To pierwsza, z niesamowicie widokowych hal na tej trasie. Zatrzymujemy się tam na dłuższą chwilę, co Gumiś wykorzystuje, by wytarzać się w trawie i poturlać się po stoku.

hala Pawlusia

Z Rysianki na Halę Boraczą

Opuszczamy Halę Pawlusią i idziemy bezpośrednio na Rysiankę. Miałam pewne obawy, że podobnie jak w zimie, zastaniemy tam tłumy. Ale jestem miło zaskoczona. Owszem, trochę turystów kręci się po hali, jak i wokół schroniska. Ale generalnie jest spokojnie. Niemiłosiernie wieje, więc tylko przez moment podziwiamy panoramę Tatr i Pilska. Po nieco dłuższym postoju ruszamy w dalszą drogę. Z Rysianki idziemy na Halę Lipwoską, z której żółtym szlakiem przechodzimy na Halę Bacmańską. Praktycznie cały czas towarzyszą nam przepiękne i bardzo rozległe widoki. Po ok. 15 min marszu lądujemy w górnej części Hali Redykalnej. Im niżej, tym nieco mniej wieje i robi się przyjemnie ciepło. Czarnym i zielonym szlakiem schodzimy na Halę Boraczą. Tu znów jest odrobinę więcej turystów, ale o tłumach nie ma mowy. Za to jesienne kolory są tam po prostu zachwycające.

Rysianka

Z Hali Boraczej do Żabnicy Skałki

Po krótkiej foto sesji na Hali Boraczej ruszamy w dół, ku Żabnicy Skałki. Szlak wiedzie przez większość czasu przez las. Po ok. 20 min wędrówki docieramy do asfaltowej szosy, którą schodzimy do niższego parkingu. Stamtąd musimy zielonym szlakiem podejść do miejsca, w którym zostawiliśmy auta. Generalnie uważamy, że ta pętla jest chyba najbardziej widokową ze wszystkich opcji, jakie oferuje Beskid Żywiecki. Praktycznie cały czas są widoki. Jak nie na Tatry, to na Bielsko lub inne części Beskidów. Różnorodność krajobrazów jest naprawdę spora. Doszliśmy też do wniosku, że chętnie powtórzymy tę trasę w zimowych warunkach. Pod kątem psich wędrówek również jest świetna. Gumiś na pewno wyglądał na zadowolonego. W sumie zrobiliśmy 17,6 km (ciut więcej niż pokazuje to mapa szlaków) i zajęło nam to nieco ponad 5 godz.

Beskid Żywiecki i Śląski z psem – czy warto?

Był to nasz w sumie trzeci raz w Beskidach z Gumisiem. Wcześniej głównie plątaliśmy w okolicach Pilska. Szczyt jest ten ulubionym, zimowym celem Marka. Ja mam powoli uczulenie na Pilsko, bo choć jest to przyjemny szczyt i oferuje cudowne widoki to… ile można? Natomiast Beski Żywiecki jako taki jest naprawdę świetnym kierunkiem na dogtrekking. Beskid Śląski również, o ile doczytacie, gdzie dokładnie można udać się z psem. Ja nie doczytałam, że na Baranią Górę da się wejść, ale nie od strony Wisły/Istebnej, z racji znajdującego się tam rezerwatu. Natomiast da się na ją zdobyć od strony np. Malinowskich Skał. Ogólnie muszę Gumisiowi wyrobić paszport, bo u naszych południowych sąsiadów po prostu można wędrować z psami po górach. I już. Bez dodatkowego kombinowania gdzie się da/a gdzie niekoniecznie. Natomiast absolutnie nie żałujemy, że długi październikowo-listopadowy weekend spędziliśmy właśnie w tym zakątku Polski.

Test butów Garmont Vetta GTX

Na koniec jeszcze parę słów o butach, które przez trzy dni dość mocno testowałam. A w sumie nawet cztery, bo wcześniej poleciały ze mną do Skopje, gdzie zabrałam je na trekking na Vodno. W sumie przeszłam w nich prawie 80 km. To już całkiem niezły dystans, po którym mogę coś więcej powiedzieć na temat modelu Garmont Vetta GTX. Zacznę od tego, że od wielu lat unikałam butów z membraną GoreTex. Miałam różne z nią doświadczenia. W szczególności podczas cieplejszych dni. Zarówno w Macedonii Północnej, jak i w Polsce, temperatury oscylowały między 10 a 15 stopni. Owszem, stopy trochę mi się w nich spociły, ale w granicach normy. Skarpetki z CoolMaxem stanowią w ich przypadku najlepsze rozwiązanie. Vetta GTX jest butem, który na pierwszą wędrówkę zabrałam bez wcześniejszego ich rozchodzenia. Po 17 km zrobionych po skałach, szutrze i asfalcie, moje nogi czuły się wyśmienicie. W Beskidach również radziły sobie doskonale. Są wygodne, stabilne i dobrze amortyzują. Fakt, podczas trekkingu pod Baranią Górę trochę mnie obtarły, ale jak się okazało, była to wina skarpetek, które jakoś dziwnie mi się pozwijały. Z doświadczenia mogę też powiedzieć, że Garmont Vetta GTX ma dość wąską cholewkę. Zwykle noszę buty w rozm. 39-40,5. Tu ostatecznie zdecydowałam się na rozm. 40, choć bliska byłam wybrania rozm. 41. Dlatego chcąc zaopatrzyć się w ten model (np. w Sklepie Paker.pl, który obuwie to przekazał mi do testów), koniecznie poprzymierzajcie różne rozmiary. Czy Vettę GTX polecam? Tak, bo to naprawdę uniwersalny but.

Wpis ten powstał we współpracy ze sklepem Paker.pl – dystrybutorem m.in. marki Garmont.

Zobacz również

8 odpowiedzi

    1. Wprost uwielbia. Ma w sobie mnóstwo energii, którą w górach ma szansę spożytkować. Dodatkowo również biegamy (chwilowo mamy przerwę, bo jestem w trakcie fizjoterapii). Więc tak, jest to mocno aktywne stworzenie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.