dogtrekking
#turystykaktywna Polska

Dogtrekking – pierwsze wrażenia z wędrówek z psem po Beskidach

on
28 lutego 2021

Chyba nigdy na blogu nie pojawiał się temat naszych zwierząt. A nawet jeśli, to jedynie jako jakiś mocno poboczny wątek. Tak się składa, że wraz z rodzicami Marka mamy dwa psy: Gumisia lat 3 i Zoję lat nie wiadomo ile (ponieważ została adoptowana ze schroniska nikt nie był nam w stanie powiedzieć, jak długo drepcze już po tym świecie) oraz jednego kota – Pimkiego, lat 10. Zwierzaki są ważną częścią mojego życia, bo to ja spędzam z nimi najwięcej czasu. Zapytacie: “A jak do tego przydługiego wstępu ma się tytułowy dogtrekking?” Już spieszę z wyjaśnieniem.

Samotne, górskie wędrówki są super…

…ale mają też pewne wady. Osobiście uwielbiam włóczyć się samej po górach i nigdy nie miałam nic przeciwko temu, by bez towarzystwa ruszyć na szlak. Jednak odkąd bardzo dużo pracuję i wiele godzin spędzam przed ekranem komputera, mam naturalną, silną potrzebę obcowania z innymi – tak ludźmi, jak i zwierzakami. Często, gdy wyjeżdżamy gdzieś razem z Markiem, on udaje się na narty lub ambitniejsze trasy rowerowe, a ja zostaję sama. I ostatnio zaczęło mnie to uwierać. I już jakiś czas temu zaświtała mi myśl, by sprawić sobie psa, który będzie moim towarzyszem – spacerów oraz bardziej ambitnych, górskich wędrówek. Marzył mi się border collie (moja ukochana psia rasa). Ale zamiast niego w domu pojawił się Gumiś (zwany też Gumisławem). Jest on skrzyżowaniem bordera z owczarkiem australijskim, na dodatek posiadającym cudowne umaszczenie blue merle. Gumiś łączy w sobie cechy obu tych ras, będąc zarówno psem pasterskim, jaki i psiakiem uwielbiającym wszelkiej maści aktywności, w szczególności bieganie na piłką.

Dogtrekking planowałam wcześniej

Póki Gumiś był mały i odrobinę szalony odpuściłam temat dogtrekkingu, czyli górskich wędrówek z psem. Jednak w 2020 roku mieliśmy pierwszy raz wyruszyć na szlaki masywu Śnieżnika oraz Ziemi Kłodzkiej. Niestety Gumiś dosyć poważnie się pochorował. Dopadła go paskudna choroba, jaką jest robaczyca serca. Kuracja trwała od maja do września i wykluczyła go z jakichkolwiek aktywności. Gumiś ledwo dawał radę iść na krótki spacer w okolicach domu. O dłuższych wycieczkach nie było mowy. Moje ambitne plany musiały więc trochę poczekać.

Powrót do biegania

W 2020 roku wróciłam do regularnego biegania. Od kwietnia do późnej jesieni biegałam sama. Na przełomie jesieni i zimy, mniej więcej raz na dwa tygodnie, zaczęłam zabierać ze sobą Gumisia, by sprawdzić jego wydolność po chorobie oraz, by zobaczyć jak będzie nam się wspólnie trenować. Początki do łatwych nie należały, dlatego w pewnym momencie zaczęłam trochę odpuszczać bieganie z psem. Aż do pewnego incydentu. Podczas jednego z treningów mieszkańcy domu, obok którego przebiegałam, poszczuli mnie swoim czworonożnym pupilem. Psiak nic mi nie zrobił, ale od tamtego momentu stwierdziłam, że będę biegać z Gumisiem. Trochę dla ochrony, a trochę dla własnego komfortu psychicznego.

dogtrekking

Od canicrossu do dogtrekkingu

Im więcej biegałam z Gumisiem, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że musimy zadbać o nasz wspólny komfort. Najpierw zostałam szczęśliwą posiadaczką uprzęży do canicrossu (wygląda trochę jak uprząż wspinaczkowa, tyle, że jest lżejsza) ze smyczą bungee, a później zaopatrzyłam Gumisława w lepsze szelki, które miały sprawić, że to on będzie ciągnąć mnie, a nie ja jego. Bowiem idea canicrossu, czyli biegania z psem jest taka, że zwierzak powinien biec przed nami i oddawać nam część swojej energii. Na płaskim Mazowszu średnio nam to wychodzi. W efekcie to zwykle ja dzielę się energią z Gumisiem. Jednak szybko miałam się przekonać, że są takie miejsca i momenty, gdy jest na odwrót. Ale w tym celu, musieliśmy jechać w góry. Na dogtrekking.

Z psem w polskie góry? Jasne, ale nie we wszystkie!

W 2021, z racji różnych, życiowych zmian postawiliśmy na dużo, weekendowych wyjazdów. Oczywiście w góry. Pomysłów na kierunek wypadu było kilka, ale w przypadku psich wędrówek człowiek odbija się od jednego tematu. A mianowicie: do parku narodowego z psem wejść nie można. Ja wiem, że oczywiście wiele osób ma to gdzieś i nawet w Tatry (no dobra, w obrębie TPN można z psem udać się do jednej doliny) pcha się z czworonogiem. Nie chciałam dołączać do tej grupy. Dlatego zdecydowaliśmy się na wypad w Beskidy, a dokładniej w Beskid Żywiecki. W lutym, suma różnych zdarzeń sprawiła, że podjęłam decyzję o zabraniu z nami Gumisia. Udało nam się znaleźć psiolubny nocleg nieopodal Korbielowa (Pilsko to ulubiona, narciarska góra Marka), spakowaliśmy psie posłanie i ruszyliśmy na południe Polski.

Dogtrekking na Pilsko

Moim i Gumisia pierwszym, trekkingowym celem było Pilsko. Wędrówkę zaczęliśmy w centrum Korbielowa, skąd żółtym szlakiem udaliśmy się na Halę Miziową. Na początku Gumiś był lekko oszołomiony. Wszystkim. Nowym miejscem noclegowym, nowym terenem spacerowych, długą jazdą samochodem itd., itd. Pierwsze 20 min wędrówki to ciągłe nakłanianie go do maszerowania naprzód i nie oglądania się na mijanych turystów. Gumiś bowiem uznawał wszystkie, napotykane osoby za swoje stado i chciał na nich czekać. Dopiero gdy udało nam się wyprzedzić większość turystów i zostaliśmy na szlaku sami, złapaliśmy równy rytm. I wtedy faktycznie uprząż do canicrossu się przydała, bo Gumiś w końcu zaczął mnie ciągnąć. I to na dodatek pod górę. Na Hali Miziowej złapaliśmy się z Markiem i wspólnie – on na nartach a my na nogach i łapach ruszyliśmy na Pilsko. Pogoda była bajkowa i gwarantowała nam cudowne widoki. Ze szczytu Marek zjechał na nartach, a ja zjeżdżałam na butach, ciągnięta przez Gumisia, który niezbyt przejmował się tym, że ja na drugim końcu smyczy walczę o życie. Z Hali Mizowej ruszyliśmy zielonym, a następnie czarnym szlakiem na Przełęcz Przysłopy, skąd za niebieskimi oznaczeniami zeszliśmy bezpośrednio do Korbielowa. Nasz pierwszy dogtrekking miał w sumie 17 km długości, a w jego trakcie zrobiliśmy 1 km przewyższenia. Gumiś odsypiał go dobrych, kilka godzin.

Pilsko

Pilsko

Pilsko

Pilsko

Dogtrekking z Sopotni Wielkiej

Drugiego dnia na szlak wyruszyliśmy w towarzystwie Marka oraz naszej kumpeli Danusi, która dojechała do nas z Bielska-Białej. Zdecydowaliśmy się na wycieczkę z Sopotni Wielkiej, z której przez Romankę mieliśmy dotrzeć na Rysiankę. Na dzień dobry zaliczyliśmy niezbyt przyjemną przygodę. Jak tylko wysiedliśmy z auta, w oczy rzucił mi się wielki owczarek niemiecki wałęsający się samotnie po wiosce. Powiedziałam tylko, że martwi mnie jego obecność, ale Marek machnął na mnie ręką. Kiedy ruszyliśmy na szlak i znaleźliśmy się ponad linią ostatnich domów, zauważyliśmy, że owczarek jest bardzo blisko nas. Zdążyłam tylko krzyknąć, żeby pies spier…, gdy ten rzucił się Gumisiowi do gardła. Markowi na szczęście udało się go szybko przepędzić za pomocą kijów trekkingowych, a naszemu psiakowi nic się nie stało. Owczarek postanowił go jedynie poddusić i dość mocno obślinić. Ale do tego celu nie użył zębów. Bo prawda jest taka, że gdyby chciał, to rozszarpałby Gumisia. Po tym incydencie, cała nasza czwórka miała dość znacząco podniesiony poziom adrenaliny. Dlatego na Romankę weszliśmy całkiem szybkim tempem, podziwiając przy okazji cudowne widoki m.in. na Babią oraz Pilsko. Stamtąd ruszyliśmy na Rysiankę. Tłumy oblegające okolice schroniska szybko nas stamtąd przepędziły. Późna pora dodatkowo przyspieszyły nasz desant na dół. Drugi, gumisiowy dogtrekking miał w sumie 18 km długości, a w jego trakcie pokonaliśmy 900 m przewyższenia.

dogtrekking

Romanka

dogtrekking

dogtrekking

Pierwsze wnioski z dogtrekkingu?

  • Gumiś to idealny pies do górskich wędrówek. Długie dystanse nie są mu straszne (ale o tym, wiedziałam wcześniej, chodząc z nim np. po Puszczy Kampinoskiej) i momentami ma tryb jak husky – jak nie biegnie/idzie, to się kładzie, schładza i regeneruje.
  • Uprząż do canicrossu świetnie się sprawdziła. Ja miałam wolne ręce, mogłam spokojnie wędrować z kijkami, a Gumiś ciągnąc mnie za biodra, nie obciążał mi kręgosłupa. I rzeczywiście, gdy oddawał mi część swojej energii, byłam w stanie nawet w zimowych warunkach osiągnąć bardzo szybkie tempo marszu.
  • Elementem, który musimy dopracować, jest schodzenie. W życiu tak się nie zmęczyłam idąc w dół, jak z Gumisiem. Bowiem podczas całego zejścia zmuszona byłam hamować, żeby nie wylądować twarzą w śniegu. A na bardziej wyślizganych fragmentach szlaku stanowiło to nie małe wyzwanie.
  • Wędrowanie z Gumisiem okazało się ciekawym doświadczeniem, również w aspekcie socjologicznym. Nigdy nie nagadałam się tyle na szlaku, ile idąc w jego towarzystwie. Co chwilę ktoś nas zaczepiał, by Gumisia pogłaskać, zrobić sobie z nim zdjęcie lub pogadać ze mną o tym, ile ma lat, jaka to rasa itd. I szczerze mówiąc, nigdy nie dostałam tyle komplementów, ile Gumiś podczas tych dwóch trekkingów. 😉
  • Raczej nigdy nie zdecyduję się zabrać Gumisia na Bałkany. Dlaczego? Przez wzgląd na bezpańskie lub dziko żyjące psy. Po prostu uważam, że bezpieczeństwo Gumisia jest ważniejsze niż moje podróżnicze zapędy. Jasne, w Polsce też może przydarzyć się coś złego. Ale mimo wszystko prawdopodobieństwo jest ciut mniejsze niż na Bałkanach. A po drugie, Gumiś nie lubi wysokich temperatur. Więc wiosenne, letnie czy nawet wczesnojesienne podróże by odpadały.
TAGI
POWIĄZANE POSTY