Bałkany 2015 Rumunia

Balkan Orient Trip początki

-
4 września 2015

Od początku wiedzieliśmy, że po ślubie chcemy się wybrać w dłuższą podróż. Pomysłów było wiele, jednak dość szybko część z nich musieliśmy odrzucić, gdyż wymagały znacznie więcej czasu niż mogliśmy w rzeczywistości poświęcić. Mając miesiąc zdecydowaliśmy, by wyruszyć do Turcji. Wcześniej na tapecie była Grecja, jednak z różnych względów wybraliśmy jej europejsko-azjatycką sąsiadkę.

Generalnie przed samym wyjazdem nazbierało się trochę problemów. Najpierw Marka dopadła jakaś zaraz i wylądował na antybiotyku. Na tydzień przed planowaną datą wyruszenia w stronę Turcji mnie zaczęła dokuczać wyżynająca się ósemka, w efekcie musiałam bardzo szybko się jej pozbyć. Na szczęście uporaliśmy się z problemami zdrowotnymi i pełni sił mogliśmy wyjechać.

Nasza podróż poślubna została wciśnięta między urlopy naszych rodziców. Moi rodziciele wracali z Bałkanów i pobytu w Bieszczadach 24 lipca. Wtedy też zjeżdżamy do Kielc wraz z kocicami, które były pod naszą opieką od ślubu. Natomiast data powrotu do domu wyznaczona była przez urlop teściów, którzy wyjeżdżali 23 sierpnia, a my musieliśmy przejąć od nich opiekę nad domem i zwierzakami. I choć nie chcieliśmy jechać w szczycie sezonu, to zostajemy do tego poniekąd zmuszeni.

Wyprawę do Turcji nazywam roboczo Balkan Orient Trip, jako połączenie akcentów bałkańskich (których początkowo miało być więcej niż jedynie Rumunia i Bułgaria) oraz orientalnych pod postacią samej Turcji. Ostatecznie do nazwy się przekonuję i zostaje już z nami.

Z Kielc wyjeżdżamy chwilę po 4 rano, 25 lipca. Na zewnątrz panuje jeszcze przyjemna temperatura. Z kiankowych okien możemy podziwiać wschód słońca. Jedziemy w stronę Dukli i Przełęczy Dukielskiej, gdzie przekraczamy granicę ze Słowacją. U naszych południowych sąsiadów czekają nas remonty dróg i mijanki, które nieco spowalniają naszą jazdę. W Velkym Kamencu zatrzymujemy się przy naszych ulubionych ruinach zamku. Panuje już całkiem niezły upał, na szczęście na wzgórzu odrobinę wieje w efekcie jest nieco przyjemniej niż w nagrzanym, kiankowym wnętrzu. Przez całą drogę przez Polskę, jak i Słowację towarzyszą nam…bociany. Również w Velkym Kamencu obserwujemy dwa boćki siedzące na dachu budynku poniżej ruin zamku.

Wschód słońca na trasie

Polska

Czekając na kolejnej mijance

Słowacja

Velky Kamenec

Velky Kamenec

Velky Kamenec

Velky Kamenec

Żegnamy się ze Słowacją i wjeżdżamy na Węgry. Dość szybko pokonujemy drogę przez ten kraj, nie zatrzymując się ani razu. Sprawnie przekraczamy granicę węgiersko-rumuńską i około 12:30 jesteśmy w Rumunii. Trasa do Cluj Napoci znana nam jest z 2013 roku. Doskonale wiemy, gdzie kupić winietkę (stacja benzynowa w Carei) i dlaczego nie należy jeździć drogami dla ciężarówek (zazwyczaj biegną naokoło i traci się na nich trochę czasu). Przed Cluj Napocą Marek wpada na pomysł, by przetestować autostradę, która omija to miasto i kończy się w okolicach Turdy. Trasa ta jest bardzo widokowa. Na nas wrażenie robi kanion, który autostrada omija po lewej stronie.

Autostrada i kanion

Rumunia

Koło 18:30 wjeżdżamy do Sebes i stamtąd, za znakami kierujemy się w stronę Transalpiny. Początkowo droga ta wiedzie przez mocno zabudowane miejscowości. Asfalt jest wąski, a o tej porze panuje tam dość spory ruch. Mijamy też miejsce wypadku – najprawdopodobniej motocyklista wypadł z dość ostrego zakrętu. Szybko też zwracamy uwagę na to, że po drodze nie widzimy żadnego auta z Polski (na Trasie Transfogaraskiej zaś widzieliśmy praktycznie non stop auta z naszej ojczyzny).

Transalpina

transalpina

Im wyżej jesteśmy, tym pojawia się więcej zakrętów, a domostwa ustępują miejsca drzewom. Widoków praktycznie brak, bo ciągle jedzie się przez las. Pierwszym miejscem widokowym jest wyższa tama. Rozciąga się stamtąd dość przyjemna panorama na okoliczne wzgórza i lasy. Gdy wysiadamy z auta odkrywamy, jak duża jest różnica temperatur między wyżynnymi a górskimi terenami. Jest naprawdę zimno.

Na tamie

tama Transalpina

Transalpina

Zachód słońca podziwiamy z jednego z dłuższych mostów w tej okolicy. Notabene nawierzchnia na wszystkich mostach i wiaduktach na tej części trasy jest w totalnej rozsypce. Szybko też stwierdzamy, że nie możemy robić namiotu w lesie, który zaczął kumulować całą wilgoć z chmur przetaczających się nad okolicznymi wzgórzami. W efekcie z drzew dosłownie leje się woda.

Zachodząco

transalpina

transalpina

Na rozwalonym moście (jednym z wielu)

Transaplina

Selfie z Kianką

Transaplina

Jedziemy dalej. Trafiamy na dwie, całkiem dogodne miejscówki noclegowe. Z pierwszej dość szybko rezygnujemy, gdyż odkrywamy tam szkółkę leśną. Druga natomiast okazuje się być oznaczona tabliczką “private”. Sugeruję, że musimy jechać dalej. Nie zmienia to faktu, że poszukiwania noclegu będziemy kontynuować po ciemku. Za skrzyżowaniem, z którego w lewo można jechać do Skiresort Transalpina, my jedziemy w prawo, a następnie w lewo w drogę 67C. Tu Transalpina wiedzie wzdłuż doliny. Szybko okazuje się, że nad rzeką obozuje całkiem sporo osób. Widać ogniska, a nad drogą snują się dymy. Również my znajdujemy dogodne miejsce na rozbicie namiotu, dzięki spostrzegawczości i refleksowi Marka. Zjeżdżamy nad potok i na niewielkiej polance rozstawiamy obozowisko. Jemy kolację przysłuchując się toczącej nieopodal imprezie.

Nasze nocne obozowisko i ruda przy garach

Transalpina nocleg

TAGI
Powiązane wpisy