W masywie Olimpu – biegowo, rowerowo i spacerowo

U podnóża Olimpu spędziliśmy w sumie kilka dni. Nie zdecydowaliśmy się jednak na zdobywanie Mitikasu, czyli najwyższego szczytu masywu. Co nie zmienia faktu, że pokręciliśmy się całkiem sporo po jego zboczach. Ja zaliczyłam najbardziej hardcorowy bieg w moim życiu, Marek pojeździł po tamtejszych trasach enduro, a wspólnie odwiedziliśmy dwa, wyjątkowe wodospady.

Camping Olympos Beach

Planując nasz pobyt w okolicach Olimpu postanowiliśmy zatrzymać się na campingu. Nasz wybór padł na Olympos Beach w miejscowości Plaka, w bliskim sąsiedztwie Litochoro. To właśnie z Litochoro wychodzi najbardziej znany szlak na Mitikas. Sam camping polecili nam znajomi, którzy nocowali na nim kilka lat temu. Olympos Beach nie jest może super nowoczesny, ale poza sezonem sprawiał pozytywne wrażenie. Teren dla posiadaczy namiotów/kamperów był równy i dość dobrze zacieniony. Łazienki pamiętają lepsze czasy, mogłyby też być częściej sprzątane. Ale nadal – bez tragedii. Kemping ma też dostęp do wąskiego paska żwirowej plaży, do której schodzi się schodami pomiędzy budynkami i knajpkami stylizowanymi na… Santorini. Na miejscu są też sklepy. Cenowo było bardzo OK – za dwie osoby i namiot dachowy płaciliśmy 17 €/noc. Dodatkowo Olympos Beach może stanowić świetną bazę wypadową do eksplorowania tak masywu Olimpu, jak i całej Riwiery Olimpijskiej.

olympos beach

Biegiem z Litochoro do Pironii

Ponieważ od początku wiedzieliśmy, że na Mitikas się nie wybieramy, to postanowiliśmy masyw Olimpu poznać z nieco innych perspektyw. Kiedy znajomi Grecy polecili Markowi tutejsza trasy enduro, ja musiałam znaleźć sobie jakieś zajęcie. I wpadłam na szatański pomysł, by przebiec się z Litochoro do Pironii. Pironia to drugi, popularny punkt startowy trekkingów na Mitikas. Można do niej dojechać autem, asfaltową szosą, a następnie zostawić samochód i ruszyć w góry. Część osób jest bardziej ambitna i albo zaczyna wędrówkę nad brzegiem morza, albo w Litochoro. Oczywiście przed wyruszeniem przekopywałam internet w poszukiwaniu zdjęć stamtąd. Chciałam sprawdzić, jak wygląda sam szlak. Miałam świadomość, że do pokonania będę mieć dystans 10 km i ponad 1 km przewyższenia. Znalazłam trochę fotek, które napawały optymizmem, że w moich butach do biegania po asfalcie dam radę. W końcu miałam biec sobie kanionem, wzdłuż rzeki. O naiwności…

Mój najbardziej ambitny bieg w życiu…

Rano, zanim Marek ruszył na swoje trasy, podrzucił mnie do Litochoro, do wejścia na szlak. Radosna tabliczka poinformowała mnie, że czas przejścia szacowany jest na 4 godziny 40 min. Ja chciałam zmieścić się w mniej niż dwóch godzinach. Pierwsze 200 m to euforia – gładka, równa ścieżka, piękny widok na kanion Enipeas. A później… zaczęły się schody. W przenośni i dosłownie. Szlak momentami wiedzie pionowo do góry, po poszarpanych skałach lub schodach. Zastanawiałam się, kiedy moje buty nie-nadające-się-w-teren postanowią się rozpaść. Generalnie po 1 km jestem załamana i bliska zrezygnowania. Dochodzę jednak do wniosku, że przecież widziałam zdjęcia, na których szlak poprowadzony był łagodnie wzdłuż rzeki. I że pewnie zaraz tam dobiegnę… Cóż, sama się z siebie śmieję, jak to piszę. Po ok. 3 km szlak to funduje mi zbiegi, to podbiegi (a raczej mozolne wdrapywanie się po schodach). Gdy w końcu nabieram wysokości i zrównuję się z rzeką, mam szansę przekraczać urocze, drewniane mostki i podziwiać wodospady. Szlak praktycznie cały czas wiedzie po lesie, więc na rozległe panoramy nie ma co liczyć. Ma to jednak swoje plusy – jest tam sporo cienia. A nawet na początku czerwca miałam dość upalne warunki. Na trasie mijam dosłownie kilka osób. Większość wyprzedzam, bo nawet maszerując, tempo mam dość żwawe. Jednym z bardziej malowniczych miejsc jest jaskinia Agios Dionysios, z której jest już rzut beretem do monasteru o tej samej nazwie. I za nim odkrywam, gdzie większość osób fotografowała szlak. Bowiem to tam znajduje się łagodna, równa ścieżka wzdłuż rzeki. Ma ona raptem 1 km długości i doprowadza bezpośrednio do Pironii.

Pironia

Wykończona ale naładowana endorfinami docieram do Pironii. Jestem z siebie dumna, bo trasę z Litochoro pokonałam w 1 godzinę 56 minut. Jak na osobę, która nie ma dużego, biegowego, górskiego doświadczenia, bez odpowiednich butów, to chyba mogę odtrąbić sukces. A co do butów – o dziwo przetrwały i nawet podeszwa zbytnio nie zmieniła swojego wyglądu pod wpływem skał. Jednak tak czy inaczej dokonuję w Pironii małego bilansu strat. Podczas biegu miałam strasznie mokre plecy. Ok, pociłam się, więc nie powinno mnie to dziwić. Gorzej, że cały plecak też był mokry. W środku. Okazało się, że banan, który miał być moją przekąską, postanowił… eksplodować. Na szczęście miałam ze sobą jeszcze tubkę z musem owocowym, która nie poszła w jego ślady. W Pironii byłam umówiona z Markiem. Jednak kiedy po 40 minutach czekania i powolnego marznięcia (Pironia znajduje się na wysokości ok. 1100 m n.p.m., co wpływa na obniżenie temperatury powietrza) nadal go nie było, postanowiłam ruszyć asfaltową szosą w stronę Litochoro. Niestety ani w Pironii, ani na całej trasie trekkingowej nie ma zasięgu. Warto mieć to na względzie. Po pokonaniu 2,5 km i przeklinaniu telefonii komórkowej w końcu udało nam się złapać.

Szlak Litochoro-Pironia: informacje praktyczne

  • Szlak z Litochoro do Pironii ma 10 km długości. Na tym dystansie pokonuje się nieco ponad 1 km przewyższenia.
  • Trasa wiedzie wzdłuż kanionu Enipeas. Przez większość czasu trawersuje się bardzo strome zbocza schodzące ku płynącej znacznie niżej rzece.
  • Szlak jest bardzo dobrze widoczny i oznaczony. Raczej nie ma możliwości, żeby się zgubić. Wybierając się na trekking warto zabrać wygodne buty z dobrą podeszwą. Planując bieg zaopatrzcie się w buty typowo w teren.
  • Widoki są na pierwszych 500-800 m. Wtedy podziwiać można zarówno kanion, jak i góry oraz kawałek morza. Kiedy trasa zrównuje się bardziej z rzeką robi się naprawdę malowniczo, a pokonywanie kolejnych mostków pozwala nacieszyć oczy pięknem tamtejszych kaskad i wodospadów.
  • Na całej trasie NIE MA zasięgu telefonii komórkowej.
  • W Pironii znajduje się knajpka, parking, są też darmowe toalety oraz źródło wody. Tu również nie ma zasięgu telefonii komórkowej.
  • Atrakcje na szlaku: Łaźnia Zeusa (wodospad) zaraz przy wejściu na szlak od strony Litochoro; jaskinia Agios Dionysios; monaster Agios Dionysios.
  • Informacje na temat szlaków znajdziecie na oficjalnej stronie Parku Narodowego, który chroni masyw Olimpu.

Rowerem w masywie Olimpu

Nasz pobyt w okolicy masywu Olimpu poprzedziła krótka wizyta w Salonikach, gdzie miałem okazję pojeździć z lokalnymi organizatorami wypraw rowerowych w stylu enduro. Ekipa Outline Adventures nie ogranicza się tylko do jazdy, czy przewodnictwa po trasach powyżej miasta, ale czynnie eksploruje też inne rejony Grecji. Polecili mi abym wybrał się na trasy powyżej Litochoro, szczególnie, że ostatnio powstało w tym rejonie kilka nowych wariantów. W zlokalizowaniu tras pomogła aplikacja Trailforks. W czasie, gdy Olka biegła do Pironii, ja wyciągnąłem rower i przejechałem się po dwóch, świeżo wykopanych trasach w dolnej części masywu, oraz jednym dłuższym singletrailem, który poprowadzony był głównie szlakiem pieszym. Jazda po zboczach Olimpu zdecydowanie ma swój klimat. Spodziewałem się może tylko nieco więcej widoków. Jednak zdecydowana większość tras znajduje się głęboko w lesie. Biorąc pod uwagę temperatury, w sumie nie ma się co dziwić. Podjazd ułatwiają istniejące ścieżki i droga szutrowa. Jeśli chodzi o jazdę w dół, to nowe trasy są bardzo ciekawie poprowadzone. Nie ma tu miejsca na nudę. Niektóre zakręty są dosyć ciasne, ale ogólnie bardzo mi się tu spodobało i gdybym miał więcej czasu, to z chęcią pojeździł bym jeszcze. Jeżdżąc po trasach radzę tylko dość bacznie obserwować ścieżkę przed nami, ponieważ co jakiś czas środkiem może sobie spokojnie spacerować, sporych rozmiarów, żółw.

Wodospady Orlias

Znajomi Grecy bardzo gorąco polecali nam wodospady Orlias, które znajdują się na północ od Litochoro. By do nich dojechać należy kierować się miasteczka Dion, skąd w góry prowadzi asfaltowa, bardzo widokowa szosa. Po ok. 10 min jazdy dociera się do uroczego kościółka św. Konstantyna i św. Eleny. Przy nim zostawiamy auto i ruszamy na szlak prowadzący do dwóch wodospadów Orlias. Do przejścia jest raptem kilkaset metrów. Do pierwszego trzeba zejść dość stromo, po kamieniach. Następnie ścieżka wiedzie wzdłuż potoku i doprowadza bezpośrednio do wodospadu wpadającego do sporej niecki. Trwa przy nim jakaś fotosesja trzech dziewczyn, na moje oko albo na Instagrama, albo na Tik-Toka. Spędzamy tam chwilę, by następnie ruszyć do położonego ciut wyżej drugiego wodospadu. Przy nim jesteśmy sami. Marek postanawia wskoczyć w lodowatą toń potoku Orlias. Ja jedynie obserwuję go z brzegu. Ze sporą dozą rozbawienia. Dlaczego? Bo Marek nie wziął ze sobą kąpielówek i do wody wlazł w białych bokserkach. Gdy mu namokły… wyglądał, jakby miał na sobie stringi.

orlias
orlias

Zobacz również

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.