Bałkany praktycznie

Snapchat w podróży

-
31 sierpnia 2015

Do Snapchata podchodziłam jak pies do jeża – interesował mnie, ale z różnych względów nieco odpychał. Chciałam się z nim zaprzyjaźnić, ale równocześnie jego cała idea mnie zniechęcała do zawarcia bliższej znajomości. Jednak przed wyjazdem w miesięczną podróż do Turcji postanowiłam dać sobie i jemu szansę. Na próbę. I co z tego wyszło?

Nagie snapy i inne atrakcje

Popularność i sława Snapchata urosła głównie na bazie tego, że nastolatki, zwane potocznie gimbazą, zaczęły rozsyłać sobie za jego pośrednictwem nagie zdjęcia. Zdarzało się, że osoby, które od dawna nie mają nastu lat również, przez przypadek, otrzymywały takie intrygujące treści. Mnie się to też parę razy zdarzyło, na szczęście aplikacja pozwala szybko takie osoby blokować. Wracając jednak do meritum, to dla wielu użytkowników największym plusem Snapchata jest to, że za jego pośrednictwem można jedynie ukazywać to, co dzieje się tu i teraz. A zatem nie możemy wrzucić na niego obrobionego, pięknego filmu czy zdjęcia wprost z photoshopa, a tylko to, na co pozwalają możliwości naszego telefonu. W sumie nie jest to takie złe, bo jesteśmy w stanie obserwować znane i mniej znane osoby w codziennych sytuacjach, bez obróbki, czyli w teorii bardziej naturalnie. Dla podróżujących blogerów jest to świetny sposób, aby zabrać swoich czytelników do danego kraju czy miejsca. Czy rzeczywiście jest to takie super? O tym za chwilę. Snapchat chwalony jest również za to, że treści żyją w nim maksymalnie 24 h (mogą żyć krócej – sami o tym decydujemy), a później znikają, nie zaśmiecając tym samym socialmediowej przestrzeni.

Oczywiście Snapchat ma jedną, oczywistą wadę. Aby móc z niego korzystać, potrzebujemy  dostępu do internetu przynajmniej raz na 24 h (bo jeśli nie to nasze niewrzucone snapy znikną przed opublikowaniem). O ile w Polsce nie jest to problemem, o tyle za granicą staje się kłopotliwe. W szczególności, jeśli np. planujemy roadtrip i odwiedzenie siedmiu, różnych krajów i kompletnie nie opłaca nam się kupowanie siedmiu osobnych kart sim z internetem na każdy kraj. A dodatkowo nie stać nas na płacenie za internet w roamingu u naszego polskiego operatora.

O Snapie rozmawiałam ze znajomymi blogerami i nie-blogerami. Jedni wychwalali go pod niebiosa, inni, podobnie jak ja, byli do niego nastawieni sceptycznie. Część moich rozmówców wskazywała, że jest on przyszłością social mediów, gdyż nie zajmuje dużo czasu, jest prosty w obsłudze i nie zaśmieca internetowej przestrzeni. Z drugiej strony, nieco eliminuje możliwość interakcji, która według mnie jest dość istotna w tworzeniu wokół danego tematu społeczności. Oczywiście wiemy, kto obejrzał nasze snapy, możemy je też wysyłać bezpośrednio, do konkretnych użytkowników, zamiast wrzucać do My Story (gdzie stworzone przez nas treści będą żyły 24h), ale brak tam dyskusji, komentarzy czy jakiejkolwiek informacji zwrotnej (pomijam opcję chatu, która nie jest do końca doskonała). Dla jednych jest to wada, dla innych zaleta.

AdamPrzezdziek, CC BY-SA 2.0, https://www.flickr.com/photos/67683836@N02/16910572286/sizes/l

AdamPrzezdziek, CC BY-SA 2.0, https://www.flickr.com/photos/67683836@N02/16910572286/sizes/l

Snapchat w podróży

Nasz wyjazd do Turcji w 2015, podczas którego pierwszy raz testowałam snapchata w podróży, podzielony był na trzy etapy: I przejazd z Polski przez Słowację, Węgry do Rumunii i Bułgarii; II ponad dwa tygodnie w Turcji; III powrót przez te same państwa, co w etapie I. Z założenia kartę sim z internetem mieliśmy tylko w Turcji, gdyż tam spędziliśmy najwięcej czasu. Po drodze do niej korzystaliśmy z wifi złapanego na stacjach benzynowych lub w knajpach. Stąd też na początku snapowałam z restauracji, w której akurat jedliśmy albo z hostelu, w którym nocowaliśmy. Raczej nie były to atrakcyjne lub interesujące treści. W Turcji miało się to zmienić. Chyba najlepsze (moim zdaniem) snapy pojawiły się w trakcie naszego pobytu w Stambule (mimo, że nie mieliśmy wtedy jeszcze uruchomionego mobilnego internetu). Później miałam snapować dużo i namiętnie, jednak rzeczywistość nie była taka różowa. Karta sim z netem działała na jednym z naszych telefonów, ale oczywiście nie na moim, gdzie mam apkę ze Snapem, więc aby skorzystać z netu u siebie, musiałam włączać funkcję przenośnego hotspotu w pierwszym ze smartfonów. W efekcie udawało mi się czasem snapować z auta. Też bez szału. Inna sprawa, że najczęściej tylko w samochodzie, podczas przejazdów z punktu A do punktu B miałam czas, żeby w ogóle zobaczyć “co w internetach piszczy”. Później się dodatkowo okazało, że nasz laptop zjadł nam sporą część transferu, gdy przeglądaliśmy na nim googlowe mapy i szukaliśmy informacji. Z tego powodu musieliśmy się mocno ograniczać w korzystaniu z internetu, bo woleliśmy pieniądze wydawać na inne przyjemności niż na kolejne doładowania transferu.

W 2016 roku ze Snapem zaprzyjaźniliśmy się jeszcze bardziej. Zabrałam go w sylwestrową podróż do Bośni i Hercegowiny, na majowy, rowerowy wypad do Chorwacji oraz w trzytygodniowy, sierpniowy roadtrip po Bałkanach. I co? I szczerze mówiąc momentami nie miałam na niego czasu. Co więcej Snap z uporem maniaka zjadał za granicą filmy i łaskawie zamieszczał w MyStory tylko zdjęcia. Mocno mnie to frustrowało, bo jednak takie jest jego założenie, by przede wszystkim filmować. A tu zamiast filmów mogłam się tylko dzielić zdjęciami. Nuda. Aktualizacje, groźby, prośby i błagania nic nie dały. Ja swoje, on swoje. Stąd też w pewnym momencie nawet nie włączałam tej aplikacji, by nie tracić baterii w telefonie oraz by nie tracić czasu. Z drugiej strony wiem, że jednak sporo osób zainteresowanych tematem Bałkanów obserwowało nas za pośrednictwem Snapa. Mam nadzieję, że to, co tam zobaczyły przypadło im do gustu 😉

snapchat balkanyrudej

Ze Snapem w Polsce

I choć w podróży Snapchat sprawdził się w moim przypadku tylko połowicznie, o tyle po powrotach nasza przyjaźń kwitnie. Doszłam do wniosku, że mogę na niego wrzucać te treści, których nie zamieściłabym na facebooku (np. moje koty, które są codziennym elementem snapów; czy rowerowe wycieczki po okolicy), na insta (bo są za słabe) czy na blogu (bo nie w temacie). Można Snapa nazwać swego rodzaju śmietnikiem, ale ja wolę określenie “worek z różnościami”. Obserwując snapy innych użytkowników dochodzę do wniosku, że podchodzą do niego w podobny sposób, dzięki czemu można zobaczyć naprawdę rozmaite treści. I w tej różnorodności jest chyba snapowa siła. I jest to też powód, dzięki któremu Snap prężnie się rozwija, zyskując coraz większe grupy entuzjastów. I pisze to osoba, która jeszcze jakiś czas temu była absolutnie na NIE i która nie widziała siebie i Snapa w jednej drużynie. Ale podobnie miałam z instagramem – też chwilę mi zajęło jego oswojenie, a od dwóch lat jest on stałym elementem mojej socialmediowej działalności.

Wnioski

Niewątpliwie moje negatywne nastawienie do Snapa zmieniło się diametralnie. Co gorsza, stałam się od niego w pewien sposób uzależniona. Najczęściej rano i wieczorem przeglądam snapy obserwowanych przeze mnie osób, a zdarza się, że i w ciągu dna zajrzę, co w Snapie piszczy. Sama oczywiście snapuję, gdy tylko coś wpadnie mi w oko. Ostatnio są to głównie kadry z rowerowych przejażdżek po okolicy. Zauważyłam też, że Snap nakłonił mnie do mówienia. I bynajmniej nie chodzi mi o to, że jestem małomówna i dzięki niemu stałam się gadatliwa. Co to, to nie. Kto mnie zna, ten wie, że gęba potrafi mi się nie zamykać. Jednak nie cierpię wprost nagrań, podczas których mówię, bo po pierwsze nie lubię, jak brzmi mój głos, a po drugie mając nieszczęsną wadę wymowy, po prostu nie chcę nią katować innych. Ale przy snapowych, dziesięciosekundowych filmikach stało się to dla mnie mniej problematyczne i jakoś chętniej przemawiam do kamery (nawet, jeśli jest to tylko ta zamontowana w telefonie). Zatem mogę stwierdzić, że Snap ma na swój sposób działanie, nazwijmy to, terapeutyczne (jakkolwiek głupio i bezsensownie by to nie brzmiało). Sądzę, że Snap ze mną zostanie, ale raczej do pokazywania Wam Polski, moich zwierzaków i innych rzeczy, które w danym momencie wpadną mi w oko. Za granicą snapować będę raczej okazjonalnie, gdyż wolę skupić się na odwiedzanych krajach i miejscach, a nie na tym, że muszę wrzucić coś na insta, snapa, twittera czy facebooka. Bo mam wrażenie, że wielu z nas, blogerów (czy to podróżniczych, czy jakichkolwiek innych), wpada w socialmediową pułapkę bycia wszędzie, kosztem wszystkiego. Jasne, super jest się podzielić z czytelnikami tym, co się u nas aktualnie dzieje, ale jeśli nie będą to regularne “zajawki” przecież nikt się na nas nie obrazi. W końcu jesteśmy w PODRÓŻY i mamy prawo podróżować, a nie siedzieć 24h/7 przed ekranem komputera czy telefonu, by snapować, tweetować czy wrzucać wpisy na facebooka. Złapałam się w Turcji na tym, że miałam wyrzuty sumienia, że za mało udzielam się w sieci. I nagle przyszedł mój wewnętrzny cenzor, wyciągnął maczugę i walnął mnie w ten pusty łeb. Przed komputerem siedzę cały rok, to chociaż przez ten miesiąc mogłam sobie darować ciągłe ślęczenie przed jego ekranem. Stąd też ograniczyłam wpisy na bloga do absolutnego minimum. Ograniczyłam też wrzucanie zdjęć na instagram oraz tweetowanie (z tym akurat nie miałam najmniejszego problemu, bo nie udzielam się tam zbyt regularnie). Ze snapem i tak mi nie szło, więc praktycznie całkowicie się z nim pożegnałam. Jedynie facebook towarzyszył mi w podróży, gdyż z nim sprawa była najprostsza i najmniej czasochłonna.

Podsumowując – Snapchat ze mną zostaje. Czy na dobre i na złe, tego jeszcze nie wiem, ale nasza znajomość trwa i ma się dobrze. A jak to wszystko się dalej rozwinie, czas pokaże. Snapa traktuję bardziej rozrywkowo i na luzie, bo według mnie taki jest jego charakter i jeśli kiedyś się rozstaniemy, to bez wielkiej traumy.

TAGI
Powiązane wpisy