Kreta według Rudych Rodziców. Część 1 – Maleme i Chania

Miała być objazdowa Turcja, a była Kreta i to jeszcze all inclusive. Zawsze nas śmieszyły takie wyjazdy, wybieranie hotelu i atrakcji takich jak np. zjeżdżalnie itp. Kochamy podróże, zwiedzanie, poznawanie innych kultur, wierzeń, smaków, ciekawostek. Ale poprzedni rok nam to zabrał, a obecny zmusił do zmiany planów… My na wczasach? To brzmiało jak żart, a jednak stało się i co ciekawe, było naprawdę fajnie. Nie wpleciemy w tę opowieść historii Krety, ani innych cennych wiadomości, które możecie sami znaleźć w niezliczonych publikacjach. Opowiemy o odczuciach i o tym jak można będąc klientem 4-gwiazdkowego hotelu, nadal być turystą.

O Krecie słów kilka

Zasadniczo Kreta jest dzielona na część zachodnią, która była naszym celem i część wschodnią. Wyspa ta jest największa w greckim archipelagu. Całe jej życie skupia się na wąskich paskach wybrzeża, bo resztę zajmują góry, których szczyty sięgają 2500 m.n.p.m. Jej położenie jest bardzo strategiczne: równo po 300 km od wybrzeża Turcji, Afryki i kontynentalnej Grecji (na terenie wyspy znajduje się baza NATO z F-16, które często przelatywały nam nad głowami). Stąd w swej historii wielokrotnie była podbijana i stanowiła łakomy kąsek. Znajdziemy tu ślady podbojów Achajów, Republiki Wenecji, Rzymu czy Turcji. Wszyscy odcisnęli tu swoje ślady, przy czym niektórzy raczej niechlubne. 600 tysięcy stałych mieszańców, którzy o sobie mówią, że są Kreteńczykami, a dopiero później, że są Grekami. Do tego 30 milionów drzewek oliwnych, które dają cenne, płynne złoto. Oliwki nie przypominają tych chociażby hiszpańskich. Są podłużne, małe, zawsze podawane z pestką, ale ich smak uzależnia. Najprostszy sposób ich przyrządzania to forma przekąski – garść oliwek + garść morskiej soli i do słoika. Oliwa również ma wyjątkowy smak. Tu właśnie pozyskuje się produkt o najniższej kwasowości, który wyrażany jest w wartościach poniżej 1, ta o najwyższej jakości ma współczynnik 0,2 . W sklepach, czy na straganach na etykiecie możecie znaleźć wartości 0,6-0,7. Dla porównania moja, stojąca na półce, ma współczynnik 1,5 i w porównaniu z kreteńską jest kwaskowa, a nawet gorzka.

Kreta – jesteśmy!

Lądując na lotnisku w Chanii, dawnej stolicy Krety, mieliśmy wrażenie, że to Maroko. Równie spalona ruda ziemia z pojedynczymi palmami, winoroślą czy oleandrami i równie wciskający w asfalt upał. Zwłaszcza, że w Warszawie, podczas naszego wylotu było 17 stopni. Później, jadąc autokarem do Maleme, które było naszym celem, czuliśmy się, jakbyśmy dotarli do Albanii. Ten sam rodzaj budownictwa i momentami identyczne ”zamiłowanie do porządku”, w stylu jak upadło, to niech leży. Styl jazdy nieco zbliżony do Gruzinów – łokieć za oknem, klakson, papieros i do przodu. Ale przynajmniej na przejściach nie starają się rozjechać pieszych, jak to mają w zwyczaju czynić dżygici.

Maleme

Hotel (Maleme Mare), który wybrała nam zaprzyjaźniona pani z Rainbow, naprawdę był taki jak, na zdjęciach. A mianowicie 62 pokoje, które miały wejścia z zewnątrz, położenie w bajkowym ogrodzie, który wymagał stałej pracy wielu osób. Bo przy tych temperaturach nic by z niego nie było. Każdy kwiatek, krzew i drzewko miały swój system nawadniający. Trawa zaś stanowiła jednolity, zielony i miękki dywan, który stale był pielęgnowany. O pokoju nie ma co się rozpisywać. Było wszystko, łącznie z klimatyzacją, ale służył wyłącznie do mycia i spania, a reszta i tak była na zewnątrz. Dwa baseny, leżaki, a do kamienistej plaży 10 metrów. Morze czyste i stale obracające tysiącami kamieni, solanka w powietrzu, wiatr i fale, momentami naprawdę ogromne. Ze wschodu półwysep Akrotiri, z zachodu półwysep Rodopi, a za plecami Góry Białe, a między nimi Morze Kreteńskie i „nasze” Maleme. Mimo silnego wiatru od morza temperatura nigdy nie spadała poniżej 30, a woda w morzu była ciepluteńka. Osobiście godzinami mogłam gapić się na spektakl fal, wiatru i przesuwających się kamieni. Raz mieliśmy plaże żwirową, a za chwilę kamienistą, istna bajka.

Maleme

Nasze ulubione miejsce

Owszem, było plażowanie. Ale ja (Ruda Mama) nigdy nie siedzę bezczynnie. Więc w międzyczasie połknęłam 4 książki i zrobiłam kawał serwety na szydełku. No cóż, ja tak mam. 12 dni pobytu pozwoliło nam zrobić 7 wycieczek, w tym 4 nasze i 3 zorganizowane. Początkowo chcieliśmy wynająć samochód. Ale nasz urlop zbiegł się w czasie z grecką kanikułą i samochody tego niższego segmentu, typu Fiat Panda, zostały wcześniej zarezerwowane. Wyższy segment był poza naszym zasięgiem finansowym.

Kreta = Chania

Zakochaliśmy się w dawnej stolicy Krety, w Chanii, do której wracaliśmy 3 razy. Autobus rejsowy zabierał nas z przystanku, na którym oczywiście nie ma rozkładu. Ale na szczęście hotel taki posiadał, więc nie było problemu, żeby mniej więcej co 30 minut na jakiś autobus trafić. Z reguły były to przegubowe mercedesy i co ciekawe, w każdym był konduktor, u którego nabywało się bilet. Samo miasto ciągnie się kilometrami, ale wszyscy chcą zobaczyć starówkę i port wenecki. Za namową czytanych wcześniej blogerów pozwoliliśmy sobie zagubić się w plątaninie uliczek. Bez patrzenia na mapę, a jedynie idąc na słuch, bo wcześnie czy później i tak dojdzie się do morza. Turyści przybywają tu na jedyny w swoim rodzaju spektakl pod nazwą „zachód słońca, który odbywa się „w porcie weneckim z latarnią morską w tle”. Wiem, to nie Santorini, ale ilość osób z aparatami i tak była imponująca. Spora część starego miasta pełna jest wykopalisk, niektóre z nich były zadaszone z tablicami informacyjnymi. Inne jak i dawne mury miejskie, stanowiły tło dla budowli, które wykorzystując stare wiekowe fundamenty, dostały nową, niekiedy niezbyt piękną nadbudowę.

Chania o zachodzie słońca

Druga część Chanii, bliżej latarni, to istne szaleństwo! Dom przy domu na szerokość rozpostartych ramion. Ogromna ilość knajpek, kawiarni i sklepików. Ale tu raczej mają siedzibę artyści i rzemieślnicy, w odróżnieniu od masowej produkcji z centrum. Swoistym kolorytem wyspy są wszechobecne koty, którym ciepło sprzyja, a okoliczne knajpki i turyści pozwalają wieść leniwe kreteńskie życie. Siedząc w porcie, obserwując przechodniów, zmówiliśmy danie dla dwojga. Przerosło ono nasze wyobrażenie o tym, co kryje się pod tą nazwą. Port, więc logiczne, że były to owoce morza, które lubię, ale ilość przypominała raczej porcję dla głodnej bandy nastolatków. Więc my z lekka polegliśmy. Dzięki Bogu pojawił się wyjątkowo głodny kot, który mam nadzieję, że przeżył to obżarstwo, bo był trzecim do tej porcji. Za 28 euro dostaliśmy miednicę krewetek, frytek kalmarów, szprotek grillowanych, ośmiornicy, langustynek i stek z tuńczyka. Na deser były lody, ciasto i ćwiartka 50% rakii. Po wielkim żarciu poszliśmy podziwiać zachód słońca, a następnie, nieśpiesznie udaliśmy się na dworzec autobusowy w drogę powrotną do hotelu.

Z ciepłem zachodzącego słońca kończymy pierwszą część naszej opowieści.

Rudzi Rodzice,

czyli Magda Zagórska (autorka tekstu) oraz Ryszard Zagórski (autor zdjęć; obróbka made by ruda)

Zobacz również

8 odpowiedzi

    1. Dokładnie tak! Zresztą, to nie jedyny artykuł moich rodziców na blogu. Już parę razy się tu pojawiali. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.