Bałkany 2015 Turcja

Dalyan, Istuzu, Kaunos, żółwie i koty

-
18 maja 2016

Są takie miejsce, które mają w sobie coś magicznego. Człowiek zakochuje się w nich od pierwszego wejrzenia i nie zastanawia się, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Podobnie mieliśmy z Dalyan, do którego udaliśmy się po feralnej dla mnie wizycie w Pamukkale. Marek analizując mapę Turcji stwierdził, że miasteczko to wydaje się być dla nas ciekawą propozycją, a jego atutem miały być liczne atrakcje, jak choćby niesamowite grobowce wykute w skalnej ścianie czy też występujące tu żółwie. Przy okazji wypatrzyliśmy camping położony tuż nad rzeką, więc przynajmniej odpadała nam kwestia szukania noclegu na dziko, co w tych okolicach mogłoby być dość trudne.

Parę słów o samym Dalyan. Można by rzec, że życie miasta koncentruje się na wodzie. Na północ od niego znajduje się rozległe jezioro Köyceğiz. Przez Dalyan przepływa rzeka Dalyan, po której kursują liczne, turystyczne łodzie. Na południe od miasta ciągną się szuwary, wśród których meandruje rzeka, by po chwili wpaść do morza, tuż obok malowniczej plaży Istuzu, zwanej również Plażą Żółwi, gdyż gady te składają na niej swoje jaja. Z tego też powodu można na niej przebywać jedynie w ciągu dnia. W nocy plażę przejmują żółwie i nie można im przeszkadzać. W szczególności, że Istuzu jest jednym z nielicznych miejsc w basenie Morza Śródziemnego, w których te majestatyczne gady (samice żółwia morskiego osiągają wagę nawet 100 kg) mogą składać swoje jaja. Lecz Dalyan to nie tylko sama woda. To również historia starożytna, pod postacią ruin miasta Kaunos. Pamiątką po jego mieszkańcach są grobowce wykute w skale, znajdujące się nad rzeką, po drugiej stronie względem Dalyan. Są na swój sposób fascynujące, w szczególności, gdy człowiek uświadomi sobie, że powstawały około IV wieku p.n.e. oraz, że były budowane… od góry. Skąd to wiadomo? Otóż największy grobowiec nie został nigdy ukończony, dzięki temu archeolodzy mogli stwierdzić, jaką technikę mieli budowniczowie.

Dokładnie na przeciwko skalnych grobowców, po drugiej stronie rzeki, znajduje się Dalyan Camping, na którym postanowiliśmy przenocować. O tym, że był to strzał w dziesiątkę, przekonacie się za chwilę. Bo jego atutem nie była tylko świetna lokalizacja. Po dotarciu na miejsce staraliśmy się znaleźć coś na kształt recepcji, ale niestety sztuka ta kompletnie nam się nie udała. Za to mogliśmy się dokładnie przyjrzeć campingowi. Nie jest on zbyt duży, a dzięki licznym drzewom gwarantuje sporo cienia (a wraz z nim też hordy wściekłych komarów i meszek, ale o tym mieliśmy się przekonać dopiero pod wieczór). Kiedy wróciliśmy na chwilę w okolice zaparkowanej Kianki, podeszła do nas starsza Turczynka i zaczęła mówić do nas po turecku. Jak łatwo się domyślić, nic nie zrozumieliśmy, więc kiedy udało mi się przerwać jej monolog, stwierdziłam: “Sorry, do you speak English??” Jej odpowiedź mocno mnie zaskoczyła. “O rany, ja myślałam, że wy jesteście z Turcji, dlatego zaczęłam do was mówić po turecku. Czy mogę wam jakoś pomóc?” Byłam mylona z Niemką, Irlandką albo Rosjanką lub Czeszką. Ale z Turczynką? Był to chyba znak, że moja opalenizna osiągnęła swą szczytową formę. Tylko, że z drugiej strony, chyba nie ma zbyt wielu rudawych Turczynek? W każdym razie okazało się, że nasza rozmówczyni jest żoną właściciela i dzięki niej udało nam się go namierzyć. Pan Właściciel przywitał nas z tasakiem w ręku, bo akurat siekał mięso na obiad. Szybko wskazał nam miejsce na rozbicie namiotu i zapytał się, czy nie chcemy zjeść jakiegoś posiłku. Kiedy powiedziałam, że jestem wegetarianką, stwierdził, że to nie problem, przygotuje coś specjalnie dla mnie. Ponieważ nie mieliśmy sił, ani ochoty, by szukać restauracji w centrum miasteczka, było nam to bardzo na rękę. Bo nie zawsze ma się okazję jeść obiad na pomoście, z którego rozciąga się widok na pięknie oświetlone grobowce, które odbijają się w spokojnym nurcie rzeki. Coś niesamowitego. A do tego towarzystwo kotów, które smętnym wzrokiem patrzył na zawartość naszych talerzy. U Marka była porcja mięsa, a u mnie miks kilku różnych sałatek oraz wege wersja burka. Do tego zimne piwko i przepis na relaks gotowy.

Dalyan

Dalyan

Planowaliśmy, że nasz dzień w Dalyan będzie spokojny, leniwy, sprzyjający odpoczynkowi, którego trochę nam zaczęło brakować w ciągłym pędzie przez Turcję. Zapewne domyślacie się, że gdy człowiek robi takie założenia, to później nic mu z tego nie wychodzi. Ale od początku. Rano nastawiliśmy pranie i udaliśmy się po zakupy śniadaniowe do pobliskiego sklepu. Gdy już na campingu przygotowywałam dla nas kanapki, towarzyszyły mi dwa urocze, maleńkie kociaki. Oczywiście ja byłam zachwycona, ale po chwili mój zachwyt przerodził się w irytację, gdy po raz setny musiałam wyciągać futrzastą, mrucząca kulkę z opakowania serka do smarowania. Jasne, przyprawa z kociego futra jest znana wszystkim właścicielom mruczków, ale bez przesady. Ostatecznie musiałam jednocześnie karmić i siebie i kota, i wtedy wszyscy byli zadowoleni. Nawet Marek nie zorientował się, że jego kanapka została lekko nadgryziona i to bynajmniej nie przeze mnie.

Dalyan

Dalyan

Dalyan dayan żółw

Po śniadaniu, Marek za zgodą właściciela, startuje z terenu campingu dronem. “Ale dostanę od Was później zdjęcia i filmik?” Oczywiście, nie było z tym problemu, w szczególności, że właściciel dość mocno zainteresował się dronem. Kiedy pranie jest już rozwieszone, a wszystkie ujęcia z lotu ptaka gotowe, pytamy się właściciela, co poleca z tutejszych atrakcji. “A to się świetnie składa! O 10:45 przypływa do nas łódź wycieczkowa. W trakcie rejsu odwiedzicie Plażę Żółwi, zjecie obiad w restauracji, będziecie mogli potaplać się w błocie i odwiedzić Kaunos.” Kiedy to mówił, było jakoś po 10. I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że łódź przypłynęła po 15 minutach. Efekt był taki, że w panice usiłowaliśmy się spakować i zabrać wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. Łódź pełna ludzi musiała czekać na dwójkę nierozgarniętych Polaków, którzy chcieli mieć spokojny dzień.

Dalyan

Dalyan

Z obłędem w oczach wpadliśmy na pokład, po czym wszyscy mogli ruszyć w stronę plaży Istuzu. Rzeka Dalyan pięknie meandruje, a w trakcie rejsu największą atrakcją było wypatrywanie żółwi, które wpływają sobie w głąb lądu. Niestety nie było to wcale takie proste, ale kilka razy udało nam się dostrzec wyłaniającego się spod wody majestatycznego gada. Natomiast przesympatyczny kapitan statku pokazał nam pięknego, kolorowego kraba. Generalnie w trakcie rejsu mieliśmy jeden problem – praktycznie nikt oprócz nas nie mówił tam po angielsku. Sami Turcy i my. Oczywiście było bardzo sympatycznie, tylko po dopłynięciu do plaży nie wiedzieliśmy, ile czasu mamy na kąpiele morskie i słoneczne. Ostatecznie jedna Turczynka ujawniła się ze swoimi lingwistycznymi umiejętnościami i przetłumaczyła nam, o której mamy być z powrotem na łodzi.

Dalyan rejs

Dalyan

krab Dalyan

Plaża Istuzu jest dość długa, lecz wąska. Ustawione są na niej leżaczki i parasole. Część jej terenu odgrodzona jest sznurkiem. To miejsce, gdzie żółwie złożyły swoje jaja. Świadczą o tym metalowe kosze, na których przyczepione są metalowe tabliczki ostrzegające, by ich nie ruszać i nie przenosić. Woda w zatoce jest niesamowicie ciepła, więc nie daje orzeźwienia, tak potrzebnego przy wszechogarniającym upale. Jednak nie narzekamy – jest pięknie, a nawet spore rzesze turystów jakoś nam nie przeszkadzają.

Istuzu

Istuzu

Istuzu Beach

Po krótkim spacerze po plaży wracamy na nasz statek. Okazuje się, że wszyscy na nas czekają, mimo iż przybyliśmy przed umówioną godziną. Wszyscy nasi współpasażerowie akurat konsumowali kraby, które przygotował pan kapitan. Marek na tę degustację się nie załapał, lecz za chwilę i tak czekał nas obiad. Kiedy zasiadamy na pokładzie, wyruszamy w dalszą drogę. Kolejnym celem była restauracja, po drugiej stronie brzegu względem Dalyan. Danie główne to ryba lub kurczak, czyli idealne potrawy dla wegetarianki. Na szczęście na miejscu funkcjonował też barek sałatkowy, więc również udało mi się najeść.

Dalyan rejs

Dalyan

Dalyan

Stamtąd płyniemy na kąpiele błotne, które są dodatkowo płatne. Oboje doszliśmy do wniosku, że chyba nie mamy wielkiej potrzeby by taplać się w błocie i postanawiamy zostać na łodzi i po prostu nic nie robić. W międzyczasie kilku naszych współpasażerów wszczyna awanturę, gdyż spodziewali się, iż zostaną zawiezieni do innych błot. Pojawia się właściciel firmy wycieczkowej i zaczyna tłumaczyć, że te płatne błota mają atest i są przebadane, a te inne nie i jeśli mają ochotę się kąpać, to któraś łódź ich tam zabierze, ale na ich własną odpowiedzialność. Ogólnie atmosfera robi się ciężka. Niemniej my przez 40 minut leniuchujemy na łodzi. Gdy reszta ekipy wraca, płyniemy na jezioro Köyceğiz, gdzie zaplanowana jest kąpiel. W jednym czasie przybywa kilka stateczków. Nasz cumuje, a reszta z nich łączy się z nami za pomocą lin. Chętni mogą wyskoczyć prosto w chłodne wody jeziora. W międzyczasie kapitanowie innych statków rzucają żarty, że w wodzie jest krokodyl.

Daylan

Daylan

Daylan

Po wizycie nad jeziorem, czekał nas powrót do głównego portu w Dalyan. Tam nastąpiło lekkie zamieszanie, gdyż musieliśmy przesiąść się na łódź płynącą do Kaunos. Jednak zostaliśmy tak poprowadzeni, że wylądowaliśmy na stateczku, który wracał na nasz camping. Ostatecznie kapitan zgodził się podrzucić nas do Kaunos, abyśmy zdążyli przed zamknięciem ruin. Wejście na ich teren kosztuje 10Tl od osoby. Same ruiny nie są może zbyt imponujące, lecz pozwalają podziwiać piękną panoramę, w tym plażę Istuzu oraz zakola rzeki. Plus jest taki, że zwiedzamy praktycznie sami i towarzyszy nam zachód słońca, ocieplający cały pejzaż. W Kaunos robi na nas wrażenie ogromna, stara oliwka oraz niewielki, lecz bardzo ładny teatr.

Kaunos

Kaunos

Kaunos

Kaunos

ddd

Wracamy do centrum Dalyan, by zjeść szybki obiad i kupić pamiątki. Po powrocie na camping zabieramy się za planowanie dalszej trasy przez Turcję, a w międzyczasie Marek przekazuje właścicielowi filmik z drona. Kątem oka widzę, jak emocjonuje się oglądając lotnicze ujęcia na swoim komputerze. Po chwili przybiega do nas i zaczyna na naszym laptopie przeglądać tureckie strony internetowe, by sprawdzić ile kosztuje dron. Oczywiście poprosił Marka, by polatał jeszcze następnego dnia, bo chciałby się jeszcze pozachwycać. Mniej więcej w tym samym czasie okazało się, że nasz namiot przyciągnął małe, mruczące, kudłate kulki, które postanowiły zrobić sobie z niego plac zabaw. Albo ganiają się pod tropikiem, albo rzucają się z pazurami na dach namiotu. Przez godzinę naszym głównym zajęciem jest przeganianie kociaków. Były jednak niczym bumerangi – im dalej się je wyniosło od namiotu, tym szybciej wracały. Po kilku minutach naszych nieudolnych działań, dołączył do nas sąsiad z namiotu obok, który postanowił nam pomóc. Jednak sytuacją, która wszystkich rozbroiła, był moment, w którym Marek zabrał jednego kociaka, odniósł go odpowiednio daleko, postawił na ziemi, zaczął tłumaczyć, że ma przestać tak robić, a gdy tylko się odwrócił zwierzak z całą mocą swych krótkich nóżek pobiegł do naszego namiotu i rzucił się z pazurami na tropik. W tym momencie, wraz z naszym tureckim pomocnikiem dostaliśmy po prostu histerycznego napadu śmiechu. Co ciekawe tylko nasz namiot wzbudził wśród kotów zainteresowanie i nie chciały jakoś przenieść się do sąsiadów.

Rano kocia inwazja trwała nadal, ale ponieważ zbieraliśmy się w dalszą drogę, szybko zwinęliśmy namiot. Przed pożegnaniem z Dalyan Marek raz jeszcze wypuszcza drona i dzieli się filmem z właścicielem. Ja robiąc śniadanie znów muszę karmić kota i siebie, bo inaczej ten ładował mi się prosto do kanapek. Niemniej pobyt na campingu będziemy wspominać, jako wyjątkowo miłe doświadczenie. Jest to świetne miejsce, o bardzo dobrej infrastrukturze i doskonałej lokalizacji. Przyjaźni właściciele tworzą pozytywną atmosferę campingu i dbają o swoich gości. Ceny może nie są najniższe, ale nie są też za wysokie. Camping Dalyan polecamy Wam w 100%. Nie będziecie  żałować!

TAGI
Powiązane wpisy