Czarnogóra Występy gościnne

Czarnogóra według Rudych Rodziców

-
3 marca 2016

Zapraszam Was na drugi wpis moich rodziców, którzy tym razem zabierają Was do Czarnogóry. Był to drugi kraj na ich roadtripowej, bałkańskiej mapie, podczas ich pierwszego, samodzielnego wypadu na Półwysep.

Tym razem udajemy się do Czarnogóry, czyli maleńkiego kraju, który w nazwie ma “góry”. I to jest prawdą, Bośnia jest górzysta, ale prawdziwe górskie doznania były dopiero przed nami. Wyjazd z Trebinje w kierunku granicy, stanowił istną “radość o poranku”. Nasza ukochana blondynka ze słodkim głosem, czyli nawigacja, tylko trzy razy kazała nam się trzymać lewego pasa, a następnie kazała zawracać w kierunku Sarajewa, przeciągając nas przez jakieś dziwaczne uliczki. Uratowała nas męska decyzja męża, który powiedział: “mam cię…..”, po czym pojechał dalej prosto. W tym momencie nasza nawigacyjna koleżanka się odwiesiła i załapała właściwy kierunek. Góry, góry i coraz wyższe góry stają się naszymi przewodnikami i partnerami podroży.

Kierunek Kotor – widoki obłędne, droga niesamowicie kręta i górzysta, a z nieba leje się żar. Ja podziwiam, a mąż klnie ile wlezie, bo nie ma gdzie stanąć, żeby zrobić zdjęcia i dać odpocząć samochodowi. Tragedią jest spotkanie ciężarówki z kamieniami (budowa dróg) lub drewnem, istny obłęd, więc prędkość podróżna spada do 40 km/h, trzeba hamować silnikiem, żeby nie spalić klocków hamulcowych.

Kierujemy się w stronę Kotoru. Przejście graniczne było i minęło, ale z niejakim zdziwieniem. To, co mąż dwa razy omijał, myśląc, że to kolejne bramki na autostradzie okazało się przejściem granicznym. Tym razem słodka blondi miała rację. My wyglądamy wybrzeża, które nieśmiało pojawia się  pomiędzy wzgórzami, pomału docieramy do Boki Kotorskiej, robi się ludniej, wakacyjnie i radośniej, jest morze, są knajpki, plaże i słońce, jest cudnie. Kotor zostawiamy z lewej strony, a my kierujemy się  do miejscowości położonej na przeciwległym brzegu Boki, do Muo, w którym mamy wynajęty pensjonat. Dojazd do niego to osobna bajka, jedynie pionowo pod górę, a od muru do muru przejazd na grubość lakieru. Pensjonat i właściciele suuuuuper, polecamy, a własny taras z widokiem na Bokę i Kotor warte tych pieniędzy. Odpoczynek i czeka nas spacer do Kotoru, jakieś 2,5 km w jedną stronę. Jedyny feler, to ta niesamowicie wąska nadmorska droga, która zmusza do przyklejania się do murów domów, gdy nadjeżdża samochód, a właściwie, gdy próbują się dwa wyminąć. Chyba najmądrzej i najbezpieczniej byłoby wskakiwać do wody. Docieramy do bram miasta w momencie, gdy kończy się targ rybny (zapach w tym upale jest daleko odmienny od perfumerii), a wśród zamykających się kramów uwijają się dość mocno spasione koty, które są motywem przewodnim tego miasta i mają się całkiem dobrze. Jest wściekle gorąco i duszno, na zapleczach licznych knajpek widać wystawiane miseczki z wodą i różnymi “specjałami” typu krewetki, rybie łby i inne pyszności. Między nimi przechadzające się koty, które wąchają te specjały, przyglądają się im, ale i tak idą dalej. Niczym jak turyści, tu już jadłem, tam wczoraj, a krewetek nie lubię….

Kotor

Kotor

Kotor

Koty w Kotorze są u siebie i mają się bardzo dobrze, są karmione, no wręcz na etacie, ba, mają nawet swoje muzeum. A  w nim koty w muzyce, rzeźbie, malarstwie, na pocztówkach, w książkach z całego świata. Koty ze swoimi słynnymi właścicielami, koty w literaturze, na porcelanie… Raj dla kociarzy!

Muzeum Kotów Kotor

Muzeum Kotów Kotor

Jesteśmy głodni, więc w knajpce vis a vis wejścia do kociego muzeum zamawiamy pizzę z owocami morza, naprawdę dobrą i czarnogórskie piwo, a do tego jak spod ziemi wyrasta kot, który reflektuje na pizze. Znika w tym samym momencie, w którym nasze talerze stają się puste.W pewnym momencie poszła przez Kotor fama, że przybyła do miasta Monika Belluci, a wraz z plotką (?) pojawili się liczni paparazzi. My Moniki nie spotkaliśmy, ale może inni mieli nieco więcej szczęścia.

Kotor

Wróciliśmy do pensjonatu i spędzamy cudny wieczór na tarasie – zachodzące słońce i bajkowe widoki, a w nocy niestety piekiełko. Przyszedł wiatr, który poprzewracał meble na tarasie, a nasze pranie właściciele zbierali w dużym promieniu od pensjonatu.

Kotor

Kotor

Kotor

Kotor

Kotor

Rano nadal sakramencko wiało, więc po wyruszeniu w dalszą drogę w stronę Baru, zatrzymujemy się na kawę w kawiarni, gdyż oboje z mężem cierpimy z powodu strasznego bólu głowy. Przejazd przez góry widokowo obłędny, ale wiatr robi swoje, a temperatura wcale nie spada, mimo, że przez chwilę nawet kropiło. Po lewej stronie mijamy ogromną białą cerkiew (będącą w trakcie budowy), jedną z największych, jaką widziałam i docieramy do miasta Bar, nowego, bo do Starego Baru mamy jeszcze kawałek. Stary Bar to cudownie zachowane średniowieczne miasto z domami, kościołami, akweduktem, cysternami nadal pełnymi wody.

Czarnogóra

Czarnogóra

Stary Bar

Stary Bar

Stary Bar

Stary Bar

Z Baru ruszyliśmy w kierunku albańskiej granicy, ale najpierw natknęliśmy się na wypadek, w trudnym górskim terenie, który mocno nas spowolnił. Na drodze chaos połączony z paranoją i istnym obłędem, po 40 minutach docieramy na stację benzynową i po zatankowaniu na full udajemy się na albańską granicę, niestety planując naszą podróż nie wzięliśmy pod uwagę, że będziemy ją przekraczać w piątek, a to jak wiadomo weekendu początek.

Jesteśmy uczestnikami tragikomedii w stylu “nikt nic nie wie”, żar osiąga 40 stopni. Po 2 godzinach już widać zabudowania przejścia, ale zabawa dopiero się zaczyna, te napisy i rysunki nad 4 pasami, w niczym nie pomagały, a trwa spektakl, kto silniejszy i bardziej zdesperowany jedzie, reszta, w tym i my stoimy. Wysiadam, ale sorry, nadal nie ogarniam, ustawiamy się na skrajnym lewym pasie przy samym budynku strażnicy. Po pewnym czasie orientujemy się, że trwa tu dziwny proceder – do samochodów na albańskich i kosowskich blachach podchodzą dziwni rozprowadzacze, którzy oficjalnie wręczają kierowcom kasę, kierowcy zamiast ruszać do przodu wpuszczali przed siebie sunący poboczem samochód, który w ten sposób omijał kolejkę wbijając się na chama  i powodując wściekłość karnie stojących turystów. Po kolejnym takim “razie” wszyscy desperaci włączyli klaksony wywabiając większe siły pograniczników. Panowie wzięli się do roboty, co skończyło się wycelowaniem broni w kierunku cwaniaka i wywleczeniu go z kolejki, co przypłacił rozwaleniem zderzaka o hydrant, a to zaś spotkało się z aprobatą turystów (klaksony) i nagle (!) znaleźliśmy się w Albanii. Ale to już kolejna opowieść. Mama Rudej

TAGI
Powiązane wpisy