Albania Bałkańskie Wyprawy Bałkany 2014/15 Macedonia

BST 2014/15 Popowrotowe refleksje

-
7 stycznia 2015

Wróciliśmy. Jesteśmy w Polsce od wczoraj. Właśnie pierze się pierwsza partia ciuchów, a zdjęcia i filmy powoli zgrywają się na dysk. Marek poszedł do roboty, a ja nie wiem, w co ręce włożyć, bo zajęć swoich i tych związanych z ogarnianiem się po wyjeździe mam stanowczo za dużo. Dlatego, wbrew logice i na zasadzie samoutrudniania, wolę usiąść i coś napisać. W końcu pralki czy zgrywania zdjęć nie przyspieszę, a mogę mieć moment dla siebie.

Macedonia ruda

Generalnie w wyjazdach najbardziej nie lubię powrotów. I nie ważne, czy wraca się z  miesięcznego, tygodniowego czy weekendowego wyjazdu – zawsze odczuwam to samo, czyli żal za tym, że coś się skończyło. Niewątpliwie cholernie żałuję, że Balkan Spontan Trip 2014/15 wczoraj się zakończył. Oczywiście w perspektywie są kolejne wyjazdy, kolejne plany, a sam 2015 rok będzie dla mnie i Marka bardzo istotny i pełen zmian. Niemniej jednak sylwestrowy, zimowy wypad na Bałkany, choć przygotowywany dosłownie na ostatnią chwilę, okazał się jednym z najlepszych naszych wspólnych wypadów. Co nam się w nim najbardziej podobało?

Zmiana perspektywy. Większość osób podróżujących na Bałkany, zna ten region z letniej, słonecznej i ciepłej aury. My będąc na Bałkanach w kwietniu 2012 zakosztowaliśmy teoretycznie wszystkich pór roku. Ale i tak region ten łączyliśmy bardziej z latem. Teraz udało nam się zmienić sposób patrzenia na tę część Europy. Trafiliśmy na naprawdę spore mrozy, również w Albanii, gdzie sami mieszkańcy byli w szoku, że jest aż tak zimno. Macedonię natomiast nawiedziła największa od 9 lat zima, która nam na szczęście nie przeszkodziła w realizowaniu dość napiętego planu.

Niewielka ilość turystów. To chyba największy plus podróżowania poza sezonem i na dodatek w zimie. O ile w Sarajewie czy w Skopje spotykaliśmy większe grupki turystów, to np. w Albanii praktycznie nikogo poza Albańczykami nie widzieliśmy (wyjątkiem jest Adriano z Triestu, którego poznaliśmy w Shkodrze, w tamtejszym hostelu).

Lepszy kontakt z tubylcami. Podróżowanie poza sezonem, gdy jest się pojedynczym turystą kręcącym po różnych zakątkach Bałkanów powoduje, że ma się więcej okazji na interakcję z miejscowymi. Wielokrotnie byliśmy przez nich zagadywani, pytani o to skąd jesteśmy i co tu robimy w takim nietypowym terminie. Otrzymywaliśmy wiele cennych rad i sugestii, dowiadywaliśmy się ciekawych rzeczy i ogólnie wymienialiśmy się poglądami. W sezonie, gdy jest się w tłumie turystów, na takie rozmowy ma się mniejsze szanse, bo jest się jednym z wielu.

Nauka zwiedzania miast. Generalnie do tej pory w naszych podróżach omijaliśmy zwiedzanie większych miast. Zapytacie się, dlaczego? Może latem, gdy jest upał, wolimy większe i bardziej otwarte przestrzenie niż miejskie, rozgrzane mury. Zimą natomiast, gdy dodatkowo dzień jest krótki, a outdoorowe aktywności ogranicza właśnie czas, miasto ma więcej do zaoferowania. Muzea, wystawy, zabytki, knajpki, włóczenie się poza utartymi, turystycznymi ścieżkami. Okazało się, że sprawia nam to przyjemność, a co więcej jesteśmy w stanie naprawdę dzięki temu sporo się dowiedzieć o kulturze i historii odwiedzanego miejsca. Truizm? No pewnie, ale dla nas to jednak coś nowego, coś do czego będziemy wracać.

Radość obrzeży. Owszem, może i nauczyliśmy się zwiedzać miasta, ale nie wyzbyliśmy się naszej najważniejszej cechy, czyli umiejętności znajdowania widokowych miejsc wokół miast, z których można podziwiać niesamowite panoramy. Udało nam się to zarówno w przypadku Sarajewa, jak i Durres czy Skopje (a kto był w tych miastach ten wie, że nie jest to wcale trudna sztuka). Często zapuszczaliśmy się w mało dostępny czy przyjazne miejsca, ale dzięki temu mamy kolekcję zdjęć, których raczej nie przywożą rzesze turystów.

Kilometry w nogach. Owszem, w lecie też dużo chodzimy, głównie po górach. Ale podczas BST nasza dzienna norma wynosiła ok. 20km łażenia. Nie powiem, było to trochę męczące, ale z drugiej strony nie zobaczylibyśmy wielu miejsc, gdybyśmy do nich po prostu nie poszli. Kianka  jest mała, ale w wiele miejsc tak czy inaczej by nie dojechała.

A czy coś nam się nie podobało? Zasadniczo obie rzeczy, które nam się nie podobały, związane są z finansami, trzecia natomiast z czymś, na co nie mieliśmy wpływu.

Ilość wydanej kasy. Nie ma co ukrywać, nie byliśmy do tej pory przyzwyczajeni do nocowania w hostelach czy hotelach. Mieliśmy ze sobą namiot i cały sprzęt biwakowy, ale było tak zimno, a my całe dnie spędzaliśmy na zewnątrz, że wieczorami marzyliśmy o ciepłym kącie. O ten ciepły kąt wcale nie było tak prosto, ale to inna para kaloszy. Generalnie też, wydalibyśmy pewnie mniej kasy na noclegi, gdybyśmy mieli o parę dni więcej na przygotowania. Nie zawsze opcje, które zarezerwowaliśmy wcześniej, były tymi najtańszymi. Ale cóż, człowiek się uczy na błędach i następnym razem inaczej rozplanuje kwestię noclegów, gdy namiot raczej nie będzie wchodził w grę.

Koszty nocowania w hostelach. Temu tematowi poświęcę osobny wpis, bo hostelowe refleksje, które narodziły się podczas tego wyjazdu skłoniły mnie do wniosku, że posiadanie takiego przybytku to naprawdę niezły biznes.

Kontrole na granicach. Owszem, zdarzało nam się stać w kolejkach dłużej, niżbyśmy sobie tego życzyli. Tak to już z granicami bywa. Niestety nie bardzo podobało nam się to, że teraz byliśmy brani za przemytników marihuany, a nasz samochód i wszystkie bagaże były sprawdzane z każdej możliwej strony. Jedynym plusem tej sytuacji było to, że dzięki macedońskiemu pogranicznikowi odkryłam, ile niepotrzebnych rzeczy mam poupychanych w torbie od aparatu. Skubany wszystko z niej wygrzebał, obwąchał (gdyby miał psa, nie musiałby np. wąchać mojej zużytej chusteczki, pies by mu od razu udowodnił, że w torbie nie przewoziłam zioła). Na facebooku rozgorzała na temat kontroli granicznych dyskusja, którą wkrótce mam nadzieję przenieść też na bloga i napisać parę słów odnośnie tego zjawiska i naszych doświadczeń. Padło również stwierdzenie, że godzinna kontrola to nic. Może i godzina to nie wiele. Ale dla nas ta godzina stracona na bezproduktywnym patrzeniu, jak rozbebeszane jest nasze auto i graty, w mrozie i huraganowym wietrze spowodowała, że nieco posypały się nasze plany. Więc dla nas, ta godzina, to było naprawdę dużo.

Niemniej jednak nie żałujemy wydanych pieniędzy, bo to, co dzięki temu wyjazdowi zyskaliśmy, nie jest przeliczalne na kasę. A zdanie “collect moments, not things” oddaje tak naprawdę kwintesencję tego wszystkiego. Co więcej, wyjazd ten był naszą podróżą przedślubną. Przez najbliższe pół roku raczej nie będzie czasu ani kasy na dalsze wypady (na pewno odwiedzimy w najbliższym czasie Wrocław, by wspólnie z Martą, Wojtkiem oraz Stasiem i Jasiem powspominać spotkanie w Sarajewie oraz pogadać o podróżach i Bałkanach), więc naładowaliśmy teraz nasze akumulatorki, żeby mieć energię na czekające nas wyzwania i zadania.

Na pełne posumowanie BST 2014/15 przyjdzie czas. Póki co na blogu pojawią się jeszcze dwa refleksyjne wpisy związane z tym wyjazdem, a także wreszcie dokończę spisywanie relacji z zeszłego roku. W szczególności, że jeden z wpisów będzie dotyczył Skopje i stanowił wstęp do relacji z BST. Tematów do rozmów czy wspomnień nie zabraknie w najbliższym czasie. A póki co pozdrawiam Was serdecznie i idę działać dalej 🙂

Zapisz

TAGI
Powiązane wpisy