BST 2014/15 Popowrotowe refleksje

Wróciliśmy. Jesteśmy w Polsce od wczoraj. Właśnie pierze się pierwsza partia ciuchów, a zdjęcia i filmy powoli zgrywają się na dysk. Marek poszedł do roboty, a ja nie wiem, w co ręce włożyć, bo zajęć swoich i tych związanych z ogarnianiem się po wyjeździe mam stanowczo za dużo. Dlatego, wbrew logice i na zasadzie samoutrudniania, wolę usiąść i coś napisać. W końcu pralki czy zgrywania zdjęć nie przyspieszę, a mogę mieć moment dla siebie.

Macedonia ruda

Generalnie w wyjazdach najbardziej nie lubię powrotów. I nie ważne, czy wraca się z  miesięcznego, tygodniowego czy weekendowego wyjazdu – zawsze odczuwam to samo, czyli żal za tym, że coś się skończyło. Niewątpliwie cholernie żałuję, że Balkan Spontan Trip 2014/15 wczoraj się zakończył. Oczywiście w perspektywie są kolejne wyjazdy, kolejne plany, a sam 2015 rok będzie dla mnie i Marka bardzo istotny i pełen zmian. Niemniej jednak sylwestrowy, zimowy wypad na Bałkany, choć przygotowywany dosłownie na ostatnią chwilę, okazał się jednym z najlepszych naszych wspólnych wypadów. Co nam się w nim najbardziej podobało?

Zmiana perspektywy. Większość osób podróżujących na Bałkany, zna ten region z letniej, słonecznej i ciepłej aury. My będąc na Bałkanach w kwietniu 2012 zakosztowaliśmy teoretycznie wszystkich pór roku. Ale i tak region ten łączyliśmy bardziej z latem. Teraz udało nam się zmienić sposób patrzenia na tę część Europy. Trafiliśmy na naprawdę spore mrozy, również w Albanii, gdzie sami mieszkańcy byli w szoku, że jest aż tak zimno. Macedonię natomiast nawiedziła największa od 9 lat zima, która nam na szczęście nie przeszkodziła w realizowaniu dość napiętego planu.

Niewielka ilość turystów. To chyba największy plus podróżowania poza sezonem i na dodatek w zimie. O ile w Sarajewie czy w Skopje spotykaliśmy większe grupki turystów, to np. w Albanii praktycznie nikogo poza Albańczykami nie widzieliśmy (wyjątkiem jest Adriano z Triestu, którego poznaliśmy w Shkodrze, w tamtejszym hostelu).

Lepszy kontakt z tubylcami. Podróżowanie poza sezonem, gdy jest się pojedynczym turystą kręcącym po różnych zakątkach Bałkanów powoduje, że ma się więcej okazji na interakcję z miejscowymi. Wielokrotnie byliśmy przez nich zagadywani, pytani o to skąd jesteśmy i co tu robimy w takim nietypowym terminie. Otrzymywaliśmy wiele cennych rad i sugestii, dowiadywaliśmy się ciekawych rzeczy i ogólnie wymienialiśmy się poglądami. W sezonie, gdy jest się w tłumie turystów, na takie rozmowy ma się mniejsze szanse, bo jest się jednym z wielu.

Nauka zwiedzania miast. Generalnie do tej pory w naszych podróżach omijaliśmy zwiedzanie większych miast. Zapytacie się, dlaczego? Może latem, gdy jest upał, wolimy większe i bardziej otwarte przestrzenie niż miejskie, rozgrzane mury. Zimą natomiast, gdy dodatkowo dzień jest krótki, a outdoorowe aktywności ogranicza właśnie czas, miasto ma więcej do zaoferowania. Muzea, wystawy, zabytki, knajpki, włóczenie się poza utartymi, turystycznymi ścieżkami. Okazało się, że sprawia nam to przyjemność, a co więcej jesteśmy w stanie naprawdę dzięki temu sporo się dowiedzieć o kulturze i historii odwiedzanego miejsca. Truizm? No pewnie, ale dla nas to jednak coś nowego, coś do czego będziemy wracać.

Radość obrzeży. Owszem, może i nauczyliśmy się zwiedzać miasta, ale nie wyzbyliśmy się naszej najważniejszej cechy, czyli umiejętności znajdowania widokowych miejsc wokół miast, z których można podziwiać niesamowite panoramy. Udało nam się to zarówno w przypadku Sarajewa, jak i Durres czy Skopje (a kto był w tych miastach ten wie, że nie jest to wcale trudna sztuka). Często zapuszczaliśmy się w mało dostępny czy przyjazne miejsca, ale dzięki temu mamy kolekcję zdjęć, których raczej nie przywożą rzesze turystów.

Kilometry w nogach. Owszem, w lecie też dużo chodzimy, głównie po górach. Ale podczas BST nasza dzienna norma wynosiła ok. 20km łażenia. Nie powiem, było to trochę męczące, ale z drugiej strony nie zobaczylibyśmy wielu miejsc, gdybyśmy do nich po prostu nie poszli. Kianka  jest mała, ale w wiele miejsc tak czy inaczej by nie dojechała.

A czy coś nam się nie podobało? Zasadniczo obie rzeczy, które nam się nie podobały, związane są z finansami, trzecia natomiast z czymś, na co nie mieliśmy wpływu.

Ilość wydanej kasy. Nie ma co ukrywać, nie byliśmy do tej pory przyzwyczajeni do nocowania w hostelach czy hotelach. Mieliśmy ze sobą namiot i cały sprzęt biwakowy, ale było tak zimno, a my całe dnie spędzaliśmy na zewnątrz, że wieczorami marzyliśmy o ciepłym kącie. O ten ciepły kąt wcale nie było tak prosto, ale to inna para kaloszy. Generalnie też, wydalibyśmy pewnie mniej kasy na noclegi, gdybyśmy mieli o parę dni więcej na przygotowania. Nie zawsze opcje, które zarezerwowaliśmy wcześniej, były tymi najtańszymi. Ale cóż, człowiek się uczy na błędach i następnym razem inaczej rozplanuje kwestię noclegów, gdy namiot raczej nie będzie wchodził w grę.

Koszty nocowania w hostelach. Temu tematowi poświęcę osobny wpis, bo hostelowe refleksje, które narodziły się podczas tego wyjazdu skłoniły mnie do wniosku, że posiadanie takiego przybytku to naprawdę niezły biznes.

Kontrole na granicach. Owszem, zdarzało nam się stać w kolejkach dłużej, niżbyśmy sobie tego życzyli. Tak to już z granicami bywa. Niestety nie bardzo podobało nam się to, że teraz byliśmy brani za przemytników marihuany, a nasz samochód i wszystkie bagaże były sprawdzane z każdej możliwej strony. Jedynym plusem tej sytuacji było to, że dzięki macedońskiemu pogranicznikowi odkryłam, ile niepotrzebnych rzeczy mam poupychanych w torbie od aparatu. Skubany wszystko z niej wygrzebał, obwąchał (gdyby miał psa, nie musiałby np. wąchać mojej zużytej chusteczki, pies by mu od razu udowodnił, że w torbie nie przewoziłam zioła). Na facebooku rozgorzała na temat kontroli granicznych dyskusja, którą wkrótce mam nadzieję przenieść też na bloga i napisać parę słów odnośnie tego zjawiska i naszych doświadczeń. Padło również stwierdzenie, że godzinna kontrola to nic. Może i godzina to nie wiele. Ale dla nas ta godzina stracona na bezproduktywnym patrzeniu, jak rozbebeszane jest nasze auto i graty, w mrozie i huraganowym wietrze spowodowała, że nieco posypały się nasze plany. Więc dla nas, ta godzina, to było naprawdę dużo.

Niemniej jednak nie żałujemy wydanych pieniędzy, bo to, co dzięki temu wyjazdowi zyskaliśmy, nie jest przeliczalne na kasę. A zdanie “collect moments, not things” oddaje tak naprawdę kwintesencję tego wszystkiego. Co więcej, wyjazd ten był naszą podróżą przedślubną. Przez najbliższe pół roku raczej nie będzie czasu ani kasy na dalsze wypady (na pewno odwiedzimy w najbliższym czasie Wrocław, by wspólnie z Martą, Wojtkiem oraz Stasiem i Jasiem powspominać spotkanie w Sarajewie oraz pogadać o podróżach i Bałkanach), więc naładowaliśmy teraz nasze akumulatorki, żeby mieć energię na czekające nas wyzwania i zadania.

Na pełne posumowanie BST 2014/15 przyjdzie czas. Póki co na blogu pojawią się jeszcze dwa refleksyjne wpisy związane z tym wyjazdem, a także wreszcie dokończę spisywanie relacji z zeszłego roku. W szczególności, że jeden z wpisów będzie dotyczył Skopje i stanowił wstęp do relacji z BST. Tematów do rozmów czy wspomnień nie zabraknie w najbliższym czasie. A póki co pozdrawiam Was serdecznie i idę działać dalej 🙂

Zapisz

Zobacz również

24 odpowiedzi

  1. Fajny wpis! Jeśli chodzi o powroty to też je ciężko znoszę, nie wiem w co ręce wsadzić, a jeśli idę do pracy to mam takie wrażenie jakby to była inne rzeczywistość, sen na jawie… 😉 Fajnie wypunktowane plusy i minusy zimowego wyjazdu, z tą granicą mnie zaskoczyłaś, ciekawy temat, aczkolwiek mało przyjemny. Na Bałkanach jeszcze mnie nie było, z pewnością muszę to nadrobić, chodzą za mną od dawna. Na pewno przyda mi się wtedy Twój blog 🙂

    1. To wypunktowanie dało mi podstawy do tego, żeby się nie dołować powrotem, a cieszyć z doświadczeń. Co do minusów i granicy, to naprawdę temat na dłuższą dyskusję, ale prawda jest taka, że z każdym wyjazdem człowiek dowiaduje się czegoś nowego. My dowiedzieliśmy się, że Polacy z Albanii przywożą sobie marihuanę, a raczej próbują ja przewieźć do Polski. W efekcie, będąc Polakami, w polskim aucie byliśmy przeszukiwani na obecność narkotyków.

      A jak będziesz się wybierała na Bałkany, do czego gorąco zachęcam, to polecam się na przyszłość. Chętnie podpowiem lub pomogę w planowaniu 🙂

  2. No cóż, zazdroszczę wypadu, widoków i doznań. ale ja należe do istot ciepłolubnych i nawet piękne zimowe Sarajewo przy minusac mnie znacznie mniej bawi. Oby do lata.

    1. Z jednej strony zima jest nieco bardziej wymagająca, z drugiej jakże fotogeniczna. Czasem trzeba się poświęcić, czyt. zmarznąć, by “upolować” ciekawe ujęcia. Lato na Bałkanach jest super, ale zima jest ciekawa i zmieniająca perspektywę.

    1. Coś się kończy, coś się zaczyna, coś się zmienia. Wspomnienia zostają i to dzięki nim człowiek jest w stanie wrócić do szarej (dosłownie i w przenośni) rzeczywistości.

  3. Podróżniczy weltschmerz niemal każdego 😀 Po tygodniu przejdzie, ale jeszcze przez miesiąc będzie męczyć trochę w głowię, że fajnie było, że chciałoby się jeszcze, że za krótko itd. Niemniej, wiem o co chodzi z tą popowrotową depresją 😉

    1. Człowiek zawsze by chciał dłużej podróżować, bo niedosyt zawsze zostaje. Powtarzam sobie, że nie mogę narzekać, bo w zeszłym roku na Bałkanach byłam dwa razy, a w nowy rok weszłam będąc na Bałkanach, dodatkowo w ukochanej Albanii 😉

    1. Oj zyskują. O ile nie jestem fanką zimy, to na Bałkanach mimo mrozu i sporej ilości śniegu, jakoś mi ta pora roku nie przeszkadzała. Jednak cudne widoki rekompensowały wszystko.

  4. Witaj Ruda!
    Z podróżami tak już jest, że jak ktoś „złapie bakcyla podróżowania” to już go się nie pozbędzie. Dobrze, że świat nam się otworzył (każdy może mieć paszport w domu a nie w komendzie milicji). Pamiętam wydanie mojego pierwszego paszportu w życiu, kiedy to po wypełnieniu wielostronicowego wniosku musiałem zgłosić się „na przesłuchanie”, podczas którego tłumaczyłem się z celu wyjazdu do „kraju kapitalistycznego”. Europa jest dla nas jednym (z „małymi” wyjątkami) terytorium na którym podczas podróżowania możemy nie zauważyć, że przekraczamy granice. Oczywiście są takie miejsca np. na Bałkanach, gdzie koszmar odpraw granicznych nadal trwa. Ale i tak nie ma tu porównania do przekraczania dawnej „granicy przyjaźni” i traktowania nas przez pograniczników i celników dawnego ZSRR.
    Ja w swojej młodości złapałem tego bakcyla tyle, że możliwości podróżowania miałem bardzo ograniczone (wyjazd do Jugosławii był szczytem marzeń). Dopiero teraz po przekroczeniu 50-tki udało mi się poznać większość Europy (ale i tak mam na jej mapie jeszcze wiele białych plam). Powrót z każdej wyprawy zawsze ciężko przeżywam i jedynym lekarstwem na „kaca powrotowego” jest rozpoczęcie planowania następnej podróży (a najlepiej od razu dwóch). Teraz myślę o wakacjach 2015 i tu zaskoczę Cię- będzie to na 90% trzecia wyprawa na Bałkany J.
    Pozdrawiam, RYZA
    P.s.- lecz „kaca powrotowego” moim lekarstwem.

    1. Oczywiście naszych “przygód” na granicach, nie można porównać do tego, co działo się jeszcze parę lat temu, gdy wyjeżdżając choćby na Słowację, człowiek był kontrolowany na lewo i prawo i też nie miał pewności, czy to co ma w aucie uda mu się przewieźć za granicę (i nawet nie mam tu na myśli alkoholu).
      Niewątpliwie bakcyl podróżowania jest silny i jak się go raz załapie, to już ciężko o nim zapomnieć czy się go wyzbyć. Cóż, chyba faktycznie muszę zacząć planować jakiś kolejny wyjazd 😉

  5. Uroki podróżowania poza sezonem są niezaprzeczalne! A tak w ogóle, ja także uwielbiam miejsca wokół miast, z których widać je najlepiej. Myślę, że macie sporo takich świetnych ujęć z tego wyjazdu! 🙂

    1. To dość trudne pytanie, ale podejmę się odpowiedzi 😉
      – największym, pozytywnym zaskoczeniem był Durres;
      – w Sarajewie jestem po uszy zakochana, a magnetyzm tego miasta mnie zniewala. Mimo swej trudnej historii, jest ono niesamowicie nurtujące. Nie można się od niego uwolnić i już się zastanawiam, kiedy do niego wrócę.
      – Skopje poświęciliśmy z różnych względów najwięcej czasu i z pewnością jest to miejsce, w którym nie można się nudzić. Jest niejednoznaczne, kontrastowe, wzbudzające dość skrajne emocje. Ale przez to jest ciekawe.
      – Shkodrę wreszcie nieco lepiej poznaliśmy, gdyż pierwszy raz nie traktowaliśmy jej jedynie tranzytowo i udało nam się nieco w niej pozwiedzać. Od zawsze lubiliśmy to miasto, a teraz lubimy je jeszcze bardziej.

      Czy wśród tych miast mam swój numer jeden? Myślę, że będzie nim Sarajew, ale Skopje dość mocno depcze mu po piętach 🙂

  6. o tak, zdecydowanie podróże poza sezonem są najlepsze! nie dość że pogoda przystępniejsza (a jesienią czy zimą wiele miejsc jest najpiękniejszych) to jeszcze mało turystów, większe możliwości i zdecydowanie taniej! Jan już nie pamiętam kiedy byłam w wakacje na jakimś wyjeździe…

    1. No my przez ostatnie dwa sezony jeździliśmy w wakacje, bo w takim terminie organizowane było wolne u Marka w pracy (czyt. serwis samochodowy, w którym pracuje się zamykał na tydzień). Stąd też nie bardzo mieliśmy wybór. W zeszłe wakacje pierwszy tydzień spędziliśmy w albańskich górach, gdzie turystów praktycznie nie było i o tym, że jest sezon świadczył fakt wybitnie wysokich temperatur. Ale generalnie Polskę czy Bałkany wolę w wydaniu “po sezonie” 🙂

  7. Jak wiedzieliśmy, że będziemy nocować pod dachem (podróż na Bałkany z małą Starszą M.), to długo szukaliśmy noclegów przed wyjazdem i staraliśmy się je zaklepać – w możliwie dobrej cenie. Z hosteli nie korzystaliśmy.
    A tak z innej bajki – nasz wyjazd noworoczny też był zupełnie spontaniczny i… też ciężko się odnaleźć 🙂

  8. w ubiegłym roku też zostałem wzięty za przemytników – tzn. tak podejrzewam, bo oficjalnie to była rutynowa kontrola, ale kopanie w silniku, wypakowywanie całego bagaznika i wielu części z auta, stukanie po drzwiach – raczej nie jest nietypowe. Myślę, że swoje mógł zrobić fakt, że mamy paszporty z różnych krajów. A czepiali się Macedończycy na przejściu z Albanią koło Strugi.

    Znam takich, którzy podniecają się kolejkami na granicach i tym całym klimatem – dla mnie też to strata czasu, który mogę przeznaczyć na coś zupełnie innego. Do tego zwyczajnie część pograniczników to zwykłe chamy, które chcą coś udowodnić szarym ludziom…

    Swoją drogą – to czysta głupota wieźć trawę z Albanii przez te wszystkie granice, skoro spokojnie można ją nabyć w Czechach!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.