23.09.10 Poranek jest chłodny, lecz tym razem bez przymrozku. Znad Durmitoru nadciąga gęsta mgła przysłaniająca słońce, które ledwo co wychyliło się zza wzgórz. Według GPSa do Rużicy mamy jakieś 20km.
Mgliście
Przed wyruszeniem w drogę, Tomasz usiłuje zdobyć wodę, co w tej okolicy wcale nie jest takie łatwe i oczywiste. Generalnie mieszkańcy albo przywożą wodę w dużych pojemnikach, albo doprowadzona jest do domów jakimiś rurami, lecz nie leci jej zbyt wiele.
Na drodze
Przydrożny katun

Z zapasem wody docieramy do odbicia szlaku na katun Gomile. Droga wznosi się przez chwilę ku górze, by po pewnym czasie wyjść z ocienionego lasu wprost na typowe, sinjajevińskie widoczki. W Gomile jest raptem kilka domów i nie udaje nam się spotkać żadnego tubylca. Od czasu do czasu napotykamy oznaczenia szlaku, jednak zazwyczaj pojawiają się na krzyżówkach dróg. W sumie dobre i to. Upał robi się coraz większy, a nasza droga coraz mocniej odbija w prawo. Mijamy krzyżówkę, gdzie na kamieniu widnieje napis Lipowo, lecz kropki idą dalej w stronę odludzia. Druga droga wiedzie do jakiegoś nieznanego nam katuna. Stwierdzam, że jak do tej pory szlaki nas nie zawiodły, więc może warto się go trzymać. Tomasza korci, by iść do katuna i wziąć wodę, jednak koniec końców idziemy po szlaku.
Dochodzi południe, a nam udaje się znaleźć skrawek cienia – siadamy w ruinach dawnego katuna. Jemy drugie śniadanie i dajemy ochłonąć naszym przegrzanym termostatom. Gdy wyruszamy w dalszą drogę, dołącza do nas śliczna, siwa klacz. Trzyma się trochę na dystans, ale idzie równym tempem z nami.
Sinjajevińskie widoczki
Ruiny dające cień

W końcu odnajdujemy ścieżkę, która kierunkowo zgadzała się z mapą i logiem z GPSa. Nie cieszymy się nią zbyt długo, gdyż kończy się w jakimś opuszczonym katunie. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zdobywamy niewielkie wzniesienie, na którym usypany jest spory, kamienny kopczyk. Roztacza się stamtąd niesamowity widok na Sinjajevinę. Dostrzegamy również drogę, która wije się aż po horyzont. Postanawiamy udać się nią dalej. Po pewnym czasie z szerokiej drogi zmienia się w ścieżkę, ale doprowadza nas do wyjątkowo gościnnego katuna Petera i jego rodziny. Na dzień dobry dostajemy zimną rakiję i jeszcze zimniejszą wodę. Połączenie z lekka zabójcze, ale jakże podniosło nasz podupadłe i zmęczone morale! Żona Petera robi nam przepyszne kanapki z kajmakiem. Ja zaprzyjaźniam się w tym czasie z przeuroczym szczeniakiem – mieszkańcem katunu. Na pożegnanie robimy sobie wspólne, pamiątkowe zdjęcie i bierzemy dane adresowe od gospodarzy, by po powrocie do Polski wysłać im fotografię. Tomek daje Peterowi mapę Czarnogóry, z czego nasz gospodarz jest bardzo zadowolony.
Przestrzeń gór
W katunie
Ze szczeniakiem
W szampańskich, tudzież rakijowych nastrojach idziemy w stronę Rużicy. Czas mija nam szybko i błogo. Po około 2h docieramy do znanego nam już kościółka. Powoli zapada już zmierzch, a niebo nad Sinjajeviną staje się różowe. Noc jest bardzo ciepła, a pełnia sprawia, że góry są pięknie oświetlone.
W drodze do Rużicy
Rużica wieczorna
















2 Responses
Góry nie wyglądają na zbyt łatwe orientacyjnie 🙂
Dramatu nie ma ale bez dobrej mapy bywa kłopotliwie 😉