Albania Występy gościnne

Albania według Rudych Rodziców

-
27 marca 2016

Po przejechaniu czarnogórskiej granicy jesteśmy na albańskiej ziemi. Wita nas tabun, chyba cygańskich, obszarpanych dzieci wraz z rodzicami. Żebrzą całe rodziny, widok jest smutny i naprawdę nie wiadomo jak postąpić – ci, co dali zostali obstąpieni przez pozostałą grupę, my zatem twardo jedziemy dalej, choć mamy pietra, czy nasze lusterka boczne nie ucierpią. Kilkaset metrów dalej już spokój. W oczy uderza miszmasz budowlany. Nasze polskie “gargamelki”, to szczyt architektury. Widać, że mamy do czynienia z nadal dość biednym krajem, ale widoki rekompensują pewne niedostatki. Na temat albańskich dróg mogłabym napisać osobny wpis, a zwłaszcza dodać komentarze mojego męża i jego „dialog” ze słodką blondi z nawigacji. Drogi to jedna bajka, ale swobodne (delikatnie mówiąc) podejście tubylców do przepisów ruchu drogowego, to osobna i obszerna historia. Momentami mieliśmy wrażenie, że kolorowe znaki stojące przy drodze zostały tam ustawione w celach upiększających, bo naprawdę wszystkim kierowcom były one obojętne. Rondo, jakie każdy zna, nie jest tym, z czym nam przyszło się zmierzyć. Ja w pewnym momencie zamknęłam oczy, bo miałam wrażenie, że zaraz będzie bum, ale obeszło się bez samochodowych spotkań pierwszego stopnia. Ruch pieszych przez środek ronda, koza wyżerająca z ronda trawę – takie rzeczy tylko w Albanii. Ale hitem sezonu była autostrada, na której nagle ktoś ukradł asfalt i nagle bez ostrzeżenia po kilkuset metrach oddał. Nagłe zwalnianie na autostradzie do 30km/h, bo wjeżdżamy na most i tym podobne perełki. Taksówka (!) wysadzająca pasażerów na autostradzie (ludzie ci z bagażami przeskakiwali przez płotki oddzielające miejscowość od autostrady), powiem krótko zdziwienie, to mało powiedziane.

Albania

Naszym pierwszym celem była Szkodra, w której mieliśmy zarezerwowany nocleg. W planach było zwiedzanie miasta, okolic jeziora, zamku Rozafa, ale dojechaliśmy tak późno, że naszym jedynym marzeniem był odpoczynek. Krążyliśmy i krążyliśmy po mieście, aż zaczęliśmy się bać, że chyba nasz hotel nie istnieje. I wreszcie, w ostatniej chwili, jako ostatni numer na jednej z ulic i bingo – jest! Z zewnątrz ok, a w środku recepcja=restauracja, a zameldowanie załatwialiśmy w barze (można i tak..). Zamówiliśmy pokój z widokiem (trzeba uważać na takie sformułowania), no i zaczęliśmy się wspinać z bagażami- 1,2,3 kondygnacja i nic, 4 ( skończyły się poręcze, a schody stały się wyjątkowo wąskie). Mruknęłam do męża, że pozostał nam chyba dach i wcale wiele się nie pomyliłam. Pokój był, spory, czysty z TV (który przypominał radzieckiego Rubina) i ogromnym tarasem. Chłopak z recepcji był dumny, bo widok był i to całkiem zacny, a my mieliśmy trochę dość – byliśmy zmęczeni i głodni. Zapytaliśmy, czy możemy zjeść kolację w restauracji. No trzeba było widzieć minę chłopaka, popłoch, to mało powiedziane, ale wybrnął, że kucharz „zaraz” dojedzie i będzie za 1,5 godz. (faktycznie przyjechał na rowerze). Łazienka – no taki późny gierek, ale najbardziej atrakcyjne były ręczniki, czyste, ale tak wykrochmalone, że postawione w kącie stały na baczność, a skóra po wytarciu była jak po pilingu. Później się okazało, że pościel trzeba było rozrywać, przynajmniej mieliśmy pewność, że jest czysta. Widok z tarasu super, ale gwoździem wieczoru była kolacja. W całej restauracji, tonącej w oparach tytoniowych (i nie tylko), byłam jedyna kobietą. Kartę dostał mój małżonek, ja nie, bo i po co, przecież on lepiej wie, co ja chcę zjeść… Później się okazało, że kucharz zdążył w tym czasie zrobić spaghetti (nawet dobre) i my zamówiliśmy do tego wino, wszyscy patrzyli, zwłaszcza na to wino, dość dziwnie. Rachunek? Nie – jutro po śniadaniu. Trzy razy podstawiano nam coraz bardziej wyczyszczone popielniczki, które my odstawialiśmy, bo nie palimy. Śniadanie było równie urocze, ale świeże, kawa dobra i jakaś góra masła dla nas dwojga. Za kolację i śniadanie zapłaciliśmy w sumie jakieś 8,5 euro, więc nawet reszty z 10 nie braliśmy..

Szkodra

W drodze do nadmorskiego Dureszu (sobotni poranek) trafiliśmy na policjanta kierującego ruchem, co można było porównać do odganiania much, albo tańca połamańca, a miejscowi postawili sobie za punkt honoru rozjechać go. Widoki coraz piękniejsze, morze przed nami, a sam Duresz bardzo nowoczesny i prawie elegancki. Nasz hotel przy samej promenadzie prowadził człowiek, który lata spędził we Włoszech i wyglądał, prawie tak, jak ojciec chrzestny (złote łańcuchy i stale dymiący papieros w ustach). Samo miasto bardzo ciekawe. Na uwagę zasługuje muzeum archeologiczne i amfiteatr z fantastycznie zachowanymi mozaikami. A nagrywany przez TV na plaży albański teledysk, ci faceci w różowych koszulach z włosami na Presleya, marzenie! Wieczór przyniósł kolejny worek atrakcji. Najpierw kolacja – trzy podejścia do wymienionych w karcie ryb z grilla i za każdym razem miły kelner biegał do kuchni i wracał z informacją, że „nie ma”. W końcu zamówiliśmy tę, która była, a chłopak w ramach rewanżu koniecznie chciał nawiązać kontakt i dowiedziawszy się, skąd jesteśmy, krzyknął radośnie „Lewandowski i Boruc”. Ja niestety niczym nie mogłam się zrewanżować, bo jedyne dwa nazwiska, które przychodziły mi do głowy to Hodża (dyktator) i Skanderbeg – XVII wieczny król. Wieczór rozwijał się pięknie, bo w restauracji naprzeciwko hotelu odbywało się albańskie wesele, to trzeba było zobaczyć, te cekiny, te tiule, ach te szalone lata 80-te, no niczym z teledysków MTV. Ale samochody gości „ful wypas”, nie jakieś obtłuczone mercedesy, ale nówki, takie, że hej. I nic w tym by nie było zaskakującego, gdyby nie parking, szeroki na jakieś 10m i długi, na 40, czyli kicha. Siedząc na balkonie oglądaliśmy super spektakl, czyli jak można upchnąć kilkadziesiąt samochodów gości. Dwóch parkingowych (chudzi byli) wyczyniało cuda. Przy każdym kolejnym aucie wychodziło nam, że został osiągnięty kres pojemności parkingu, ale gdzie tam, to był istny majstersztyk. I nagle pojawiła się policja, która z wprawą i lubością rozdawała swoje autografy na kwitach mandatowych wszystkim, którzy się znaleźli po za tym parkingiem i nagle ci dwaj parkingowi musieli gdzieś wepchnąć swoje auta. Na szczęście policjanci im mandatów nie wlepili. Emocje plus czerwone wino zrobiły swoje i niestety przespaliśmy moment wyprowadzania aut, około 3 w nocy było już na parkingu całkiem luźno.

Durres

Durres

Durres

Durres

Durres

Kolejna na naszej trasie była Vlora. Miasto kiedyś będzie tętnić życiem jak Cannes we Francji, chyba, że coś się stanie i ta wielka promenada, te z rozmachem budowane hotele będą stały puste, a byłoby szkoda, bo plaże wielkie, bo widoki piękne. My trafiliśmy do prywatnego niewielkiego hotelu prowadzonego przez młodych, sympatycznych ludzi. Warunki super, jedzenie też, a na parkingu wszystkie polskie rejestracje. I to by było na tyle w kwestii zachwytów, bo droga dojazdowa, to było zdziwienie nawet jak na albańskie warunki. Wokół góry, a z nich płyną potoki, ale nie wiedzieć czemu środkiem ulicy i wpadają do niezabezpieczonych otwartych studzienek kanalizacyjnych. Nam się udało jakimś cudem nie wpaść, bo nie obyłoby się wówczas bez holowania. Woda płynęła sobie i wpadała po drugiej stronie ulicy do morza, jednocześnie wypłukując resztki asfaltu. Ba , przyjechała nawet policja i przy pomocy kamieni(!) robiła znaki na drodze, które miały ostrzegać o braku dekli na studzienkach.

Vlora

Vlora

Vlora

Vlora

Vlora

Było pięknie, mimo, że szalenie, ale póki czas jedźcie i zachwyćcie się, a czasem wkurzcie, ale warto, bo Albania jest cudowna w swym szaleństwie, brakiem uładzenia, ale to są wakacje, więc muszą być odrobinę szalone. Mama Rudej.

TAGI
Powiązane wpisy