Jack Wolfskin
#turystykaktywna Bałkany praktycznie Sponsorowane

Nie ma złej pogody, są tylko źle dobrane ubrania. Nasze wybory z Jack Wolfskin

-
31 stycznia 2018

Wiele osób dziwi się, że oboje z Markiem naprawdę lubimy zimę. Nie dość, że lubimy, to jeszcze w jej trakcie sporo czasu spędzamy na zewnątrz. Czy to chodząc po górach, czy jak w przypadku Marka, szusując po stokach lub poza nimi. Co więcej, bałkańskie zimy bywają często dużo bardziej mroźne i śnieżne, niż te w Polsce. A mimo to potrafimy z naszych zimowych wyjazdów wycisnąć ile się da. Bo wyznajemy zasadę, że nie ma złej pogody, są tylko źle dobrane ubrania. I dziś podzielimy się naszymi, ubraniowymi, outdoorowymi patentami wraz z marką Jack Wolfskin, która od ponad roku wspiera nas w naszych podróżach.

Na cebulkę

Generalnie nie jesteśmy zwolennikami inwestowania w ubrania, które z nazwy są bardzo zimowe. Np. w super grube i często też ciężkie kurtki, które owszem, są ciepłe, ale kompletnie niepraktyczne. No bo co z nimi zrobić, gdy w trakcie podejścia człowiek się w niej czuje, jak w saunie? Jak się ją zdejmie, będzie za zimno, a na dodatek ciężko ją zmieścić do małego plecaka. Jak się w niej zostanie, to człowiek się przegrzewa. Dlatego wyznajemy zasadę, by zimą ubierać się na cebulkę. Na spód termiczna bluzka (u mnie zwykle z krótkim rękawkiem, u Marka z długim), na to cienki polar, a następnie puchowa kurtka (oboje używamy tych od Jacka Wolfskina, o których pisaliśmy tu -> klik). Jeśli pogoda tego wymaga, np. pada mokry śnieg lub po prostu siąpi deszcz, wtedy do zestawu dołącza kurtka softshellowa (u nas ponownie te marki Jack Wolfskin -> klik). Taka kompilacja ubrań ma kilka plusów. Przede wszystkim przygotowuje nas na różne warunki pogodowe. Pozwala w łatwy sposób dostosować się do różnych temperatur. Gdy np. jestem w trakcie dłuższego podejścia, a temperatura oscyluje między 0 a -5 stopniami, wtedy zwykle wystarcza mi cienki polar i na to zarzucony softshell, chroniący od wiatru. Po wejściu na szczyt zazwyczaj od razu zakładam puchówkę i najczęściej w niej już schodzę, by utrzymać odpowiedni poziom ciepła.

Softhellowe spodnie niczym druga skóra

Kiedyś, dawno temu, zdarzało mi się chodzić, np. po zimowych Tatrach w…jeansach. Jak sobie o tym pomyślę, to robi mi się słabo. A jak pomyślę sobie, że we wspomnianych jeansach wlazłam na zasypany śniegiem Zawrat, to już w ogóle mi gorzej (kiedyś Wam może o tym opowiem, w ramach wpisu Czego nigdy nie należy robić w górach.) Na szczęście później poszłam po rozum do głowy, zarówno pod kątem mierzenia siły na zamiary i lepszego wybierania tras górskich, ale również ubierania się w odpowiednie do warunków ciuchy. Jeśli chodzi o spodnie, to od lat wierna jestem tym, wykonanym z softshellu. Przez długi czas nosiłam spodnie polskiej marki, które jednak miały jedną wadę – były dość grube, a jak nie daj Boże nasiąknęły wodą, to schły przez tydzień. Nie tak dawno temu zostałam szczęśliwą posiadaczką spodni Activate XT marki Jack Wolfskin, w których zakochałam się od pierwszego przymierzenia. Przede wszystkim dlatego, że Jack Wolfskin ma zawyżoną rozmiarówkę i bez problemu zmieściłam się w rozmiar 34 (co przy zwykłych markach odzieżowych nigdy by się nie zdarzyło), dzięki czemu na chwilę poczułam się szczuplej. A tak na serio – te spodnie zachowują się jak druga skóra. Są leciutkie, dopasowują się do ruchów, nie uwierają, nie obcierają, chronią przed wilgocią i wiatrem. Są cienkie, ale po założeniu pod nie termicznych getrów, ani razu nie zmarzłam. Do tego wyglądają świetnie i najchętniej wypełniłabym moją szafę tylko tymi spodniami, bo najchętniej chodziłabym w nich non stop. I oczywiście ktoś może zacząć marudzić, że skoro współpracujemy z Jackiem Wolfskinem, to jesteśmy zobowiązani do pisania peanów dziękczynnych na temat ich produktów. Problem w tym, że naprawdę szukałam jakiejś wady tych spodni, ale nie znalazłam. Także cóż, jestem zachwycona spodniami Activate XT i nic na to nie poradzę.

Jack Wolfskin

Jack Wolfskin

Spodnie narciarskie nie mogą być za grube

Markowi softshellowe spodnie na wyjazdach są mniej potrzebne, gdyż jednak sporą część czasu spędza na nartach. Dlatego jemu w udziale przypadło testowanie spodni Exolight Pants – narciarskiego modelu z membraną Texapore Snow 2L (nieprzemakalność: 10 000 mm słupa wody, przepuszczalność pary wodnej: > 6000 g/m2/24 h). Początkowo trochę marudził, że są one ciut za grube i że podczas podchodzenia będzie mu w nich za ciepło itd. Szybko jednak przekonał się, że świetnie sprawdzają się podczas długich zjazdów oraz w trakcie siedzenia na wyciągach. Doskonale utrzymują ciepło i przede wszystkim są wygodne. W trakcie podchodzenia na nartach rzeczywiście grzały może ciut za mocno, ale podczas odpoczynku czy późniejszego szusowania w dół, chroniły przed wyziębieniem. Markowi brakowało w nich wentylacji, która przydałaby się w trakcie wycieczek ski tourowych. Na stoku natomiast sprawdzą się idealnie, bez względu na to, jak szybko będzie się w nich zjeżdżać.

Jack Wolfskin

Jack Wolfskin

Jack Wolfskin

Jack Wolfskin

O czym jeszcze warto pamiętać (a o czym sami czasem zapominamy)?

Że zimą warto mieć ze sobą zapasowe ubrania. W szczególności rękawiczki i skarpetki. Dlaczego? Oczywiście odpowiedź jest prosta – bo te dwa elementy garderoby najłatwiej ulegają przemoczeniu w trakcie zimowych wędrówek. Nie ważne, jakie mamy buty, większość i tak w końcu przemięknie w trakcie całodniowego chodzenia w śniegu (testowałam już obuwie z GoreTexem, z innymi membranami lub bez żadnej i efekt zawsze był ten sam – mokro). Podobnie rzecz się ma z rękawiczkami. Je bardzo łatwo można przemoczyć, a ręce niestety wyziębiają się szybko, w szczególności, gdy chodzimy z kijami. Dlatego zapasowe rękawiczki to podstawa i o nich zazwyczaj pamiętam, by znalazły się w plecaku. Gorzej ze skarpetkami. Niestety notorycznie chodzę w mokrych butach, które na szczęście dobrze utrzymują ciepło, więc jak dotąd nie przemroziłam stóp. Ale o tych zapasowych skarpetach mogłabym zacząć pamiętać (może po tym wpisie się tak stanie).

Bo zimę da się lubić

Tak naprawdę odkąd wypracowałam moją ubraniową strategię na zimę, zaczęłam czerpać z jej ogromnego potencjału. Jasne, nadal nie lubię niskich temperatur, wiatru wciskającego się pod kaptur czy śniegu zaklejającego okulary. Ale zimę naprawdę da się oswoić, a nawet pokochać, bo to piękna pora roku. Wystarczy tylko chcieć. No i może wykorzystać tylko kilka ubraniowych porad zebranych w tym wpisie ????

TAGI
Powiązane wpisy