Albania Bałkany 2016 Summer Trip

Theth – Niebieskie Oko, wodospad Grunasi i spotkania na szczeblu międzynarodowym

-
16 października 2016

Jest jakaś 8 rano, a wokół namiotu drepczą kury, co chwilę przeganiane przez właścicielkę pensjonatu, obok którego robiliśmy namiot. Kiedy wychodzimy na zewnątrz możemy się w pełni przekonać, w jak uroczym miejscu jesteśmy. Kamienny dom, w którym mieszka nasza gospodyni, robi wrażenie dość surowego, ale jego wnętrze jest na swój sposób przytulne. Podwórze skryte w cieniu drzew, porasta soczyście zielona trawa. Choć jest wcześnie, już powoli robi się ciepło, co stanowi zapowiedź upalnego dnia. Na niebie nie ma śladu po chmurach, które jeszcze kilkanaście godzin wcześniej straszyły nas podczas zjazdu do Theth.

Nasz nocleg w Theht – Dritan Tethorja

Tak, jak wspominałam we wpisie o naszej drodze do Theth, nie udało nam się zjechać do samej wsi. Zatrzymaliśmy się w pensjonacie, który znajduje się nieco powyżej niej, jakieś 2 km od jej centrum. Był to w sumie strzał w dziesiątkę, bo nie dość, że trafiliśmy w gościnne, albańskie progi, to dodatkowo poznaliśmy przesympatyczną parę z Niemiec. Pensjonatem Dritan Tethorja zajmuje się młoda gospodyni, jej mama oraz córeczka na oko mająca jakieś 8 lat. Jest też mąż gospodyni, który pracuje jako kierowca furgonu kursującego na trasie Szkodra – Theth – Szkodra. W górskim domu bywa rzadko, bo w sezonie cały czas jeździ, gdyż ruch w interesie jest duży. My decydujemy się spać pod namiotem, za co płacimy 5 €/noc. Mamy dostęp do łazienki oraz prądu, więc nie jest źle. Pierwszego wieczora po przyjeździe, decydujemy się zjeść w pensjonacie obiad. Płacimy 5 € od osoby i otrzymujemy prawdziwą ucztę. Każde z nas ma swoje danie – ja wegetariańskie, Marek mięsne, do tego wielka micha sałatki, dwa rodzaje pieczywa (w tym tradycyjne, kukurydziane) oraz piwo i woda. Nie byliśmy w stanie wszystkiego przejeść, podobnie zresztą jak para z Niemiec, która jadła posiłek przed nami. Wieczorem jest dość chłodno, ale w miłym towarzystwie czas płynie szybko i nawet nieco niższa temperatura w niczym nam nie przeszkadzała. Nasi niemieccy towarzysze przylecieli do Albanii samolotem, wynajęli na miejscu auto, lecz do Theth przybyli busem, gdyż wypożyczalnia zastrzegła sobie, że nie mogą pojechać w tę część gór Prokletije. Na następny dzień mieli podobne plany, jak my, czyli odwiedziny w Niebieskim Oku (Syri i Kalter). Natomiast dwa dni później wybierali się na trekking do Valbony, a kolejnego dnia na rejs po Jeziorze Koman i powrót do Szkodry, gdzie zostawili auto. My dysponowaliśmy tylko jednym, pełnym dniem na pobyt w tych okolicach, więc musieliśmy w tym czasie zobaczyć jak najwięcej.

Dritan Tethorja

mała Albanka

Dritan Tethorja

Z Theth do Nderlysaj

O Albanii można powiedzieć, że kraj ten ma niebieskie oczy. Jedno oko znajduje się kilkadziesiąt kilometrów od Sarandy, drugie zaś skryte jest wśród skalnych zboczy gór Prokletije. O ile to pierwsze mieliśmy już “odhaczone”, o tyle drugie wciąż było na naszej liście miejsc do zobaczenia. Po szybkim śniadaniu wyruszamy na trekking. Nasi znajomi z Niemiec nieco dłużej zbierali się do wyjścia, więc ustalamy, że pewnie zobaczymy się gdzieś na szlaku. Schodzimy szutrową drogą do wsi, przy okazji oceniając stan nawierzchni. Dochodzimy do wniosku, że gdyby nie późna pora, to poprzedniego dnia spokojnie zjechalibyśmy do centrum Theth. Nie żałujemy jednak podjętej decyzji, bo nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Próbujemy nieco skrócić drogę do Theth i obieramy skrót, który ścina część zakrętów. Niestety szybko okazuje się, że nie był to dobry wybór. Docieramy bowiem do rzeki, gdzie zerwany jest most i nijak nie jesteśmy w stanie przejść przez rwący nurt wody. Wracamy więc do głównej szosy i nią schodzimy do skrzyżowania, które znajduje się obok betonowego mostu wiodącego do Theth. Nie idziemy jednak do samej wsi, lecz obieramy kamienisto-szustrową drogę, prowadzącą do wsi Nderlysaj. Z niej zaczyna się szlak do Niebieskiego Oka. Jest upalnie a droga do Nderlysaj jest dość nudna i żmudna. Mijamy przy niej małą elektrownię wodną, która dostarcza prąd do okolicznych wiosek. Widoki na trasie są w sumie ładne, ale sporą część czasu idzie się pośród mniej lub bardziej gęstych krzaków. Po naszej lewej stronie towarzyszy nam kanion rzeki Thethit, który stanowi dość malowniczy dodatek do surowego, górskiego krajobrazu. Gdy zbliżamy się do wsi Nderlysaj, teren nieco się spłaszcza, pojawiają się sporej wielkości skalne usypiska. Przecinamy pełen wąskich potoczków teren i docieramy do Nderlysaj. Zatrzymujemy się przy pierwszym z domów, gdzie kupujemy zimne piwo i zasiadamy w cieniu drzew obserwując gang kaczek grasujący wśród stolików.

Theth

Prokletije szlak

Nderlysaj

Nderlysaj

Niebieskie Oko trekking

Po zasłużonym odpoczynku wyruszamy do Niebieskiego Oka. Gospodyni niewielkiej knajpki, do której zawitaliśmy, pokazuje nam, którędy mamy iść. Okazuje się, że musimy pokonać kilka płotków, przez które przerzucone są niewielkie drabiny. Po krótkiej wędrówce docieramy do potoku Lumi Zi, który w skałach wyrzeźbił rozliczne zagłębienia, w których kąpią się spragnieni ochłody turyści. Tu też znajduje się niewielka knajpka, przy której stworzony został jeden większy “basen”, służący również jako lodówka dla napoi w puszce. Właściciel mini baru zachęca nas do zatrzymania się na kawę lub rakiję, ale my stwierdzamy, że wpadniemy tu po zejściu z Niebieskiego Oka.

Lumi Zi

Szlak do Syri i Kalter początkowo wiedzie dość płaskim terenem, wzdłuż potoku Lumi Zi. Od miejsca, do którego dojeżdżają niektóre terenówki, rozpoczyna się nieco bardziej stroma droga. Nie wiemy ile dokładnie jest stopni, ale oboje czujemy, że nasze wewnętrzne termostaty zaczynają się ostro przegrzewać. Do celu szliśmy jakieś 40 min. Zanim jednak usiądziemy nad lodowatą wodą Niebieskiego Oka, musimy pokonać dość długą, drewnianą drabinę, następnie przejść wzdłuż potoku i po chwili jesteśmy na miejscu. Niebieskie Oko w górach Prokletije rzeczywiście jest urokliwe. Nie jest to jednak źródło, jak w przypadku Syri i Kalter na południu kraju. To po prostu niewielkie jeziorko, do którego wpada niezbyt wysoki wodospad. Woda w Oku jest przeraźliwie zimna, lecz mimo to znajduje się paru śmiałków, którzy do niej wskakują. Wśród nich są trzy starsze, wyjątkowo rozgadane Hiszpanki, które wprawiają nas w osłupienie, gdyż bez zbędnych przygotować wskakują w lodowatą toń. Nawet Marek, któremu żadna temperatura wody nie jest straszna, tym razem sobie odpuścił.

Prokletije

Niebieskie Oko

Syri i Kalter

Syri i Kalter Prokletije

Syri i Kalter Prokletije

Przy Syri i Kalter można zakupić zimne napoje, a powyżej niego, na drzewach, znajduje się niewielka restauracja. Stoliki ustawione są na platformach, które umiejscowione są wśród gałęzi. Nie decydujemy się tu jednak dłużej zostać, gdyż kusi nas relaks nad potokiem Lumi Zi, przy wejściu na szlak. Schodzimy więc do skalnego i wodnego raju, który wyrzeźbił górski potok Zi. Niestety nie wzięłam kostiumu kąpielowego, w czym byłam odosobniona, bo większość przybywających tu osób miało ze sobą stroje do pływania. Marek jest w siódmym niebie, ja mogę co najwyżej zanurzyć w przyjemnie chłodnej wodzie nogi i przyglądać się, jak wszyscy wokół dobrze się bawią. Pijemy też zimną Tiranę, która w panujący upale smakuje niczym ambrozja. Przy potoku spotykamy też dwójkę Polaków, którzy zmierzali na Qafe Thore, przez którą przechodzi szutrowy odcinek drogi do Theth. Chwilę z nimi rozmawiamy, by po 16 wyruszyć w drogę powrotną.

Lumi Zi

Lumi Zi

Lumi Zi

Koszulkowe spotkanie i niezapomniana jazda furgonem

Jakiś czas przed wyjazdem na Bałkany, od zaprzyjaźnionej, rowerowej marki Foog Wear, kupiliśmy koszulki, które dodatkowo zostały opatrzone logiem naszego bloga. T-shirt to t-shirt, zazwyczaj nie ma w nich nic nadzwyczajnego. Okazało się jednak, że nasze ubrania przyczyniły się do trzech interesujących spotkań i rozmów w trakcie pobytu w Theth. Gdy tylko odeszliśmy od potoku Lumi Zi, spotkaliśmy Piotrka, który zagaduje nas o szlak do Niebieskiego Oka. Przy okazji zwraca uwagę na nasze koszulki, stwierdza, że są mega, a później w rozmowie już przez facebooka, dopytuje się, skąd je wytrzasnęliśmy i czy sami je zaprojektowaliśmy. My tylko dorzuciliśmy do nich logo, natomiast ich całokształt stworzony został przez Foog. Żegnamy się z pełnym pozytywnej energii Piotrkiem, który w te okolice przyjechał z ekipą dysponującą kilkoma terenówkami, która rozstawia obozowisko poniżej progu skalnego, nad którym znajdują się skalne “baseny”.

Foog koszulki

Ponieważ jest dość późno i nie bardzo uśmiecha nam się piesza wędrówka tą samą, nudną drogą do Theth, decydujemy się na przejazd furgonem. Początkowo nie jesteśmy w stanie znaleźć kierowcy busa, by zapytać się, czy ma wolne miejsca. Z pomocą przychodzi nam albańska para, która próbuje go namierzyć. Po 16 w końcu się pojawia i informuje nas, że możemy z nim jechać. Koszt jest dość duży, bo 500 leków od osoby, co daje jakieś 30 zł za kilkunastokilometrową przejażdżkę. Jednak dla zaoszczędzenia czasu przymykamy oko na ten wydatek. Sama podróż furgonem to doświadczenie niezapomniane i raczej nie dla osób, które mają chorobę morską lub lokomocyjną. W trakcie wszyscy pasażerowie są wybujani, wytrzęsieni i poobijani od uderzania różnymi częściami ciała w siedzenie na przeciwko lub w sufit. Ogólnie nieźle się przy tym bawimy.

Theth czyli jak historia została zjedzona przez masową turystykę

Wysiadamy w Theth. Po kilku sekundach orientuję się, że zostawiłam w busie czapkę z daszkiem. Niestety ten zdążył już odjechać spory kawałek i nawet puszczając się za nim pędem, nie byłam w stanie go dogonić. Zła na swoje gapiostwo, drepczę za Markiem w głąb wsi. O Theth słyszeliśmy wiele, zarówno opinii pozytywnych, jak i negatywnych. My dość szybko wyrabiamy sobie na jego temat własne zdanie. Jeśli planujecie się tam wybrać, aby lepiej poznać historię i kulturę górali północnoalbańskich, to raczej nie macie tu czego szukać. Wszystkie domy (a jeśli nie wszystkie, to ich 90%) zostały przerobione na hotele lub pensjonaty. Owszem, są kamienne i całkiem ładne, ale widać, że dostosowano je do przyjmowania gości z zagranicy, co wiąże się z lepszymi lub gorszymi przeróbkami. Jedyny, ważny zabytek, czyli kulla – kamienna wieża odosobnień, jest trochę osamotniona w krzewieniu kultury tego regionu. Notabene przy niej znajduje się darmowy camping, a raczej miejsce biwakowe. Jeśli chodzi o mieszkańców Theth, to od najmłodszych po najstarszych, wszyscy nastawieni są na zarobek. Dodać należy, że w porównaniu z Valboną, ta miejscowość jest sporo droższa. Ale czy ciekawsza? Śmiemy wątpić. No dobrze, ale może widoki chociaż są ładne? Są, ale chyba Valbona i jej okolice pod tym kątem zrobiły na nas większe wrażenie. Niestety dla nas Theth to spore rozczarowanie, w szczególności, że próbowaliśmy się do niego dostać trzy razy i dopiero za czwartym udało nam się do niego dojechać. Po tylu latach odwiedzania Bałkanów i samej Albanii, nasze wymagania co do miejsc naprawdę wzrosły i efekt “wow” nie tak łatwo u nas wywołać. Tu go zabrakło.

Theth

Theth

Theth

Theth

Theth

Theth kulla

kulla

Wodospad Grunasi i rudej walka z alergią

Po krótkiej przechadzce po Theth decydujemy się na nieco dłuższy spacer do wodospadu Grunasi. Ze wsi wiedzie do niego całkiem przyjemny szlak, który najpierw prowadzi wzdłuż kanionu, a następnie mija kilka domów i trawersuje porośnięte niewysokimi drzewami i krzewami zbocze. To naprawdę świtna trasa, którą bez problemu przejdzie każdy, nawet mniej wprawiony piechur. Ja generalnie uwielbiam chodzić, a po górach wręcz uwielbiam. Niestety cały, sierpniowy wyjazd na Bałkany “umilała” mi potworna wprost alergia. O ile w Polsce w ogóle mnie nie męczyła, o tyle od pierwszego dnia podróży nie chciała dać mi spokoju. Jej największe nasilenie miałam właśnie w Theth, gdzie w pewnym momencie myślałam, że nos mi odpadnie (co chyba przyjęłabym z ulgą, gdyż przestałby mnie boleć). Oczywiście nie miałam przy sobie żadnych specyfików na te dolegliwości, bo przecież w Polsce mi nic nie było. Mój błąd, więc mnie pokarało. Do nieszczęsnego wodospadu Grunasi myślałam, że po prostu nie doczłapię. Choć siły miałam, to organizm jakoś nie chciał iść i wlokłam się niemiłosiernie. W międzyczasie mijam naszych znajomych Niemców, którzy zrobili podobną do naszej trasę, tyle, że całość przeszli o własnych siłach. Zamieniam z nimi parę zdań, po czym doganiam Marka, który siedział już od jakiegoś czasu przy wodospadzie. Okazało się, że to bardzo popularny cel wycieczek, gdyż spotkaliśmy tam spory tłum, głównie Albańczyków. Szybko więc stamtąd uciekamy, również dlatego, że obojgu nam zaczyna burczeć w brzuchach.

szlak do Grunasi

Grunasi

Koszulki i koty connecting people

Choć w Theth jest wiele miejsc noclegowych, to restauracji już wcale nie tak dużo. Przy jednej z nich, położonej blisko betonowego mostu, spotykamy naszych znajomych Niemców. Przysiadamy się do nich i zamawiamy obiad, a dokładniej grillowane warzywa, szopską sałatę, kilka kawałków pieczywa, a Marek dodatkowo mięso. Chwilę rozmawiamy o trekkingu i ich dalszych planach na zwiedzanie Albanii. Ponieważ mają zamówiony posiłek w naszym pensjonacie żegnają się z nami i wyruszają w drogę. Zaraz po tym, gdy znikają, zagaduje nas para, która siedziała już od jakiegoś czasu nieopodal nas. Okazuje się, że są z Polski. Dyskutujemy o górach, Bałkanach i podróżowaniu po tym regionie. Kiedy udają się do swojego namiotu, ich miejsce zajmuje trzech jegomości. Nie jesteśmy w stanie rozszyfrować, skąd pochodzą, gdyż nie jesteśmy w stanie rozpoznać języka, jakim się posługują. Gdy kończymy jeść, pod naszymi nogami pojawia się mały, słodki kociak. Ja jak to ja od razu zaczynam się nim interesować. Kociak zaczyna w zabawie mnie atakować i wspinać się po bucie. Marek z pewną dozą rezygnacji, idzie w tym czasie zapłacić, a kot wzbudza ciekawość jednego z jegomości, siedzących obok nas.

J: Przepraszam, czy wy jesteście jakimś teamem? Widzieliśmy wasze koszulki i tak zaczęliśmy się zastanawiać.

R: Nie, my jesteśmy tylko blogerami, piszemy o Bałkanach i jesteśmy z Polski. A Wy skąd jesteście?

J: Z Izrela.

R: (zbieram szczękę z podłogi) To mieliście nieco dłuższą drogę do pokonania niż my. Skąd w ogóle pomysł, żeby odwiedzić właśnie Albanię?

J: Słyszeliśmy, że tu mają piękne góry, więc postanowiliśmy się o tym przekonać. Góry rzeczywiście ładne, ale strasznie tu dużo ludzi.

Nie mogę się z tym nie zgodzić. Okolice Theth są ładne, a góry Prokletije jak zwykle zniewalające, ale poziom komercjalizacji i ilość turystów trochę odstrasza. Żegnamy się z naszymi izraelskimi rozmówcami i wracamy do naszego pensjonatu.

Kot – najważniejsze polskie słowo

Do pensjonatu przychodzimy, gdy już się ściemnia. W międzyczasie dojechała tam niemiecko-holenderska ekipa, która mocno się dziwi, że dotarliśmy w te okolice Kianką. Wieczór spędzam z najmłodszą gospodynią, czyli 8-letnią, uroczą, acz nieco męczącą dziewczynką. Młoda upodobała sobie moje towarzystwo i choć ja nie mówię po albańsku, a ona po polsku lub angielsku, to komunikacja całkiem nieźle nam wychodzi. Bardzo szybko uczy się jednego, polskiego słowa, czyli “kot”. A wszystko za sprawą zdjęć, jakie miałam w telefonie. Uświadomiłam sobie, że na jakieś 200 zdjęć, 150 ukazuje nasze koty lu koty znajomych. W efekcie ich przeglądanie wygląda następująco: “Kot, kot, kot, ne kot, kot, kot, kot, kot, ne kot…” i tak w kółko. Dziewczynka jest tak zaaferowana moim towarzystwem, że gdy dzwoni jej tata, zbywa go jednym krótkim zdaniem, by wrócić do absorbowania mnie. Jej mama się śmiała, że jak są turyści, to nic i nikt nie jest jej w stanie zmusić do czegokolwiek, bo pragnie kontaktu z innymi ludźmi. Mnie to absolutnie nie dziwiło, więc spędziłam z Młodą trochę czasu.

Pożegnanie z Theth

Na pobyt w górach Prokletije mieliśmy tak naprawdę przeznaczony jeden cały dzień. Dlatego też drugiego ranka w Theth zaczynamy się pakować. Marek decyduje się jeszcze przed odjazdem polatać dronem, co skutkuje pięknymi zdjęciami doliny i gór. Pogoda jak marzenie – znów jest słonecznie i ciepło. Żegnamy się z naszymi przesympatycznymi gospodyniami. Najbardziej zasmucona jest moja młoda towarzyszka, która pewnie liczyła na kolejne, wspólne oglądanie zdjęć kotów. Pensjonat Dritan Tethorja gorąco i szczerze Wam polecamy. Jeśli nie macie potrzeby nocowania w samym Theth, to tam na pewno Wam się spodoba.

Theth dron

Theth

Jazda szutrową drogą do góry mija nam szybciej, niż jazda w dół. Obok pomniku Edith Durham zatrzymujemy się na śniadanie. Rozstawiamy maszynkę, gotujemy wodę, kontemplujemy widoki i na to wszystko zjeżdżają się dwa busy Francuzów. Niefortunnie z całym naszym majdanem usadawiamy się tuż obok pomnika, w efekcie jesteśmy pewnie na kilku fotografiach. Dodatkowo Francuzi ze sporą dozą zaciekawienia przyglądają się naszej prowizorycznej kuchni. Najwyraźniej sami nie często gotują w warunkach polowych. Kiedy odjeżdżają, w spokoju możemy zjeść śniadanie i nacieszyć oczy widokiem gór Prokletije.

Edith Durham

Kolejny przystanek mamy na Qafe Thore, gdzie znajduje się niewielka restauracja, a także istnieje możliwość rozbicia namiotów. Tam też spotykamy Polaków, których dzień wcześniej widzieliśmy nad potokiem Lumi Zi. Kręcimy się chwilę po okolicy, wypuszczamy drona i żegnamy się z górami Prokletije. Naszym kolejnym celem jest wybrzeże i Velipoje, do którego wyruszamy.

Qufa Thore

Qufa Thore

Qufa Thore
Theth czy warto?

Theth cieszy się ogromną popularnością wśród osób odwiedzających Albanię. Tak naprawdę do tej pory byliśmy w nielicznym gronie tych, którzy jeżdżą tam od lat, a jeszcze tej miejscowości nie odwiedzili. Byliśmy niesamowicie ciekawi tego, co nas tam czeka. Doszliśmy jednak do następujących wniosków. Przede wszystkim sama trasa do Theth nie jest ani ciekawą propozycją dla posiadaczy terenówek, ani tym bardziej dla posiadaczy zwykłych aut. Ci pierwsi będą się na niej nudzić. Przez większość czasu jedzie się tam asfaltem, a dopiero ostatni fragment niezbyt wymagającym szutrem. Ci drudzy natomiast, jeśli mają umiejętności i czują się na siłach, to zjadą do Theth, trochę się parę razy zestresują, ale w ogólnym rozrachunku stwierdzą, że gra nie była warta świeczki. Na miejscu czekają ładne widoki, natomiast po drodze jest ich znacznie mniej, więc sama podróż należy do tych nudnawych. Sam Theth to typowa, turystyczna, górska miejscowość. Więcej w niej turystów niż samych górali i panujący tu klimat nam nie bardzo odpowiadał. Cieszyliśmy się, że nie nocowaliśmy w samej wsi, a nieco powyżej niej, dzięki czemu mogliśmy się nieco zdystansować. Generalnie jeśli macie w planach tylko jednodniową lub dwudniową wycieczkę w ten rejon gór Prokletije, to szczerze mówiąc lepiej ten czas poświęcić na inne, ciekawsze miejsca. Jeśli zaś planujecie dłuższy trekking i np. przejście do Valbony, to Theth stanowi dobrą bazę wypadową. Ale to według nas jedyny jego prawdziwy atut. Niemniej nie żałujemy, że wybraliśmy się tam w sierpniu. Mogliśmy wyrobić sobie o Theth własne zdanie, przekonać się, jak w nim jest. Jednak nadal uważamy, że na bałkańskiej i albańskiej mapie jest wiele ciekawszych miejsc.

A na deser…

…dla tych, którzy przebrnęli przez ten jeden z dłuższych naszych wpisów, bonus filmowy. Jak podsumował go Marek: “Wynika z niego, że jedyne co robiłem w Theth to piłem piwo.” Ale oprócz piwosza Marka zobaczycie w filmie szosę SH21, Theth, Wodospad Grunasi, potok Lumi Zi, nasz pensjonat, ujęcia z drona i inne niespodzianki. Zapraszamy na seans przy pięknej muzyce Himitsu.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

TAGI
Powiązane wpisy