#turystykaktywna Bałkany 2016 Cro BiH Chorwacja

Rowerowa Chorwacja. Część 1: Komin, Opuzen, Blace

-
8 czerwca 2016

Pierwszy poranek na Campingu Rio budzi nas istną sielanką. Słońce, drzewa oliwne dawkujące nam ilość promieni, niebieskie niebo. Tak – czujemy, że jesteśmy w Chorwacji i czujemy wakacyjny luz. Tego nam było trzeba i za tym tęskniliśmy od jakiegoś czasu. Po intensywnej drodze dojazdowej z Polski, która zajęła nam ponad 14 godzin, postanowiliśmy, że pierwszy dzień na miejscu będzie nastawiony na zwiedzanie najbliższych okolic, bez ruszania samochodu. Zdecydowaliśmy się odwiedzić ujście Neretwy, Komin, Opuzen i Blace.

Zauroczeni Neretwą i Kominem

Poranek upływa nam bardzo leniwie. Marek, jako typowe, wodne stworzenie, pierwsze kroki kieruje do morza, gdzie kąpie się w wodzie, mającej dla mnie wyjątkowo niską, a co za tym idzie, nieakceptowalną temperaturę. Wolę postać na ciepłym piasku, niż taplać się w Adriatyku, który jeszcze nie osiągnął stanu idealnego dla takiego zmarzlucha jak ja.

Rio Camp

Przed południem wsiadamy na rowery i wyruszamy na wycieczkę. Pierwszy punkt to ujście Neretwy do Adriatyku. Miejsce to znajduje się 3 km na północ od campingu. Po dojechaniu do skrzyżowania należy skręcić w lewo. Wąska droga zaprowadzi nas na koniec cypla, gdzie znajduje się niewielki, zielony budynek. Stąd rozpościera się najlepszy widok na wpadającą do morza rzekę. Widać, jak słodka i słona woda kotłuje się, tworząc niewielkie wiry. Miejsce to upodobali sobie wędkarze, którzy o różnych porach dnia starają się tu złowić większe lub mniejsze okazy. Będąc tam dość szybko odkrywamy, dlaczego ten region Chorwacji może rozwijać się pod kątem takich sportów jak windsurfing lub kitesurfing. Otóż od około godziny 12 zaczyna strasznie wiać. Wieje od morza w stronę lądu i z jednej strony cieszy nas to, bo od razu temperatura robi się dużo bardziej przyjemna. Z drugiej strony wiemy, że w pewnym momencie czeka nas na rowerach jazda pod wiatr.

Neretwa

Neretwa

Neretwa

Na razie jednak jedziemy z wiatrem. Kierujemy się w stronę głównej szosy do Opuzen. Panuje tam dość spory ruch, na szczęście jest na tyle szeroko, że kierowcy są w stanie bezpiecznie nas wyminąć. Po drodze mijamy liczne stoiska oferujące miody, soki, owoce oraz warzywa. Od samego patrzenia człowiek robi się głodny. Jednak o burczeniu w brzuchach zapominamy, gdy docieramy do Komina. No dobra, nie bezpośrednio miejscowości, lecz do punktu, skąd rozpościera się piękny widok na nią. Samo miasteczko znajduje się po drugiej stronie Neretwy i cieszy oko ilością niesamowitych detali. Korzystając z długiego obiektywu bawię się w ich wyłapywanie. W tym czasie Marek lata dronem. Tu mała uwaga. Chcąc latać dronem w Chorwacji musicie być ubezpieczeni, jako operatorzy maszyny latającej. Koszt OC to 100 zł na rok. W trakcie pobytu nikt go od nas nie chciał, ale lepiej dmuchać na zimne. Pamiętajcie też, że w kraju tym obowiązuje całkowity zakaz latania dronem w trakcie suszy.

rowerowa chorwacja

Komin

Komin

Mało znane Opuzen

Nasz kolejny przystanek to Opuzen. Centrum znajduje się w pewnym oddaleniu od głównej szosy, kierującej na Mostar lub Dubrownik. Posiada śliczną, niewielką starówkę, pełną białych kamienic, od których bije blask odbijanych promieni słonecznych. Przy niewielkim placyku stoi niezbyt okazały, lecz urokliwy kościół. Pusto. Środek dnia, największy upał i tylko jacyś zwariowani turyści z Polski postanowili przełamać spokój miasteczka, wjeżdżając do niego na rowerach. Szybko jednak decydujemy się skryć w cieniu, gdyż nasze nieprzyzwyczajone do aż takich upałów organizmy zaczynają domagać się schłodzenia. W sklepie kupujemy mandarynkowego i grejpfrutowego radlera i zasiadamy pod rozłożystym drzewem, tuż nad brzegiem Neretwy. Nicnierobienie też ma swój urok, w szczególności, gdy można nasycić oczy pięknymi widokami. Przed opuszczeniem Opuzem Marek uwiecznia go z lotu drona. Szybko jednak ściąga go na ziemię ze względu na zwariowane jaskółki, które zaczęły krążyć wokół naszej latającej maszyny, co nie wróżyło niczego dobrego.

Opuzen

Opuzen

Opuzen radler

Wracamy w stronę campingu, drogą wiodącą bezpośrednio z Opuzen, ze skrzyżowania ze światłami. Jedziemy pod wiatr i nie powiem, by bardzo nas to cieszyło. Nasz trasa wiedzie odsłoniętym, acz malowniczym terenem, wypełnionym sadami mandarynkowymi i kanałami nawadniającymi. Jest pięknie, jednak ciężko się tym wszystkim cieszyć, gdy jazda jest tak mozolnie powolna. Trening siłowy i aerobowy w jednym.

Nieopodal campingu zatrzymujemy się na niewielkim mostku, skąd rozciąga się widok na morze. Dostrzec można kilka osób, które trenuje kitesurfing, a kolorowe latawce przecinają niebo na horyzoncie.

camping rio

Powered by Wikiloc
W okolicach Campingu Rio – Blace

Po powrocie na camping chwilę odpoczywamy, po czym wyruszamy na małą wycieczkę z Beatą. Jedziemy do Blace, niewielkiej miejscowości położonej 2 km od campingu. Znajduje się w niedużej, lecz wyjątkowo malowniczej zatoczce. Jest tu zaciszniej, a głównym dźwiękiem przerywającym spokój tego miejsca są okrzyki graczy emocjonujących się kolejną rozgrywką buli. Odgłos odbijanych kul również niesie się wśród domów. Szczerze mówiąc mogłabym tu zamieszkać, patrzeć na morze, góry i Peljesac dominujący w tle. Spokój, niespieszna, luźna atmosfera, bez kurortowego zadęcia. Czuję się trochę tak, jakby nasze pojawienie nieco zmąciło równowagę tego miejsca. Ale to tylko pozorne wrażenie, gdyż w sezonie odpoczywają tu spore rzesze turystów, a znalezienie wolnego pokoju graniczy z cudem. Ceny też są podobno odpowiednio wysokie.

blace

Opuzen

Bitą, żwirową drogą za miasteczkiem pniemy się po stromym zboczu. Upał daje się we znaki, a co gorsza spod nóg uciekają nam liczne węże. Nie mamy pojęcia, czy są jadowite, lecz mimo wszystko wolimy uniknąć konfrontacji i dużo baczniej patrzymy na drogę i to, co na niej leży. Docieramy do miejsca, skąd rozciąga się wspaniały widok na morze, Blace oraz okolice campingu. Światło może nie jest idealne, bo do złotej godziny jeszcze chwila, ale i tak jest pięknie, romantycznie i nieco nostalgicznie. Z Beatą rezygnujemy z dalszego targania rowerów i przypinamy je do drzewa. Marek rowerowo eksploruje dalszą część drogi, która dla naszej przewodniczki również była nieznana. Okazało się jednak, że oprócz chaszczy nie ma tam nic ciekawego, więc zawróciliśmy do Blace.

Blace

Z Markiem zostajemy tam dłużej, by zjeść obiad w jedynej, czynnej restauracji. Menu nie ma, właściciel wymienia jednym tchem ileś dań, ale oczywiście na pytanie o coś wegetariańskiego stwierdza “No!”. Marek decyduje się na stek z tuńczyka, ja zaś piję piwo zastanawiając się, co mogę sobie sama przyrządzić na campingu. Kiedy danie ląduje na stole, okazuje się, że oboje mamy szansę się najeść. Pieczone ziemniaczki, danie z ziemniaków, czosnku, oliwy i cukinii, wielki kawał steku z tuńczyka oraz spora porcja chleba. Ja zabieram się za pałaszowanie warzyw i kukurydzianego chleba, a Marek za resztę. Wszystko smakuje naprawdę wspaniale. Mniej wspaniała okazuje się cena obiadu – ponad 80 zł za jedno danie. Ok, tuńczyk do najtańszych nie należy, a w sumie jedną porcją najedliśmy się we dwoje. Niemniej tak czy inaczej był to drogi posiłek.

Blace

Blace

Zbliża się zachód słońca. Wpadamy na camping, porywamy drona i pedałujemy z powrotem na półwysep przy ujściu Neretwy. Jest cudownie i magicznie, czyli tak jak o zachodzie powinno być. Dzięki temu, że wiatr ustał, tafla wody stała się wyjątkowo spokojna, a mącili ją jedynie wędkarze, którzy robili sobie selfie z rybą. No cóż, można i tak!

DSC00208\ Opuzen

Wieczór spędzamy w towarzystwie polsko-chorwackim, popijając białe wino z lodem i gazowaną wodą. O wyjątkową atmosferę dba Luka, czyli właściciel campingu. Na przykład “staropolskim”, bałkańskim obyczajem wygania mnie do kuchni, żebym pozmywała po naszej trójce szklanki. Nie wiem dlaczego, ale jakoś wcale mnie to nie dziwi.

Na deser zapraszamy Was na filmowe podsumowanie: ujęcia z drona, ujęcia rowerowe oraz timelapsy. Miłego oglądania!

Zapisz

TAGI
Powiązane wpisy