Bośnia i Hercegowina Występy gościnne

Bośnia i Hercegowina według Rudych Rodziców

-
25 listopada 2015

Zapraszam Was na pierwszy wpis moich rodziców z ich tegorocznej, samodzielnej wyprawy na Bałkany.  Wreszcie, pod długich namowach, udało mi się ich przekonać, by sami wsiedli w samochód i wyruszyli w podróż. Choć, gdy się z nimi w trakcie wyjazdu kontaktowałam, to dość często słyszałam małe narzekania, to o tyle po powrocie zachwytom nie było końca. Na początek rodzice zabiorą Was do Bośni i Hercegowiny. Autorką tekstu jest moja Mama, natomiast zdjęcia wykonał Tata. 

Można ten urlop zamknąć w jednym zdaniu: Było super. Wyjazd ten był pierwszym, samodzielnie przez nas zaplanowanym i zrealizowanym w ten region Europy. Poprzednie dwa, to wycieczki zorganizowane.

Jeśli ktoś mnie zapyta, która forma wypoczynku jest lepsza, to odpowiem, że każda ma plusy i minusy. Jadąc z biurem podróży nie interesowały nas parkingi, opłaty na autostradach itp., ale brak było czasu na delektowanie się miejscem, na spokojne wypicie kawy, za to ciągle patrzyło się na zegarek, żeby nie spóźnić się na zbiórkę. Z drugiej zaś strony, podczas samodzielnego wyjazdu, brakowało mi czasami kogoś, kto oprowadzi, opowie, zwróci na coś uwagę. To tyle słowem wstępu.

Pierwszy etap to dojazd z Kielc do chorwackiego Osijeku, bardzo sympatycznego miasteczka, położonego w niedużej odległości od granicy z Węgrami. Wieczór bardzo upalny, a w centrum panował spory ruch i to raczej miejscowych niż turystów. Sympatycznie. Następnego dnia przejeżdżamy do Sarajewa. Najpierw wszystko było ok, ale później nasza nowo zakupiona na tę wyprawę nawigacja zaczęła pokazywać, co potrafi, a uwierzcie mi potrafiła wiele, doprowadzając nas do białej gorączki. Padło wiele „ciepłych słów” pod jej adresem ( jej – bo głos był kobiecy). Będąc już w samym Sarajewie, jedziemy jakimiś uliczkami, tak wąskimi, że aż strach, jednokierunkowymi i niesamowicie górzystymi. Wreszcie na horyzoncie nawigacji widać chorągiewkę i głos „dojechałeś do celu, ten numer domu znajduje się po prawej stronie”. Ale po prawej była budka strażnika, który czegoś pilnował , ale nie wiedzieliśmy czego. Próba zdobycia informacji w sklepie nie powiodła się, więc jedziemy dalej, a uparta baba znów zaprowadziła nas w to samo miejsce. Tym razem mąż poszedł do strażnika, który pokazał nam 3-piętrowy budynek okratowany od piwnic po dach i to miał być nasz wynajęty apartament, który na pierwszy rzut oka przypominał raczej twierdzę i więzienie, a nie miejsce, w którym można by przenocować. Po telefonie do właściciela i jego szybkim pojawieniu, okazało się, że to budynek dawnej ambasady USA, a strażnik chroni obecną, która mieści się parę metrów dalej. Ilość drzwi, krat, zamów i kluczyków była imponująca, ale za to w środku istny wypas: stare meble, pełne wyposażenie we wszystko, co można sobie wymarzyć, plus polski Polsat i komputer z dostępem do Internetu. Ale to, co najważniejsze, to grube mury, a w środku chłodniutko, mimo braku klimatyzacji, a za oknem jakieś 38 w cieniu.

Sarajewo

Trwał ramadan, sporo ludzi modlących się w meczetach, sporo kobiet w bardzo ortodoksyjnych strojach. I ruch, gwar, a całe centrum wprost usiane nagrobkami pojedynczymi czy masowymi, które pojawiają się w parku, między przejściami dla pieszych, na boiskach szkolnych, czyli wszędzie tam, gdzie 20 lat temu ginęli ludzie.

DSC06458 DSC06471

DSC06683 DSC06668

Te niewesołe refleksje mieszają się z tłumem miejscowych, którzy biegną zajęci swoimi sprawami i turystami, którzy przewalają się tłumnie przez ulice miasta, które nie zabliźniło jeszcze swoich ran. A niestety raczej nieprędko to się stanie. BiH jest biednym krajem, który bardzo się stara, ale niestety nie tak łatwo się pozbierać mimo, że od wojny minęło 20 lat. Przemieszczając się uliczkami oddalonymi od centrum widać, jak wiele jest tu do zrobienia. Ślady od kul na murach oraz kompletnie zniszczone przez pociski budynki. Centrum ze swoimi reklamami i sieciowymi sklepami nie jest reprezentantem miasta. Poszliśmy do Żółtej Twierdzy powyżej hotelu Saraj, w którym nocowaliśmy 2 lata temu. Widokowo super i było tam troszkę cienia pod drzewami i trochę wiatru. Niestety, jeszcze musi trochę czasu minąć, aby mieszkańcy zrozumieli, że chcąc mieć przychody z turystyki trzeba dbać o porządek, że śmieci należy wyrzucać do koszy, a nie gdzie jadłem, piłem tam zostawiłem. Niestety śmieci wyzierają z każdego kąta.

DSC06613

DSC06624

Z twierdzy widoczny był komin starego browaru, w którego klimatycznych wnętrzach urządzono bardzo przyjemną i przystępną restaurację, oczywiście z piwem tworzonym na miejscu. Chłodno i sympatycznie, ale nagle ku naszemu zdumieniu pojawia się grupa wojskowych (Amerykanie, Kanadyjczycy i chyba Australijczycy), którzy za pokwitowaniem dostawali obiad. Kontyngent wojsk ONZ jednak nadal stacjonuje w Bośni, a pokój jest, ale oby nie umowny.

DSC06641

DSC06637

DSC06496

Miejscowy „turecki” targ, czyli Baščaršija, pełen ludzi, gwaru i turystów z …Polski. Momentami ciężko było nie potknąć się o rodaków. Kolorowo i pełno dymu, bo już rozpalały się grille na wieczorna ucztę muzułmanów, którzy po zachodzie słońca, po wystrzale z armaty przystępują do wielkiej konsumpcji. Islam w wydaniu bośniackim jest taki mniej agresywny, spokojniejszy i chyba mniej wymagający. Taki oto obrazek: modnie ubrana (spodnie rurki , kolorowa koszulka) i umalowana dziewczyna idzie do meczetu, skręca do kobiecej umywalni/przebieralni skąd po kilku minutach wychodzi odmieniona, chusta szczelnie zakrywa jej tlenione włosy, a długa bluza/koszula sięga do połowy uda i udaje się do meczetu oczywiście do jego części przeznaczonej dla kobiet. Ale również widać sporo kobiet, zwłaszcza starszych, zakrytych od stóp do głów. Jednak w sporej większości jedyną oznaką przynależności do muzułmańskiej społeczności są ładnie upięte chusty.

DSC06588

DSC06485

DSC06748

DSC06751

DSC06662

DSC06682

DSC06698

DSC06707

Ja mam chyba takie skrzywienie, że patrzę na ludzkie twarze, zwłaszcza ludzi, którzy te 20 lat temu musieli przeżywać tutaj piekło, i zastanawiam się, jak żyli i jak to przetrwali. Każda z tych osób nosi w sobie jakąś cząstkę strasznej tragedii, jaka dotknęła to miasto i ten kraj. Kraj bardzo piękny, dramatycznie górzysty z widokami obłędnymi i potencjałem turystycznym, zwłaszcza dla tych, którym się wydaje, że już wszystko widzieli.

Z Sarajewa udaliśmy się Medjugorie, sanktuarium ciągle nieuznawanego przez kościół katolicki, jako miejsce objawień Matki Boskiej. Jeśli ktoś był na Monte Cassino i jechał tamtejszymi serpentynami, to niech to pomnoży przez dwa, a zarazem obetnie szerokość jezdni o 30% i ukradnie połowę asfaltu. Armagedon, upał powyżej 40 i ciężarówki, które zdychają co parę metrów. Zjechać się nie da, zatrzymać nie ma gdzie, silnik się gotuje. Dojechaliśmy, a w miasteczku niespodzianka dla pątników/turystów – strefa płatnego parkowania i cała masa biegających parkingowych, policjantów, a miejsca do zaparkowania jak na lekarstwo. Właściwie mieliśmy ochotę stamtąd uciec, ale samochód musiał odpocząć. Ilość sklepików z dewocjonaliami wyprodukowanymi przez azjatyckie rączki przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Oni już chyba przebili Lourdes i Fatimę, a w sklepikach przyjmują głównie euro i niezbyt chętnie chcą przyjmować zapłatę we własnej walucie. Co do samego sanktuarium, nie będę się wypowiadała, może tylko powiem, że widocznie nie byłam godna poczuć miejscowego sacrum. Byłam i raczej więcej się tam nie wybieram, ale jest to tematyka drażliwa, którą każdy sam musi rozważyć sam we własnym wnętrzu.

DSC06777

DSC06769

DSC06782

DSC06785

Powiem tylko tyle, że w drodze powrotnej poczułam, że mam lęk przestrzeni, a byłam niezwykle szczęśliwa, gdy znaleźliśmy się na drodze prowadzącej do Trebinje, miasteczka urokliwie położonego, którego znakiem rozpoznawczym jest kamienny most. Zanim jednak tam się znajdziemy, trochę przez przypadek trafiamy do Radimljaśredniowiecznego cmentarza Bogumiłów, nieopodal miejscowości Stolac. Kiedyś już słyszeliśmy o tym odłamie chrześcijaństwa, jednak nie mieliśmy o nim większego pojęcia. Zasadniczo Bogumiłowie wierzyli, że Bóg miał dwóch synów, a jednym z nich był szatan – stwórca świata. Wyznawcy tej religii nie wierzyli w Stary Testament, ani w jakiekolwiek sakramenty oraz nie uznawali krzyża. Ponieważ świat został stworzony przez złą siłę, nie przywiązywali do doczesnego życia aż takiej wagi. Niemniej w ciągu dnia odmawiali 120 razy Ojcze nasz, spowiadali się między sobą, byli wegetarianami nie pijącymi wina, nie budowali też kościołów. Religia ta powstała w Bułgarii ok. X wieku i to stamtąd zaczęła rozprzestrzeniać się na część terenu obejmującego Bałkany, natomiast zniknęła po ok. pięciu wiekach. Cmentarz nieopodal Stolac jest wyjątkowym pod wieloma względami miejscem, głównie z powodu pięknych zdobień znajdujących się tam grobowców. Kiedy tam jesteśmy, panuje straszny upał, więc zwiedzamy głównie z perspektywy pojedynczych drzew dających cień. Towarzyszy nam pani przewodnik, która opowiada o historii tego miejsca, a także przybliża nam historię Bogumiłów. Jeśli tam będziecie, koniecznie tam zajrzyjcie!

DSC06798

Po opuszczeniu Raddimlja, ruszamy w dalszą drogę. Trafiamy do Trebinje, które naprawdę warto odwiedzić. To takie kompaktowe miasteczko, które można zwiedzić dość szybko i się nim zachwycić. Piękne stare centrum obrośnięte platanami, pod którymi co rano odbywa się targ z miejscowymi specjałami. Jest tanio i klimatycznie. Pełno knajpek i cudnie pachnących piekarni.

DSC06891

DSC06830

My tym razem trafiliśmy do Hostelu Polako prowadzonego przez Polaka Bartka i jego dziewczynę Loren prosto z gorącego Teksasu. Super fajne miejsce, w którym takie stare pierniki jak my, to rzadkość, ale trzeba przyznać, że młodzi się starali, dostaliśmy mapkę z miejscowymi atrakcjami i zaproszenie do miejscowej winiarni górującej nad miastem. W tym miejscu tylko jedno ale, zapomnieli nam powiedzieć, że do winiarni nikt nie wybiera się pieszo jak my, a wszyscy jeżdżą okrężną drogą. My poszliśmy na sagę, przedzierając się przez jakieś podwórka, mając cały czas na widoku super budynek winiarni. W środku niezły bajer, ale to co najpiękniejsze to tarasy widokowe. Właściwie widok jak z samolotu, a po zmierzchu zapaliły się światła wokół cerkiewek umieszczonych na okolicznych wzgórzach, no istna bajka. Głodni, zamówiliśmy fantastyczne miejscowe wino Vranac (najlepszy jaki dotąd piłam i wart swojej ceny) i niestety kolację, ładnie podaną, dramatycznie drogą, a kucharza, to znana kudłata polska restauratorka w najlepszym przypadku zmusiłaby do zjedzenia tego czegoś. Powrót z knajpki był też fajny, bo przyświecałam nam drogę telefonem, ale zeszliśmy nie łamiąc przy tym kończyn.

DSC06854

DSC06871

Wieczorem senne za dnia miasteczko ożyło, dorośli i dzieci, gwar, a znalezienie miejsca, żeby usiąść graniczyło z cudem. Podświetlone platany, a tuż obok pianista, który sobie grał cichutko, dopełnił atmosfery. Po gorącym dniu wszystkie mury i kamienie oddawały ciepło, a nasi hostelowi gospodarze mówili nam, że tak jest codziennie i tam głównie siedzą miejscowi, bo turyści są tu nadal rzadkością. Jeśli was nie zanudziłam, to powiem krótko jeśli dotąd nie byliście w BiH, to koniecznie jedźcie, bo warto. Mama Rudej

DSC06882

DSC06885

DSC06923

TAGI
Powiązane wpisy