Bałkany 2014 Serbia

Bałkany 2014. Część 15 – Niš, droga przez Serbię i powrót do kraju

-
2 marca 2015

23 sierpień 2014

Nie była to z pewnością moja najlepsza noc podczas tego wyjazdu – a to jest mi za zimno, a to boli mnie ucho, a to słyszę jakieś głosy (i nie były one tylko w mojej głowie). Po 7 wygrzebuję się z namiotu i wychodzę na zewnątrz. Oprócz tego, że odkrywam, iż pogoda jest piękna, świeci słońce i po wczorajszych burzach nie ma ani śladu, to dodatkowo orientuję się, że rozbiliśmy się na trybunach trawiastego stadionu piłkarskiego. Miejsce, które w nocy robiło wrażenie nieprzyjaznego i opuszczonego, rano okazało się być całkiem w porządku. O dziwo, mimo wczesnej pory, kręci się po okolicy sporo osób, wszystkie mówią mi po serbsku “dzień dobry” i przyglądają się z lekkim zadziwieniem naszemu obozowisku przy drodze i do tego na stadionie. Kiedy Marek wstaje, ja zabieram się za przygotowanie śniadania. Po nim wyruszamy na spacer, w trakcie którego szybko odkrywamy, że camping nie tylko istnieje, ale przede wszystkim nocują na nim ludzie. Ulokowany jest on w pewnej odległości od drogi, w głębi lasu. Im bliżej jeziora, tym większe natężenie przyczep campingowych, widać również kilka namiotów. Dość szybko dochodzimy do wniosku, że miejsce to jest okupowane głównie przez wędkarzy, gdyż wszędzie dostrzec można wędki i inny sprzęt do połowu ryb. Samo jeziorko jest sympatyczne, ale nic poza tym.

Na enigmatycznym campingu przy Vlasinskim Jezerze

Vlasinskie Jezero

Scena obok campingu

Vlasina

Żegnamy się z Vlasinskim Jezerem i przez Crną Travę jedziemy do Leskovaca, gdzie wjeżdżamy na autostradę, którą mkniemu do Nišu – naszego kolejnego punktu zwiedzania. Najpierw kierujemy się za drogowskazami kierującymi na InfoPoint, jednak po pewnym czasie Marek wypatruje strzałki do twierdzy, w efekcie wyjeżdżamy poza obręb miasta w kierunku, z którego właśnie przyjechaliśmy. Zawracamy więc i ruszamy do centrum Nišu za znakami InfoPoint. A tam czeka na nas dzień targowy oraz strefa parkowania płatna za pomocą smsów. Jednym słowem – lekki armagedon. Marek staje na awaryjnych, a ja biegnę do informacji turystycznej znajdującej się w bramie prowadzącej do twierdzy, by dopytać się o możliwość zaparkowania bez wysyłania smsów. Pracownica punktu udziela mi wskazówek dotyczących parkingu. Zasadniczo znajduje się on po drugiej stronie mostu, po lewej stronie, tuż za deptakiem, obok nieczynnego hotelu. Niestety kiedy tam docieramy okazuje się, że jest on mocno zatłoczony i nie ma dla nas miejsca. Pracownik każe nam odjechać. Jednak gdy do niego doskakuję i z lekką furią w oczach pytam się, gdzie znajduje się inny tego typu parking, stwierdza, żebyśmy chwile poczekali. I rzeczywiście po kilku minutach możemy w cieniu drzew zaparkować Kiankę. Determinacja czasem popłaca 😉

Zwiedzanie rozpoczynamy od Twierdzy (Niška tvrđava), która ulokowana jest w miejscu, w którym miasto istniało już za czasów rzymskich, bizantyjskich, średniowiecza i panowania Imperium Osmańskiego. Została ona przebudowana przez Turków, tak by broniła drogi do Stambułu. Z tamtych czasów zachowały się dwie bramy, z których jedna nosi nazwę Stambuł. Po wejściu za mury twierdzy, po lewej stronie możemy dostrzec hamam czyli łaźnię, a po przeciwnej stronie budynek arsenału. Idąc nieco dalej pod górę trafia się na meczet Bali-bega, niestety w sierpniu był zamknięty. Tuż obok znajdują się elementy budowli wykopane w trakcie prac archeologicznych. Teren twierdzy jest dodatkowo dość mocno zadrzewiony, dzięki czemu w upalny, sierpniowy dzień bardzo przyjemnie wędruje się wśród parkowych alejek. Byłoby jeszcze bardziej przyjemnie, gdyby nie ciuchcie dla dzieci, wygrywające dość upiorne melodyjki w trakcie objazdu twierdzy. Na jej terenie znajduje się również Planinarski Dom czyli schronisko górskie. Z tego, co udało nam się wywnioskować, należy do stowarzyszenia organizującego różne górskie wycieczki na terenie Bałkanów, ale nie tylko. W środku znajdowała się wystawa zdjęć, a na zewnątrz serwowane były napoje i przekąski. Sporo czasu spędzamy na murach twierdzy, skąd rozciąga się widok na miasto oraz trwające pod murami targowisko. Kupić można było wszystko, od kanarków, po buty oraz warzywa i owoce. W sierpniu, w Nišu odbywa się Nišville czyli festiwal filmowy. Z tego też powodu, na terenie twierdzy znajduje się scena z ekranem oraz przygotowane są miejsca dla widzów.

Twierdza w Nišu

Twierdza Nis

Nišville – festiwal filmowy

Nisville

Nisville

Targowisko pod murami twierdzy

Targowisko Nis

Widok na miasto

Nis

Nis

Opuszczamy twierdzę i kamiennym mostem na Nišavie wracamy do centrum, w okolicach którego zaparkowana jest Kianka. Idziemy na wczesny obiad do pekary, która jest wyjątkowo oblegana. Posiada naprawdę bogaty asortyment od burków po inne rodzaje pieczywa na ciepło i zimno, a także słodycze. Marek bierze dla siebie pizzę oraz dwa kawałki burka z serem, ja natomiast wybieram dla siebie burka ze szpinakiem i serem. Co tu dużo mówić – wszystkie wyroby są wprost fenomenalne, a idealnym uzupełnieniem burka jest oczywiście zimny ajran. Najlepszą rekomendacją dla pekary jest niewątpliwie fakt, iż tuż obok znajdował się MacDonald, który świecił pustkami. Po obfitym posiłku ruszamy na zakupy do Rhody, gdzie zaopatrujemy się w zimne napoje na drogę, jakieś lokalne alkohole, które zabierzemy do Polski. Po dokonaniu zaopatrzenia wracamy do Kianki, płacimy 100 dinarów (50/h) i wyruszamy w stronę Belgradu.

Nišava

Nisava

Nis

Najlepsze burki w Nišu

Niš burki

Autostradą jedzie się szybko i sprawnie. W pewnym momencie wjeżdża przed nas auto z polski, na łódzkich blachach, którego pasażerowie pozdrawiają nas machając i mrugając światłami. Od tego momentu jedziemy razem, albo oni przed nami, albo my przed nimi. Później się rozdzielamy, gdyż musimy nakarmić Kiankę. Na stacji benzynowej panuje spore zamieszanie, gdyż kręcą się tam liczne tureckie/muzułmańskie rodziny z wyjątkowo dużą ilością dzieci. To, co działo się w damskiej toalecie zakrawało na lekki armagedon, na szczęście trafiłam na moment, przed przybyciem większej, damskiej delegacji w chustach, stąd  w kolejce spędziłam jakieś 10-15min.

Jedziemy dalej autostradą. Im bliżej Belgradu, tym robi się tłoczniej. Ale to, co dzieje się przed bramkami wjazdowymi przy serbskiej stolicy, to sodoma i gomora. Kolejka aut ma kilka kilometrów, z nieba leje się żar, jezdnia usiana jest petami wyrzuconymi przez wściekłych kierowców i ich pasażerów. My uświadamiamy sobie, że jest to ostatni weekend wakacji i sierpnia, więc wszyscy wracają z urlopów, a trasa na której się znajdujemy jest główną drogą do Turcji. Cóż…nie przewidując tego wcześniej, wpakowaliśmy się w gigantyczny korek. Po pewnym czasie pojawia się nawet policja, która usiłuje zapanować nad coraz większym chaosem. Zaczyna kierować do bramek położonych nieco dalej i bardziej z boku od tych głównych. My myśleliśmy, że służą one do elektronicznego poboru opłat, ale okazało się, że można w nich również uiścić opłatę w sposób tradycyjny. My i tak nie możemy już zmienić naszej kolejki i po ponad godzinie stania udaje nam się przejechać dalej. Mkniemy przez Belgrad w stronę coraz bardziej szarej i burzowej północy Serbii. Po chwili dopada nas pierwsza ulewa, a niebo rozbłyskuje piorunami. Z autostrady odbijamy na Suboticę. Wydaje nam się to lepszym rozwiązaniem, niż jechanie do przejścia granicznego Szeged, do którego dojeżdża autostrada. Niestety nasz chytry plan okazał się nie być aż tak trafiony, gdyż do przejścia granicznego ciągnie się naprawdę spory sznur aut. O ile Serbowie dokonują szybkiej kontroli, o tyle Węgrzy wydają się być w innej czasoprzestrzeni. Jasne, w końcu wjeżdżamy do Unii Europejskiej. W kolejce spędzamy jakieś 40min. Sama kontrola wygląda mniej więcej tak: pogranicznik w ciągu jakiś 5 sekund sprawdza nasze paszporty, a następnie przekazuje nas celnikowi. Ten najpierw zagląda do schowka po stronie pasażera, a później prosi o otworzenie bagażnika. “Do you have alcohol or cigaretts?” Odpowiedź Marka była wymijająco szczera: “Cigaretts no!!” Papierosów rzeczywiście nie mieliśmy, a to że wieźliśmy 30litrów alkoholu to inna historia.

Kolejka do bramek wjazdowych do Belgradu

autostrada BelgradJedziemy przez Węgry, jest późna noc, a my oczywiście nie mamy pomysłu, gdzie by tu przenocować. Ja obstaję przy jakimś campingu, Marek stawia na hotel, w szczególności, że z nieba cały czas siąpi deszcz. Jedziemy zatem w stronę Budapesztu usiłując znaleźć jakiś czynny hotel. co okazuje nie być takie oczywiste. Zatrzymujemy się przed jednym przybytkiem, mającym w nazwie 24h. Owszem, do hotelu można wejść, nawet część pokoi ma klucze w drzwiach, jednak nie ma żywego (ani nieżywego) ducha, który mógłby nas oświecić, ile kosztuje możliwość przenocowania. Jedziemy dalej, aż ostatecznie docieramy do węgierskiej stolicy. Marek decyduje się jechać w stronę centrum i tam poszukać jakiegoś noclegu. Ja jednak usiłuję nakłonić go do jechania w stronę lotniska, przy którym na pewno znajduje się wiele hoteli i moteli. Mimo wszystko, dość blisko centrum udaje nam się znaleźć pensjonat, w cenie 35EUR za noc. Dużo, ale jest po północy, a my następnego dnia musimy być w domu. Doba hotelowa trwa do 10. Przed zaśnięciem spoglądam na okno, które przysłania roleta i przypominam sobie, jak kiedyś będąc we Włoszech zaspałam na pociąg z powodu szczelnych okiennic. Rozważam nawet włączenie budzika, ale zanim się na to decyduję, zapadam w sen.

29.08.14 Koniec

M. Kochanie, wiesz która godzina?

O. Hmm… jakoś koło 10?

M. Za dziesięć 10!!!!!!!!!!!!!

O. (mało przytomna) A do której trwa doba hotelowa?

M. Do 10!!!!!

(tu następuje faza przekleństw i paniki)

W błyskawicznym tempie zbieramy nasze rzeczy i opuszczamy pensjonat. Wizja zapłacenia kolejnych 35EUR dość mocno przyspiesza nasze poranne działania. Nie decydujemy się na zwiedzanie Budapesztu, choć mieliśmy początkowo taki pomysł. Musimy dziś dotrzeć do domu, gdyż z samego rana na Bałkany wyruszyli rodzice Marka, a nam pod opieką zostały na najbliższe trzy tygodnie dwa psy i nasze dwa koty. Zanim opuszczamy węgierską stolicę jemy śniadanie na parkingu Auchan.

Później przez Węgry i Słowację docieramy do Polski. Zatrzymujemy się na obiad u moich rodziców. Następnie jedziemy na Mazowsze i wieczorem jesteśmy już w domu. Zmęczeni, ale zadowoleni, bo przecież spędziliśmy piękny i przepełniony wrażeniami czas w ukochanej Albanii.

TAGI
Powiązane wpisy