Beskidy Czechy Polska Relacje

Sylwestrowo – noworoczne Beskidy. Część 1 – Koniaków i okolice

-
10 stycznia 2014

Planowanie Sylwestra szło nam topornie. Wiedzieliśmy jedno – chcemy go spędzić poza Warszawą i jej bliższymi czy dalszymi okolicami. Początkowo myśleliśmy, że uda się wynająć domek w Istebnej Oleckach, gdzie Marek i jego rodzina jeżdżą na ferie zimowe od dawien dawna.
Niestety ktoś nas uprzedził i pomysł, by wybyć w góry większą ekipą umarł śmiercią naturalną. Mieliśmy również możliwość wyjazdu nad morze, do domku znajomej, gdzie Sylwestra świętowaliśmy rok temu. Jednak morze jakoś nas nie kusiło. Co więcej, Marek mógł dostać wolne od świąt do Trzech Króli, więc uznaliśmy, że jest to idealna okazja na dłuższy wyjazd. Oprócz tego zauważyłam pewną prawidłowość, że ilekroć spędzam ostatni dzień roku w górach, to później kolejne 365 dni kalendarza wypełnione są sukcesami, pozytywami i ogólnie dobrą energią. Góry po prostu przynoszą mi szczęście.

Marek podzielał mój górski, sylwestrowy entuzjazm (głównie pod kątem ewentualnej jazdy na nartach) i w połowie grudnia zaczęliśmy intensywne poszukiwania jakiejś kwatery. Za cel obraliśmy sobie Koniaków, Istebną i ogólne okolice Beskidu Śląskiego i Żywieckiego. Początkowo szło nam jak po grudzie. Wszyscy właściciele kwater twierdzili, że na Sylwestra to mają od 2-3 miesięcy wszystko zarezerwowane. Jednak jeden z naszych rozmówców, oddzwonił do nas po kilku chwilach od skończenia rozmowy z informacją, że miałby jednak pokój dla nas, o ile nie przeszkadza nam małe łóżko i łazienka znajdująca się piętro niżej. Miał się jeszcze skonsultować z żoną, czy aby na pewno może nam ten pokój wynająć. Wieczorem, tego samego dnia wiedzieliśmy już, że mamy kwaterę, za całe 25zł od osoby.

Później było Boże Narodzenie, na które ja wyjechałam jak zwykle do moich rodzinnych Kielc. W pierwszy dzień świąt dojechał do mnie Marek, który pomógł mi w ogarnięciu mojego gpsowego prezentu (zgrywanie map, ogólna orientacja w tym, jak to ustrojstwo działa). W piątek po świętach czekały nas ogólne przygotowania i jakieś ostatnie, przedwyjazdowe zakupy. W góry wyruszyliśmy w sobotę, 28 grudnia o 5 rano.

28.12.13 Budzik dzwoniący przed 5 rano, to zło, istny diabeł wcielony. Lecz kiedy ma się wyjazdową motywację, to nawet tak wczesna pora zbytnio człowiekowi nie przeszkadza. Po ciuchu ewakuujemy się z mojego rodzinnego domu, by nie pobudzić rodziców oraz kotów. Na zewnątrz panuje rześka temperatura, więc dość szybko przytomniejemy.

Po rytuale upychania dużej ilości gratów w Kiance (dwie pary nart, dwa duże plecaki i dwa małe, jedne narciarskie buty, torba z planszówkami, laptop, itd. itd.), wyruszamy na południe. Kierunek – Koniaków z międzylądowaniem w Kętach, gdzie mieliśmy zaplanowane spotkanie z Tomaszem, z którym w 2010 roku podróżowałam po Bałkanach (więcej znajdziecie tutaj → Bałkany 2010).

O tej porze, na trasie panuje cisza i spokój. Wyczekujemy wschodu słońca, który nieco rozjaśni nam naszą drogę. Do Kęt docieramy jakoś przed 9 i w Restauracji Rycerskiej znajdującej się na rynku, wyczekujemy przybycia Tomasza. Kawa jest tym, czego wyjątkowo potrzebuję, więc żłopię ją zapijając herbatą. W końcu dociera Tomasz wraz z dwójką swoich znajomych. Otrzymujemy od niego kilka cennych wskazówek odnośnie używania gpsa oraz zgrywa nam trochę map, które mogą przydać się nam podczas pobytu w tych okolicach. Mamy też możliwość oddania mu rzeczy, jakie pożyczyliśmy od niego na nasz bałkański wyjazd w 2012 roku (o tym możecie poczytać tu → Bałkany 2012). Niestety Tomasz musi lecieć do pracy, więc nasze spotkanie trwa krótko. Żegnamy się z nim i jego ekipą i również wyruszamy do naszego celu.

Koniaków jest najwyżej położoną miejscowością w Beskidach, co w szczególności odczuwamy dojeżdżając do niego, ponieważ strasznie wieje i Kianką troszkę miota. Niestety halny, który od kilku dnia hula, również odczuwa się tutaj.

Kompletnie przez przypadek udaje się nam trafić do naszej kwatery, która kryje się pod nr 3. Jednak numeracja w Koniakowie jest kompletnie nielogiczna, stąd możemy mówić o sporym szczęściu. Kiedy wpisało się w Google Maps adres Koniaków 3, wyskakiwały punkty np. w Istebnej i Wiśle. No cóż, Google Maps nie jest najbardziej dokładnym narzędziem nawigacyjnym.

Nasza kwatera okazała się być całkiem nowym domem, pachnącym świeżością, położonym z rewelacyjnym wprost widokiem na okolicę. Okazało się, że otrzymaliśmy pokój, z którego normalnie korzysta córka gospodarzy. Zatem ze ścian patrzyła na nas Mała Syrenka, Hello Kitty oraz Kubuś Puchatek. Niestety zapomniałam uwiecznić tego doborowego towarzystwa na jakiejkolwiek fotografii.

Widok z okna naszego pokoju (zdjęcie robione przez szybę, gdyż otworzenie okna groziło wietrzną katastrofą)

Koniaków widok z okna

Po ogarnięciu się, rozpakowaniu i posileniu się przez Marka (trochę mu w tym przeszkodził nalot księdza, który przybył po kolędzie), wyruszamy na spacer. Naszym celem jest Ochodzita – najbardziej wystająca część Koniakowa, górująca nad okolicą, z której, przy dobrej widoczności, widać nawet Tatry. Oczywiście chcemy przetestować Garmina, jak będzie sobie radził z zapisywaniem śladu oraz jak my będziemy sobie radzić z nawigowaniem za jego pomocą.

Opuszczamy naszą kwaterę i wyruszamy w stronę Ochodzitej. Gdyby nie data w kalendarzu, to można by stwierdzić, że jest przedwiośnie albo wczesna wiosna. Niebieskie niebo, słonko, wysoka temperatura i niezbyt chłodny, trochę za bardzo porywisty wiatr. Oczywiście wokół ani grama śniegu, za to dość sporo błota.

Spod naszej kwatery schodzimy w stronę doliny rzeki Czadeczki, jednak mylimy nieco drogi i nie schodzimy do samego potoku. Kierując się na azymut zaczynamy wspinać się w stronę Ochodzitej. Jak człowiek nie skupia się nam tym, gdzie lezie, to nawet najlepszy gps na świecie nie pomoże 😉

Czy kogoś Wam nie przypomina?

traktorek

Wiatr chciał zabrać mi czapkę, ale się nie dałam!

wiatr w Konikowie

Kiedy docieramy do jej zboczy, naszym oczom ukazują się resztki śniegu. Marek oczywiście nie może sobie darować i obrzuca mnie kilkoma pigułami. Wieje niemiłosiernie, ale nieliczne w tym miejscu krzaki nieco osłaniają nas przed wiatrem. W pewnym momencie naszą drogę przebiegają dwie, dość mocno wystraszone sarny. Co robiły tak blisko domostw? Ciężko stwierdzić.

Śnieg = piguła

śnieg w Koniakowie

Marek i jego bałwan

dwa bałwany

Wychodzimy na szczyt Ochodzitej, gdzie utrzymanie się na nogach sprawia nam trochę kłopotów. Wieje niemiłosiernie. Robimy trochę zdjęć, ale ja daję za wygraną i chowam się za budką przylegającą do wyciągu narciarskiego. Halny wieje na całego.

Wietrzna Ochodzita

Ochodzita

Prawie jak połonina

Ochodzita

Widokowo z Ochodzitej

Ochodzita

Schodzimy w stronę Karczmy Ochodzita i kierujemy się do Koczego Zamku (zwanego też Kocim i Korczym). Jest to niewielkie wzgórze, którego nazwa (według jednej z legend) wywodzi się od nazwisk węgierskiego grafa (Kocsi), który podobno miał w tym miejscu małą warownię lub dwór. Druga teoria dotycząca pochodzenia nazwy odsyła nas do okresu wojen husyckich.  W miejscu tym, powstańcy, którzy uciekli po przegranej bitwie pod Lipami, utworzyli niewielką i prowizoryczną fortyfikację.  Kocsi (koczy) po węgiersku oznaczał wóz, zatem Koczy Zamek, to fortyfikacja utworzona z wozów (źródło: Wkipedia). Na nim również wieje, więc nie spędzamy tam zbyt wiele czasu.

W/na Koczym Zamku

Koczy Zamek

Idziemy asfaltem w stronę Tynioka, lecz nie wchodzimy na niego, natomiast odbijamy w lewo, w asfaltową drogę, wiodącą równolegle do głównej trasy, biegnącej przez grzbiet pasma, na którym położony jest Koniaków. Tu przynajmniej nie wieje i możemy trochę odsapnąć od ciągłej walki z wiatrem. Docieramy do centrum Koniakowa i powoli kierujemy się na kwaterę. Ponieważ zapowiada się piękny zachód słońca, Marek wpada na pomysł aby podjechać na Złoty Groń, w celach rekreacyjno – fotograficzno – widokowych. Idea ta okazała się strzałem w dziesiątkę. Był to jedyny podczas naszego pobytu w tych okolicach, tak piękny zachód słońca. Natomiast Złoty Groń rzeczywiście przybrał złote barwy. Było magicznie, bajkowo, nierealnie i po prostu pięknie.

Pięknie i zachodząco

Złoty Groń zachód

Złoty Groń

Pędzlem niebo malowane

Złoty Groń

Po obfotografowaniu wszystkiego, co się da, jedziemy do Czech po małe zakupy (rum, serki w warkoczach, piwo Kozel) oraz na typowy, czeski obiad czyli wyprażany ser, który jemy w często odwiedzanej przez nas restauracji w Bukowcu. Jak zwykle jest tam sporo lokalsów, którzy entuzjastycznie degustują piwa.

Wieczór spędzamy na kwaterze, pijąc rum i planując nasz pobyt w Beskidach. Z racji braku śniegu decydujemy się na bardziej trekkingowy wariant spędzania czasu połączony z geocachingiem. W tym celu usiłujemy się połapać, o co w nim chodzi oraz jak zgrać na Garmina koordynaty skrytek. Wieczór zamienia się w noc, flaszka rumu ukazała nam swoje dno, a Polaków rozmowy szły nam całkiem nieźle.

Zapisz

TAGI
Powiązane wpisy