Albania Bałkany 2016 Summer Trip

Smaczki Albańskiej Riwiery – Jalë, Himarë, Porto Palermo i Lukova

-
27 listopada 2016

Albańska Riwiera jest niewątpliwie spektakularna. I choć odwiedzaliśmy ją już kilka razy, to wciąż nie zajrzeliśmy we wszystkie jej zakamarki. W sierpniu 2016 udało nam się nadrobić kilka zaległości i odkryć miejsca magiczne, ciekawe, a także takie, mające duży, turystyczny potencjał. Zapraszamy Was do czterech miejscowości i plaż w Himarë, Jalë, Porto Palermo i Lukova.

Jalë – małe jest piękne

Po pobycie na plaży w Dhërmi kierujemy się w stronę Himarë. Jednak zanim dotrzemy do tego kurortu, zbaczamy na chwilę z szosy SH8 i jedziemy do Jalë, które z jakiegoś powodu do tej pory pomijaliśmy. Wiedzie do niego asfaltowa, dość kręta droga, z której, gdy zaczyna serpentynami schodzić w stronę morza, podziwiać możemy widoki na nasz cel podróży. Jalë jest bowiem wciśnięte w niewielką, lecz pełną uroku i piękna zatoczkę. Miejsce to, choć małe, jest wyjątkowo różnorodne. Znaleźć tu można zarówno skalisty brzeg, jak i piaszczysto-żwirową plażę. Ci, którzy chcą nurkować, jak i ci wolący po prostu poplażować, znajdą odpowiednie miejsce dla siebie. Mimo szczytu sezonu nie ma tu wielkich tłumów. Pusto też nie jest, ale nie panuje tu taki harmider, jak choćby we Vlorze i Ksamilu. Kiedy Marek idzie pływać, ja udaję się na spacer. W Jalë funkcjonują dwa campingi, jest też spory hotel, który dominuje nad całą miejscowością, gdyż usytuowany jest na wzgórzu. Od nabrzeża prowadzą do niego schody pilnowane przez ochroniarza. Kieruję się jednak w innym kierunku i bitą drogą wychodzę z miejscowości w stronę południową. Panuje straszny skwar, a od Llogary nadciągają ciemne, burzowe chmury i nawet przez chwilę grzmi. To nieco odstrasza mnie przed dłuższą wędrówką. Docieram do miejsca, gdzie w cieniu drzew zaparkowanych jest kilka aut, a wśród nich pasie się stado kóz. Zapewne jeden z właścicieli samochodów nie był później zachwycony, gdyż dwa kozły z uporem maniaka tłukły się między sobą i co jakiś czas waliły w karoserię swoimi rogami.

Jalë

Jalë

Jalë

Jalë

Najlepsza pizza w Albanii

Po tym, jak wracam ze spaceru, a Marek kończy odmaczanie wszystkich czterech kończyn w Morzu Jońskim, idziemy na obiad. Przy plaży znaleźć można kilka restauracji, ale największy ruch panuje w biało-niebieskim lokalu z dużym napisem Traditional Food. W ofercie szeroki wybór ryb i owoców morza, ale z racji moich żywieniowych upodobań, decydujemy się na pizzę. Wybór pada na Kater Djathra, czyli po prostu cztery sery. Na nasze danie czekamy dosłownie kilka minut, które umilaliśmy sobie widokiem psiaka, uroczo śpiącego pod naszym stołem. Sama pizza to prawdziwe niebo w gębie. Chyba nigdy nie jedliśmy czegoś tak dobrego. Nawet we Włoszech. Sery są wyjątkowo dobre – można wyczuć smak każdego z osobna. Ciasto jest cienkie i chrupiące. Całość jest po prostu wybitna. Później jedliśmy jeszcze w Albanii inne pizze cztery sery, ale żadna nie dorastała tej do pięt.

Himarë i problemy z Kianką

Z lekkim smutkiem rozstajemy się z Jalë i jedziemy do Himarë. Tam zaglądamy na chwilę do ruin twierdzy, którą Marek postanawia uwiecznić z perspektywy drona. Pogoda nadal nie jest idealna, gdyż na niebie krążą mniej lub bardziej czarne chmury, ale zza nich dzielnie przedziera się do nas słońce. Po krótkim pobycie wśród ruin, zjeżdżamy do centrum Himarë. Choć przejeżdżaliśmy tędy nie raz, to do samego miasta jakoś nigdy nie zaglądaliśmy. Natomiast tam znaleźć można całkiem przyjemną, nadmorską promenadę (naszym zdaniem trochę za bardo wybetonowaną) i ładne, miejskie plaże. I znów miłe zaskoczenie – nie ma tu tłoku. Chwilę spacerujemy również po samym mieście, robimy krótkie zakupy i wracamy do auta. Marek postanawia podjąć kolejną próbę naprawienia naszej przetwornicy, która pozwala obyć nam się bez płatnych, cywilizowanych noclegów, gdyż dzięki niej mogliśmy ładować całą naszą elektronikę. Niestety Chińczycy tak ją wyprodukowali, że co chwilę się psuła. Kiedy Marek coś w niej poprawia i wsadza wtyczkę do zapalniczki, potworna przetwornica pali nam bezpieczniki w aucie. Stawia nas to w przykrej sytuacji – nie działa nam radio oraz nie mamy już żadnego prądu, gdyż zapalniczka jest kaput. Usiłujemy znaleźć spalony bezpiecznik pod maską, ale nie możemy go namierzyć. Marek jest wściekły i to dziwnym trafem na mnie, a nie na durną przetwornicę. Dopiero po dwóch dniach, szef mego małżonka uświadamia nas, że drugi zestaw bezpieczników jest od strony kierowcy i tam znajdujemy spalonego winowajcę. Nie zmienia to faktu, że zostaliśmy bez przetwornicy, jedynie z możliwością ładowania GoPro i telefonów.

Himare

Himare

Himare

Himare

Himare

Porto Palermo z lotu ptaka (drona)

Mimo kiepskich nastrojów nie mogliśmy nie zajrzeć do wyjątkowo fotogenicznego miejsca. Tym razem nie zwiedzamy zamku Alego Paszy, lecz jedynie nagrywamy kilka ujęć z drona. Tylko kilka, gdyż nasze baterie były po prostu na wyczerpaniu, a jak już wiecie przetwornica odmówiła z nami współpracy. Ponownie wyprowadza to Marka z równowagi i atmosfera robi się ciężkawa. Dodatkowo lot utrudnia mu silny wiatr wiejący od strony morza. Niemniej Porto Palermo jak zwykle zachwyca, a dodatkowo postanowiło się rozpogodzić i burzowe chmury zostały gdzieś za nami. Szkoda, że jedna, pod postacią kiepskiego nastroju, postanowiła zostać z nami jeszcze przez pewien czas.

Porto Palermo

W oliwnym gaju – Lukova

Zbliża się wieczór, więc powoli zaczynamy rozglądać się za noclegiem. Początkowo szukamy szczęścia na plaży Bunec, jednak panujący tam rozgardiasz dość skutecznie nas odstrasza. Gdy stamtąd wracamy, podjeżdża do nas para na skuterze. Gdy się z nami zrównują, zadają jedno z głupszych pytań: “Hej, jesteście z Polski?” Ponieważ oboje jesteśmy wściekli – Marek na mnie, ja na przetwornicę, rzucamy coś w stylu “Nie z Holandii!” i odjeżdżamy. Nie, nie byliśmy mili, ale nie mieliśmy ochoty na rozmowy z kimś, kto widzi auto na polskich blachach i pyta się, czy jesteśmy z Polski. Paro na skuterze, jeśli to czytasz, to przepraszamy, ale trafiliście na nasz zły dzień. Z Bunec udaliśmy się do plaży Lukova. Powitał nas tam zachód słońca oraz widok wracających z plażowego wypoczynku turystów. My znajdujemy dla siebie idealne miejsce na nocleg – niewielki gaj oliwny, tuż nad brzegiem morza. Oprócz nas obozuje tam rodzina z Niemiec oraz rodzina z Polski. Ci drudzy wykazali się szczytem buractwa (przepraszam za określenie), ale wyrzucali śmieci do rzeki. Dodam, że byli camperem, więc mieli miejsce, by je spakować i wywieźć do kubła. Błagam Was rodacy – dawajcie dobry przykład Albańczykom, a nie papugujcie ich złe nawyki. Jak można zaśmiecać tak piękny kraj??? W rudej głowie mi się to nie mieści!

Lukova

Lukova

Płatny dziki nocleg

Poranek w Lukova budzi nas piękną pogodą i upałem. Marek najpierw idzie pływać, później lata dronem. W międzyczasie, ku naszemu ogromnemu zdziwieniu, pojawia się teoretyczny właściciel oliwnego gaju i żąda od nas opłaty w wysokości 5 €. Oczywiście nie jest tu wygórowana kwota, ale ciężko nam było sprawdzić, czy do gościa teren rzeczywiście należy, czy też jest sprytnym wyłudzaczem. Ostatecznie mu płacimy, ale kolejny raz nasze nastroje poddawane są niezbyt miłej próbie. Wracając do samej plaży – jej część obok gaju oliwnego jest bardziej dzika, natomiast na południowym fragmencie znaleźć można liczne małe beach bary. To przyjemna i malownicza okolica na relaks. I nawet dziki nocleg byłby udany, gdyby nie to, że musieliśmy za niego zapłacić.

Lukova

Lukova
Filmowy deser

Na koniec jak zwykle filmowe podsumowanie, które lepiej pozwoli przyjrzeć się opisanym we wpisie miejscom. Z lotu drona wyglądają one jeszcze ciekawiej!

Zapisz

Zapisz

TAGI
Powiązane wpisy