Albania Bałkany 2016 Summer Trip

W Sarandzie i Ksamilu modnie jest bywać

-
5 grudnia 2016

Większość osób odwiedzających Albanię na pewno słyszało o Sarandzie i Ksamilu. Oba kurorty cieszą się ogromną popularnością, w szczególności wśród nas – Polaków. W sezonie, czyli lipcu i sierpniu, polski słyszy się tam częściej niż albański, czy jakiekolwiek inne języki. Jest tłoczno, gwarno, drogo, nieco tandetnie. Ale coś wciąż przyciąga tam turystów. Co? Postanowiliśmy sprawdzić po prawie dwóch latach od ostatniej w nich wizycie.

Zatoka Kakomes tylko dla wybranych

Zanim dotrzemy z plaży Lukova na samo południe Albanii, postanawiamy zatrzymać się w miejscu, które wiele przewodników opisuje jako wyjątkowo piękne i urokliwe. Zatoka i plaża Kakomes znajdują się w niedużej odległości od Sarandy, więc mogliśmy bez zbędnego nadrabiania drogi do nich zajrzeć. Kilka kilometrów za Nivicë należy odbić w prawo, w dość wąską, asfaltową drogę, która wije się po niewielkim zboczu. Po chwili odsłania się widok na zatokę oraz na zamkniętą bramę, która blokuje możliwość dojechania do samej plaży. Na przylegającym do bramy ogrodzeniu widnieje spory napis Kakomes Resort oraz private. Całości pilnuje strażnik. Za ogrodzeniem rozciąga się pusty, niezagospodarowany teren, który zwieńczony jest plażą i szmaragdowym morzem.  Szybko okazuje się, że strażnik bez problemu na teren wpuszcza Albańczyków, natomiast Greków, którzy pojawili się w tych okolicach zaraz po nas, przegania. Później dowiadujemy się, że obcokrajowcy muszą uiścić opłatę w wysokości 1000 leków (ponad 30 zł!), by dotrzeć do samej zatoki. Dochodzimy do wniosku, że satysfakcjonuje nas widok z dystansu i żegnamy się z tym miejscem.

Kakomes

Kakomes

Noclegowe zawirowania w Sarandzie

Saranda w szczycie sezonu nie jest może najbardziej przyjaznym miejscem na świecie. Wąskie, w większości jednokierunkowe uliczki strasznie się korkują, a stanie w upale, zaduchu i smrodzie spalin nie należy do przyjemności. Dodatkowo jesteśmy strasznie sfrustrowani. Usiłujemy znaleźć nocleg, którego cena będzie dla nas przystępna, czyli w okolicach 20-25 €. Niestety po zajrzeniu do kilku hoteli dochodzimy do wniosku, że chyba nie stać nas na pobyt w Sarandzie. W akcie desperacji opuszczamy centrum i jedziemy do polecanego nam przez rodziców Marka hotelu Mucobega, znajdującego się przy niewielkiej zatoce oraz obok cmentarza, w północnej części miasta. Sam ośrodek i jego okolice robią na nas bardzo dobre wrażenie. Jego obsługa stara się nam pomóc, jednak okazuje się, że w sezonie pokój kosztuje 50-60 € (rodzice Marka płacili coś koło 20 €, fakt poza sezonem i przy tygodniowym pobycie). Jest to dla nas zawrotna kwota, więc dziękujemy za okazaną nam życzliwość i wracamy do Sarandy i kierujemy się do Ksamilu, by tam poszukać szczęścia.

A w Ksamilu człowiek na człowieku

Marek początkowo upierał się, abyśmy znaleźli nocleg w jakimś pensjonacie. Przekonuję go jednak, że z naszymi funduszami możemy pozwolić sobie jedynie na camping. Wiedzieliśmy, że w Ksamilu są przynajmniej dwa, ale w międzyczasie powstał jeszcze trzeci, z dużo lepszą lokalizacją, bo bliżej morza, a nie wśród domów. Camping Sunset nastawiony jest głównie na użytkowników camperów, ale posiada też niewielki teren dla osób obozujących pod namiotami. Warunki nie są może idealne, ale za to w cenie 5 EUR od osoby mamy dostęp do prądu i jest się gdzie umyć. Na terenie campingu funkcjonuje również restauracja, a na plażę są dosłownie dwa kroki. Po rozbiciu obozowiska idziemy na krótki spacer po Ksamilu. Plaże są tak zatłoczone, że absolutnie nie ma się gdzie wcisnąć. Smród śmieci miesza się z zapachem smażonych ryb i owoców morza. Oboje jesteśmy trochę wściekli (trochę – słowo klucz). Marek chciał w spokoju popływać, a ja mam okres, boli mnie brzuch, głowa i marzę o cieniu i chwili spokoju. Ostatecznie, zrezygnowani wracamy na camping nędznie wyglądającą promenadą ciągnącą się wzdłuż nabrzeża.

Ksamil

Ksamil promenada

Pema e Thate ratuje sytuację

Saranda i Ksamil nas zmęczyły. Miał być wakacyjny luz, były nerwy. Nie dość, że auto mieliśmy nie do końca sprawne po tym, jak spaliliśmy bezpiecznik od radia i zapalniczki, to jeszcze przez pół dnia szukaliśmy najpierw noclegu, a później miejsca na plaży. Postanawiamy jednak uratować sytuację i pojechać do miejsca, w którym pokładaliśmy nadzieję na poprawę nastroju. Pema e Thate to plaża znajdująca się na zachód od Ksamilu, z której rozciąga się rozległy widok na Korfu. Po wyjechaniu z miasteczka należy pokonać gruntową, lecz dość równą drogę. Następnie przejeżdża się przez bramę, za którą zaczynają się poszukiwania dobrego miejsca parkingowego. Wzdłuż drogi wiodącej do głównego parkingu panuje spory ścisk i tłok, gdyż w szczycie sezonu panuje tu naprawdę spory ruch. Udaje nam się znaleźć idealne dla Kianki miejsce, w cieniu niewysokich drzew. Po zejściu na plażę dość szybko natrafiamy na wolne leżaki, za które o tej porze nikt nie pobiera od nas opłaty. Marek znika na półtorej godziny w morzu, a ja siedzę z książką i na zmianę czytam i podziwiam widoki. Choć jest dość tłoczno, to ten tłok mi absolutnie nie przeszkadza. Może jest tak dlatego, że głównie słychać tu albański, a nie polski. Po Ksamilu to miła odmiana.

Korfu

Pema e Thate

Pema e Thate

Pema e Thate

Ksamil by night

Pema e Thate opuszczamy mniej więcej o zachodzie słońca. Złociste światło rozświetla naszą drogę powrotną do miasteczka. Zanim dotrzemy na camping, zaglądamy jeszcze na nasz dziki półwysep, na którym nocowaliśmy dwa lata wcześniej. Odkrywamy, że wciąż jest niezagospodarowany i parę osób na nim obozuje. Gdyby nie to, że potrzebujemy dostępu do prądu, pewnie też byśmy się na nim znaleźli. Po dotarciu na camping szybko się odświeżamy i wyruszamy do Ksamilu na obiad. Oboje jesteśmy już dość głodni i marzy nam się smaczna kolacja. Udajemy się do dość obleganej pizzeri Deti-Jon w centrum miasta. Jest gwarno, a z telewizyjnych głośników leci EskaTV. Niestety osoby chcące odpocząć od Polski i Polaków nie mają na to zbyt dużych szans w Ksamilu, gdyż wciąż jest to “Najbardziej polskie miasto w Albanii“. Nasz posiłek jest smaczny, choć pizza 4 sery, nie umywa się do tej, którą jedliśmy w Jalë. Po kolacji idziemy na spacer. W mieście trwa kilka dyskotek, których dudnienie niesie się po zatoce, aczkolwiek największy tłum widzimy przy niewielkim parku rozrywki, gdzie głównie młodzi Albańczycy rozbijają się samochodzikami. Wybierając się na nocny spacer popełniliśmy mały błąd taktyczny – nie wzięliśmy ze sobą latarki, w efekcie powrót rozpadającą się promenadą na camping był sporym wyzwaniem. A dlaczego? Bo żadna latarnia tam nie działa, a większość z nich po prostu leży na ziemi.

Ksamil

Ksamil

Ksamil

O Ksamilu z lotu drona

Poranek wita nas piękną, dość upalną pogodą. Przed śniadaniem i zwinięciem obozowiska idziemy znaną nam już dobrze promenadą w stronę Ksamilu, by uchwycić kilka ujęć z drona. Powiem szczerze, że o ile wcześniej doceniałam możliwość spojrzenia na wiele miejsc z góry, o tyle dopiero w tym albańskim kurorcie nie mogłam wyjść z podziwu, jak niesamowicie wygląda z lotu ptaka. Ksamil tworzy fantazyjne wzory, które w połączeniu z wysepkami i kolorem morskiej wody robią wrażenie jakiejś nierealnej krainy. I choć w sezonie samo miasto może zmęczyć, o tyle po nabraniu dystansu naprawdę może zachwycić. My jednak raczej w lipcu i sierpniu już tam nie wrócimy, bo nie jest dla nas żadną przyjemnością siedzenie w tłumie i niestety brudzie, którzy robią sami turyści nie bardzo mający ochotę po sobie sprzątać, czego również nie robią same służby miejskie.

Ksamil

Ksamil

Ksamil

Plaża Pulebardha

Opuszczamy Ksamil, jednak jeszcze nie żegnamy się z wybrzeżem. Postanawiamy odwiedzić jedną z trzech plaż, które położone są między Ksamilem a Sarandą. Nasz wybór pada na Pulebardhę, do której prowadzi bita droga wiodąca przez niewielkie wzniesienie. Po chwili zaczyna się zjazd w stronę plaży, nad którą znajduje się szybko zapełniający się w sezonie parking a także całkiem przyjemne knajpki. Marek idzie pływać, ja zasiadam w jednym z lokali, by przygotować dla Was wpis z wybrzeża. Traf chce, że akurat nie działa tam wifi i choć przemiły kelner stara mi się pomóc, to jednak jak internetu nie było, tak nie ma. Ponieważ nasz albański internet również nie działa, wyruszam na poszukiwania zasięgu. Znajduję go na parkingu, siedząc na kamieniu usiłuję wrzucić zdjęcia i dokończyć tekst. W międzyczasie pojawia się pan kelner i pyta się mnie czy jestem tu sama i czy nie poszłabym z nim na randkę. Szybko mu tłumaczę, że przyjechałam z mężem, który porzucił mnie na rzecz plaży i morza. Wyraz zawodu na twarzy kelnera mocno mnie rozczulił. Gdy Marek wraca, opuszczamy plażę by odwiedzić jeszcze jedno miejsce na wybrzeżu. Zanim jednak dotrzemy, na drodze wyjazdowej z Pulebardhy spotykamy naszych rodaków. Zatrzymują się koło nas, po czym pada stwierdzenie: “O rany! To wy z internetu! Poznaliśmy Was po samochodzie. Jeździmy po Albanii z Waszymi wydrukowanymi wpisami. To dzięki Wam się odważyliśmy tu przyjechać. Generalnie też nocujemy w aucie, ale teraz potrzebujemy nieco bardziej cywilizowanego noclegu, dlatego udajemy się później do Ksamilu.” To się nazywa spontaniczne spotkanie! I jeśli kiedyś miałam wątpliwości, czy nasz blog ma sens, to w tej jednej chwili ulotniły się w szybkim tempie!

Pulebardha

Pulebardha

Pulebardha

Plaża Manastirit i monaster Shën Gjergjit

Zanim zaczniemy kierować się w stronę Macedonii, zaglądamy do monasteru Shën Gjergjit, który znajduje się na niewielkim wzniesieniu, które oddziela Morze Jońskie od Jeziora Butrint. Nieco poniżej znajduje się urocza i dość oblegana plaża Manastirit. Na nią już nie schodzimy, natomiast wspinamy się na wzgórze. Co ciekawe sam monaster wygląda na wyremontowany, jednak żywego ducha tam nie spotykamy, a jego teren jest zamknięty. Marek wypuszcza drona, by złapać ostatnie nadmorskie ujęcia. Widoki są cudne i znów dziwimy się, że dotarliśmy tu dopiero teraz. A co ciekawe ,obok plaży Manastirit, w niewielkiej, skalistej zatoczce nocowaliśmy na dziko w kwietniu 2012 roku. Oto kolejny dowód na to, że nawet jeżdżąc do jakiegoś kraju od 4 lat, nie da się zobaczyć wszystkiego.

Manastirit

Manastirit

Manastirit

Manastirit

Południowe wybrzeże coraz modniejsze

I tak oto kończy się nasza przygoda z albańskim wybrzeżem. Żegnamy się z nim z jednej strony z pewną ulgą, z drugiej zaś z pewnym smutkiem. Ulga wynikała z kilku kwestii. Przede wszystkim szczyt sezonu nie jest najlepszym czasem na pobyt na południowym wybrzeżu Albanii. Jest za dużo ludzi, ceny są mocno wywindowane, panuje dużo większy bałagan, jest też za dużo Polaków (w szczególności w Ksamilu i Sarandzie). Nieco przyjemniejsza atmosfera panuje na północy kraju, gdzie jednak nad morzem wypoczywa znacznie więcej Albańczyków. Niestety nie mogliśmy tu wrócić w innym terminie, więc tylko utwierdziliśmy się w przekonaniu, że do dwóch, najpopularniejszych kurortów nie zajrzymy więcej w lipcu i sierpniu. Na szczęście na Albańskiej Riwierze jest kilka przyjemnych i mniej obleganych miejsc, które są godne uwagi (np. Jalë i Himarë) i w których moglibyśmy spędzić więcej czasu. Jeśli chodzi o smutek, to pożegnanie z wybrzeżem wiązało się dla nas również pożegnaniem z Albanią. Bo choć czasami kraj ten nas irytuje, to jednak mamy do niego ogromny sentyment i lubimy w nim przebywać. Moda na Albanię robi się coraz większa, a południowe wybrzeże jest coraz mocniej oblegane. Trend ten na pewno będzie się nasilał po tym, jak państwo to znalazło się w pierwszej dziesiątce miejsc wybieranych przez klientów biur podróży. W Sarandzie i Ksamilu dużo się dzieje, dużo inwestuje (nie zawsze z głową) i na pewno oba kurorty są od paru lat miejscami modnymi. I zapewne utrzymają ten status jeszcze przez długie lata, zanim inne kurorty nie zaczną się z nimi ścigać.

Ksamil na filmowo

Spojrzenie na Ksamil z lotu ptaka nieco zmieniło nasze podejście do tego miasteczka. Teraz chyba jesteśmy w stanie zrozumieć, dlaczego tak wiele osób do niego zagląda. Rzeczywiście jest urokliwe. Ale najpiękniejsze miejsca znajdziecie w pobliżu Ksamilu i mamy nadzieję, że nasz film zachęci Was do eksploracji 🙂

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

TAGI
Powiązane wpisy