Bulgaria
Bułgaria

10 lat z Bałkanami. Bułgaria

on
16 sierpnia 2020

Większość osób zaczyna swoją przygodę z Bałkanami od Chorwacji lub Czarnogóry. Przede wszystkim na wybrzeżu, które w obu krajach jest piękne. Ja jednak swoją przygodę z Bałkanami zaczęłam od Bułgarii, która zresztą też kojarzona jest z plażami oraz takimi kurortami, jak Słoneczny Brzeg czy Złote Piaski. Ale i w tym przypadku byłam nieco przekorna, bo ja na bułgarskie wybrzeże trafiłam dopiero 5 lat po pierwszym wyjeździe na Bałkany. W 2010 roku wraz z moim przyjacielem Tomaszem poznawaliśmy Bułgarię od strony gór. A dokładniej dwóch pasm – Pirynu i Riły. I to historie z tamtejszych szlaków dziś przytoczę.

Na dzień dobry – Melnik

Po długiej, autokarowej podróży z Polski, przez Czechy, Austrię, Węgry i Serbię trafiliśmy z Tomaszem do Sofii. Było wrześniowe popołudnie. Na dworcu autobusowym panował spory ruch. Niespiesznie udaliśmy się do informacji, by dopytać, o której mamy autobus do Melnika, skąd mieliśmy wyruszać na szlaki gór Piryn. Autobus odjeżdża za 10 min. Nie mamy więc czasu na odpoczynek i rzucamy się pędem w stronę stanowiska nr 30. Po trzech godzinach jazdy docieramy do Melnika. Na obiad wjeżdża micha szopskiej sałaty i piwo Zagorka. Po 19 ruszamy do Rożeńskiego Monasteru, przy którym planowaliśmy nocleg. Maszerujemy wśród fantazyjnych form z piaskowca, które otaczają Melnik i Rożen. Mimo powoli zapadającego zmroku panuje tam naprawdę nieznośny zaduch. Na szczęście droga mija nam szybko. Namiot stawiamy poniżej monasteru, na polanie obok białej cerkiewki. Na kolację, a zasadniczo deser pałaszujemy miód z orzechami zakupiony przed opuszczeniem Melnika i zapijamy go… herbatą z wiśniówką.

Tu mała dygresja na temat wiśniówki. Alkohol ten kojarzy mi się przede wszystkim z górami i… Tomaszem. Poznaliśmy się podczas sylwestra 2009/10 w schronisku w Pięciu Stawach. Ja byłam tam z dwójką znajomych, on z kumpelą. 31 grudnia wybraliśmy się ze znajomymi na Zawrat. Ale z racji sporego opadu i nieprzetartych szlaków wylądowaliśmy na… Koziej Przełęczy. Na Zawrat ostatecznie też dotarliśmy, ale po małym skorygowaniu tego, gdzie jesteśmy. Po powrocie do schroniska akurat usiedliśmy obok Tomasza i jego znajomej. Nasza rozmowa zaczęła się od tego: “Ej, widziałem dziś ekipę, co szła chyba na Zawrat, ale coś się zamotali i wleźli na Kozią.” Tak, Tomasz, to byliśmy my. 😉 W każdym razie od tej jednej rozmowy zaczęła się nasza przyjaźń. Później była szalona impreza sylwestrowa, w trakcie której pijany gość maszerujący, a raczej zataczający się w ciężkich buciorach, nadepnął mi na stopę. Niestety idealnie na mały palec, który mi… złamał. O tym, że jest/był złamany dowiedziałam się dwa tygodnie później, jak w końcu zawlokłam się do lekarza. Wtedy jedynie wiedziałam, że noga mnie potwornie boli i nie miałam pojęcia, jak zejdę do Palenicy.1 stycznia cały dzień przeleżałam w śpiworze, podczas gdy reszta ekipy hasała po górach. Wieczorem odkupiliśmy od innych, schroniskowych gości butelkę wiśniówki. Gdy ją obaliliśmy okazało się, że w magiczny sposób noga przestała mnie boleć. Następnego dnia również było wszystko w porządku. Dlatego później przyjęło się wśród nas, że wiśniówka leczy wszystko, nawet złamania. Stąd zabraliśmy ją również na Bałkany.

23 urodziny = najlepsze urodziny

Nasz drugi dzień w Bułgarii przypadał 3 września, kiedy to obchodzę urodziny. Wtedy akurat kończyłam 23 lata. Rano powitał mnie sms od mojej przyjaciółki, która oprócz tego, że przesyłała mi życzenia, poinformowała mnie, że właśnie się zaręczyła. Był to pierwszy, cudowny prezent tego dnia. Po zwinięciu obozowiska wyruszyliśmy w stronę schroniska Piryn. Podczas wędrówki dochodzę do wniosku, że chyba nie czuję się najlepiej. Ciężko mi się oddycha, z każdy krok to swoista męczarnia. Po chwili orientuję się, że z nosa leje mi się krew. Tomasz, zamiast ojojać biedną rudą, zaczął na mnie krzyczeć, że tak to jest, jak się imprezuje przez sporą część roku, że o siebie nie dbam itd. Fakt, w 2010 roku, oprócz tego, że dużo chodziłam po górach, to też dużo imprezowałam. Woodstock, wesele z ekipą z Woodstocku, mnóstwo koncertów itp. Moja wątroba nie była zachwycona, podobnie jak i ogólna wydolność. Po napojeniu mnie wodą z multiwitaminą i wapnem oraz zrobieniu okładów z mokrej chusteczki, powoli dochodzę do siebie. I do schroniska Piryn docieram o własnych siłach. A tam czeka na mnie świętowanie. Tomasz wyciąga wino, kieliszki, jest też batonik musli robiący za tort oraz świeczka. Szczerze mówiąc, nigdy wcześniej i nigdy później nie miałam tak udanych urodzin!

Małe stożki usypiskowe

Hasłem całej, naszej miesięcznej podróży stały się małe stożki usypiskowe. Do tej pory, jak sobie o nich myślę, to czuję lekkie poddenerwowanie. Ale zacznijmy od tego, że przed wyjazdem zaopatrzyłam się w przewodnik po Rile i Pirynie wydany przez jedno z polskich wydawnictw. Poręczny format, niewiele ważył i obejmował szlaki, które chcieliśmy pokonać. Ze schroniska Piryn chcieliśmy dojść do schroniska Wichren. Ogólnie – bardzo ciekawa trasa. O ile nie traficie na lekkie załamanie pogody. Owszem, rano było pochmurno i przez chwilę nawet nie padało. Później niestety zaczęło. Po dotarciu do schroniska Tewno Ezero jesteśmy już z lekka przemoczeni, a nasze morale nie są najlepsze. Jednak po spędzeniu kilku minut w ciepłym wnętrzu i wypiciu herbaty dopada nas błogie lenistwo. Najchętniej zostalibyśmy tam na nocleg. Jednak budzi się w nas obowiązkowość i ruszamy do schroniska Wichren. W końcu nasz przewodnik twierdził, że szlak na tym odcinku jest łatwy, miły i przyjemny. Trzeba tylko pokonać małe stożki usypiskowe. Przed opuszczeniem schroniska jeden z turystów ostrzega nas, że musimy uważać na śliskie kamienie. Początkowo nie jest jednak tak źle. Owszem, leje, ale szlak poprowadzony jest przyjemnie. Do czasu. Najpierw szlak doprowadza nas do stromej grani. Idziemy powoli, by nie zaliczyć upadku na śliskich kamieniach. Kiedy myślimy, że już gorzej być nie może, wtedy szlak doprowadza nas do rumowiska skalnego. I nie, nie był to mały stożek usypiskowy. Tylko stóg! Oboje jesteśmy przemoczeni do suchej nitki. A rumowisko nie pozwala na szybki marsz. W szczególności, że część kamieni jest wielkości fiatów 126p. Ja odkrywam, że jednak wędrówka na czworaka, jest w moim przypadku jedynym sensownym rozwiązaniem. Przeklinam każdy, kolejny głaz, który muszę pokonać. Kiedy rumowisko się kończy, a my oddychamy z ulgą okazuje się, że szlak ma dla nas kolejną atrakcję. Ścieżka bowiem wprowadziła nas pomiędzy kosodrzewiny. Karłowate sosny dodatkowo fundują nam prysznic, a my potykamy się o ich korzenie i co chwilę wpadamy w kałuże. Zmęczeni i wściekli docieramy do schroniska. Tam nasze morale rosną, bo mamy wizję ciepłego wnętrza, wysuszenia rzeczy itd. I na szczęście faktycznie tak było.

Zalany deszczem krajobraz, zalany deszczem aparat

Bułgaria

Spotkanie na grani Pirynu

Najważniejszym momentem wędrówki przez Piryn był niewątpliwie nasz trzeci nocleg w tych górach, w schronie Konczeto, postawionym na głównej grani tych gór. Polecam ten szlak wszystkim, którzy nie mają lęku wysokości i przestrzeni. Ale wrażenia wizualne, jakie tam na Was czekają, są po prostu bajkowe. Schron Konczeto (2760 m n.p.m.) wygląda z daleka jak przerośnięty toi-toi. W środku są piętrowe prycze, trochę zapasów (świece, butle z gazem, zapałki, mała apteczka itd.) i pamiątkowe księgi. Szybko udaje nam się tam zadomowić. W pewnym momencie, gdy wychodzę na zewnątrz, prawie wpadam na dwójkę Bułgarów, którzy właśnie zamierzali otworzyć drzwi schronu. Dołączają do nas i wspólnie przygotowujemy kolację. Pijemy też grappę, a następnie wspólnie fotografujemy zachód słońca nad Pirynem. Wieczorem dyskutujemy na temat gór i rozmowa w pewnym momencie schodzi na temat Czarnogóry. Wiecie, byłem tam ostatnio. Na pograniczu z Albanią, w górach Prokletije. Niesamowite miejsce. Nocowaliśmy ze znajomymi przy restauracji w Dolinie Grebaje. Bułgar pokazuje zdjęcia stamtąd, a nam oczy robią się jak pięciozłotówki. Im dłużej opowiada nam o tym miejscu i kraju, tym bardziej oboje zaczynamy marzyć o tym, by się tam przenieść.

Na grani Pirynu

Bułgaria

Schron Konczeto

Bulgaria

Bułgaria

Suszone morele

Po skończonym trekkingu w górach Piryn przenieśliśmy się do Riły. A dokładniej do Rilskiego Monasteru, w którym zaczynaliśmy trekking. Musimy przyznać, że nie do końca to przemyśleliśmy. Bo czeka nas pokonanie 1100 m przewyższenia. I to na dodatek po trawiastym, cholernie stromym zboczu. Widoki są ładne i ogólnie jest przyjemnie. Ale ewidentnie tylko my tamtędy podchodzimy, a większość osób schodzi. W trakcie wędrówki posilamy się prowiantem zakupionym w cywilizacji. Tomasz wyciąga duże opakowanie suszonych moreli. Faktycznie, były smaczne. Ale Tomasz nie przewidział tylko jednego. Że duża ilość moreli działa przeczyszczająco. W efekcie, po dotarciu na grań, Tomasz to pojawia się, to znika. Ale żeby nie było, że tylko on zaliczył wtedy żywieniową wtopę. Ja dla odmiany nawpieprzałam się orzeszków ziemnych, z którymi mój żołądek nie do końca się lubi. Kiedy Tomasza przeczyszcza, mnie boli brzuch i również nie jestem zbyt szczęśliwa.

Tomasza ulubiona grań Riły

Bułgaria

Dramat z butami

W Rile nasila się problem z moimi butami. Skórzane Meindle, po tym, jak przemokły podczas wędrówki w Pirynie, dość mocno się odkształciły. Efekt? Mam obtarte obie nogi i to do żywego mięsa. Po dwóch dniach zaczyna nam brakować plastrów i bandaży. Najgorsze jest to, że bez względu na to, jak dobrze opatrzymy moje nogi, to po kilku minutach buty rozwalają misternie skonstruowany opatrunek. Zaczynamy żebrać o bandaże u napotkanych po drodze turystów. Ostatecznie, siedząc na jednym ze szczytów Riły, ściągam buty i zaczynam na nie wrzeszczeć. Jak tylko wrócę do Polski, to was wyrzucę. Jesteście beznadziejne. Tomasz nie komentuje, tylko pozwala mi się wyżyć. Co ciekawe, jak założyłam z powrotem buty, to okazało się, że przestały obcierać. A co jeszcze ciekawsze, chodziłam w nich później jeszcze przez dwa lata. Czyżby straszenie pomogło?

Ruda i Riła

Bulgaria

Musała na dwa razy

Najwyższym szczytem Bałkanów, jak i całej Bułgarii, jest Musała. Wznosi się na wysokość 2925 m n.p.m. i znajduje się właśnie w paśmie gór Riła. No cóż, zdobywaliśmy ją na raty. Pierwszego dnia, którego planowaliśmy wejść na Musałę, złapała nas potężna burza. Na tyle nagła i zwariowana, że dosłownie ubraliśmy się w namiot i rzuciliśmy w kosodrzewinę. Drugą próbę podjęliśmy następnego dnia. Musała była dla nas łaskawa i bez większych problemów stanęliśmy na jej wierzchołku. Muszę przyznać, że przez chwilę robiłam za małą atrakcję turystyczną. Głównie dlatego, że spotkałam tam rudego kota, które natychmiast porwałam w ramiona i zaczęłam przytulać. Dla części osób było to ciekawe zjawisko. 😉

Szczęśliwi zdobywcy Musały

Bułgaria

Bułgaria

Krakowiacy bez górali

Podczas naszych trekkingów w górach Piryn i Riła cały czas spotykaliśmy liczną grupę turystów z Krakowa, którym przewodził bardzo charakterystyczny przewodnik. Niezbyt wysoki, opalony, w rozpiętej koszuli odsłaniającej gołą klatę. Pierwszy raz trafiliśmy na nich podczas podejścia w stronę szczytu Wichren. Następnie na szlaku do schronu Kobilno Braniszte w Rile. Aż w końcu… spotkaliśmy ich na Musale. Jednak krakowiacy odegrali ważną rolę po tym, jak zeszliśmy z Musały, a następnie zjechaliśmy koleją gondolową do Borowca. Usiłowaliśmy tam znaleźć nocleg, ale jakoś średnio nam to szło. Plącząc się po ulicach miasta, wpadliśmy na kilka osób z krakowskiej ekipy. Od słowa do słowa, zaproponowali, żebyśmy udali się do ich hotelu. Koniec końców nocujemy na… siłowni.

Bułgaria – pożegnanie

W Bułgarii mieliśmy być miesiąc. Ale po przejściu Pirynu i Riły doszliśmy do wniosku, że chcemy jechać do Czarnogóry. Zdjęcie pokazane nam przez Bułgara w schronie Konczeto rozpaliły w nas ogromne oczekiwania. Chcieliśmy sprawdzić, czy rzeczywiście jest tam tak pięknie. Niewiele myśląc, z Borowca pojechaliśmy do Sofii, tam szybko kupiliśmy bilety do Podgoricy i wyruszyliśmy jeszcze dalej na południe. Ale o czarnogórskich przygodach opowiem Wam w odrębnym wpisie.

Bułgaria

TAGI
POWIĄZANE POSTY