Styczeń we Włoszech – Dolomity trekkingowo i narciarsko

Po wyjątkowo udanym sylwestrze w Słowenii, przenieśliśmy się do Włoch. Początkowo chcieliśmy zatrzymać się w Dolomitach. Niestety ceny noclegów w noworocznym terminie zdecydowanie nas przytłoczyły. Ale już Jezioro Garda i jego okolice okazały się bardziej przystępne cenowo. Dlatego to tam postanowiliśmy spędzić resztę naszego wyjazdu. Jednak Dolomitom nie odpuściliśmy i je też odwiedziliśmy – w drodze nad jezioro i później w podczas powrotu do Polski!

Dolomity – road trip i trekkingi

Była to nasza druga wizyta w Dolomitach w przeciągu pół roku. Po raz pierwszy odwiedziliśmy je pod koniec lipca 2025, w trakcie naszego miesięcznego Euro Tripu. Problem polegał jednak na tym, że latem pogoda była tam wyjątkowo kapryśna. W efekcie… mało tych Dolomitów widzieliśmy. A raczej gwoli ścisłości – ja ich mało widziałam. Z powodu pracy byłam uziemiona w miejscu naszego noclegu, czyli w okolicach jeziora Carezza. Przez 2 dni wisiała tam chmura, przynosząca bardzo obfite opady deszczu i burze. Marek w tym czasie odwiedzał okoliczne bike parki i mógł cieszyć się zdecydowanie lepszymi warunkami. Dopiero trzeciego dnia udało mi się zobaczyć Dolomity i docenić ich piękno. I choć byłam trochę na te góry obrażona, to i tak chciałam w nie wrócić.

Próba dotarcia pod Tre Cime di Lavaredo

Z Jesenic w Słowenii przejechaliśmy przez Austrię do Włoch. Do pierwszego, obranego przez nas celu, czyli Lago d’Antorno mieliśmy jakieś 3 godziny drogi. Generalnie chcieliśmy dotrzeć do jednego z punktów widokowych, z których podziwiać można słynne Tre Cime di Lavaredo. Latem sprawa jest prostsza – autem można dojechać na parking usytuowany na wysokości 2300 m n.p.m. Fakt, postój na nim kosztuje zawrotną kwotę 40 €. I co istotne, trzeba dokonać wcześniejszej rezerwacji przez stronę internetową. Zimą natomiast, nie ma możliwości dojazdu do niego. Auto można zostawić przy wspomnianym Lago d’Antorno. Niestety, ponieważ przyjechaliśmy w ten zakątek Dolomitów przed godziną 12, to… policja zablokowała dojazd do jeziora i kierowała na niżej położone parkingi, przy Lago di Misurina. Jakimś cudem udało nam się tam znaleźć miejsce dla naszej Astry i na piechotę udaliśmy się ku Tre Cime. Niestety w trakcie zaczęłam się fatalnie czuć. I przy Lago d’Antorno, skąd już można złapać pierwsze widoki na Tre Cime, zawróciliśmy do auta.

dolomity

Passo Giau

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wśród miejsc do zobaczenia mieliśmy też przełęcz jaką jest Passo Giau. Na początku stycznia w Dolomitach było bardzo mało śniegu. Dzięki temu wszystkie wysokogórskie przełęcze, na które wiodą asfaltowe szosy, były przejezdne i otwarte. Z okolic Tre Cime musieliśmy przejechać przez Cortinę d’Ampezzo, która wyglądała jak jeden, wielki plac budowy. A to wszystko za sprawą zbliżających się Zimowych Igrzysk Olimpijskich, których gospodarzem są Włosi. Za nią droga zaczyna się wspinać, pozwalając podziwiać coraz bardziej rozległe widoki, aż w końcu dociera na Passo Giau. Przełęcz znajduje się na ponad 2200 m n.p.m. Jest tam niewielki parking oraz mały, górski hotel. Jednak to widoki są tym, na co zwraca się uwagę od razu po przybyciu. Przede wszystkim niesamowity szczyt La Gusela (2595 m n.p.m.), który swym wyglądem przywodzi na myśl jakąś baśniową twierdzę.

passo giau
passo giau

Ponieważ dojechaliśmy tam późnym popołudniem, nie mieliśmy czasu na dłuższą wycieczkę. Chwilę pospacerowaliśmy u podnóża La Guseli, a następnie przenieśliśmy się na niewielkie zbocze po drugiej stronie drogi, z którego mieliśmy jeszcze bardziej rozległy widok na okolicę.

passo giau

Z Passo Giau przez Passo Pordoi i Passo Sella

Ponieważ tego samego dnia musieliśmy dojechać nad Jezioro Garda, nie mogliśmy spędzić więcej czasu na Passo Giau. Ale nie chcieliśmy też za szybko pożegnać się z Dolomitami. Dlatego postanowiliśmy przejechać jeszcze przez dwie przełęcze. Znaliśmy je z poprzedniej wizyty w tych górach i wiedzieliśmy, że zagwarantują nam epickie widoki Pierwszą z nich było Passo Pordoi. Aby dotrzeć na tę przełęcz musieliśmy przejechać przez Brentę i Arabbę.

Dolomity

Kiedy na nią podjeżdżaliśmy, skalne zbocza poniżej Piz Boe (szczyt mający 3125 m n.p.m., który zdobyliśmy w lipcu) wyglądały, jakby płonęły. A to wszystko dzięki zachodzącemu słońcu. Od razu na Spotify znalazłam piosenkę Czerwonych Gitar Płoną góry, płoną lasy. Idealnie pasowała do okoliczności. Na Passo Pordoi dotarliśmy chwilę po zachodzie. Złapaliśmy kilka mroźnych kadrów i ruszyliśmy dalej.

Dolomity

W zapadającym szybko zmroku zjechaliśmy do skrzyżowania z szosą SS242. To nią kontynuowaliśmy dalszą podróż ku Passo Sella. Przy okazji mogliśmy podziwiać wschód księżyca. Dodajmy, że zbliżała się pełnia. Księżyc prezentował się więc okazale. Na Passo Sella nawet nie wysiedliśmy. Było zimno, ciemno a nad Gardę daleko, więc musieliśmy kierować się ku autostradzie.

dolomity

Dolomity narciarsko (i trekkingowo też)

Choć opuściliśmy Dolomity, to tak do końca się z nimi nie rozstaliśmy. Przede wszystkim dlatego, że Marek postanowił dwukrotnie poszusować w tamtejszych ośrodkach narciarskich. A do nich znad jeziora Garda nie jest wbrew pozorom tak daleko. Do najbliższych – jakaś godzina/półtorej jazdy samochodem. Za drugim razem mu towarzyszyłam i miałam okazję zaliczyć całkiem przyjemny, lekki i widokowy trekking.

Ośrodek narciarski Madonna di Campiglio

To bez wątpienia jeden z bardziej znanych ośrodków narciarskich w tym regionie. Oferuje szeroką gamę tras: od łagodnych niebieskich nartostrad, po strome czarne trasy zjazdowe, na których rozgrywane są zawody Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim. Sama miejscowość jest niewielka i schowana w dosyć ciasnej dolinie, ale kompleks narciarski rozciągający się wokół łączy kilka różnych kurortów i miejscowości, takich jak Marileva, Folgarida, czy Pinzolo. Na wszystkie trasy obowiązuje 1 skipass, dzięki któremu można zdobyć w sumie ponad 10 różnych szczytów rozsianych wzdłuż długiej doliny. Łącznie do dyspozycji jest tu ponad 150 km przygotowanych tras. Na początku stycznia 2026, nawet na wysokości 2500 m n.p.m., śniegu nie było bardzo dużo. Ale dzięki mrozom prawie wszystkie trasy były dobrze dośnieżone i utrzymane.

Ja parkowałem w centralnym punkcie ośrodka, przy dolnej stacji kolei gondolowej, na przełęcz Groste. To właśnie przy niej są najwyżej położone stoki całego ośrodka, które dodatkowo oferują piękne widoki na szczyt Pietra Grande oraz inne niesamowite formacje skalne Dolomitów Brenta. Groste to zdecydowanie punkt obowiązkowy dla odwiedzających te okolice, zwłaszcza przy ładnej pogodzie. Z racji tego, że nie było warunków na zabawy poza stokiem, to wycieczkowo objechałem sobie większość stoków, również po drugiej, słonecznej stronie doliny i miejscowości Madonna di Campiglio. Zajrzałem też na trasy Marilevy i Folgaridy. Pomimo weekendu i wysokiego sezonu ruch rozkładał się równomiernie na tyle wyciągów, że nie było żadnych większych kolejek i jazda szła sprawnie. Całodniowy skipass w sylwestrowym sezonie kosztował mnie 85 EUR, więc nie mało. Ale bardzo miło wspominam tę wycieczkę. W sumie tego dnia przejechałem na nartach ponad 61 km, robiąc ponad 11 tys. metrów przewyższenia.

Ośrodek narciarski Paganella

Paganellę odwiedziłem latem, ale oczywiście na rowerze (wtedy działa tu rozbudowany bikepark) i z chęcią wróciłem tu z nartami zimą. Jest to ośrodek zdecydowanie mniejszy niż ten w Madonnie di Campiglio, ale nadal do dyspozycji jest tu ponad 50 km tras narciarskich. Zdecydowana większość z nich znajduje się na szczycie Cima Paganella. Wyciągi łączą tu kurort Andalo oraz okolicę miejscowości Fai della Paganella. Dodatkowo pojedyncze stoki znajdują się w miejscowości Molveno. Szczyt Cima Paganella liczy 2125 m n.p.m. i z jednej strony oferuje stoki o różnym nachyleniu, natomiast z drugiej jest to wysoki skalny klif, który schodzi prosto do głębokiej doliny. Dzięki temu oferuje piękne i rozległe widoki 360 stopni. Mogłem z innej strony spojrzeć na Dolomity Brenta. Co ważne, widać było w oddali jezioro Garda, nad którym byliśmy jeszcze tego samego ranka.

Trasy narciarskie Paganelli to w większości warianty niebieskie i czerwone, ale czarna trasa Olimpica też potrafi pokazać pazur. Pomimo niewielkiej pokrywy śniegowej dookoła, wszystkie trasy były dobrze dośnieżone i oferowały niezłe warunki. Jeśli ktoś np. dopiero się uczy, albo chce się skupić na szlifowaniu umiejętności i nie zależy mu na jak największej ilości kilometrów tras, to Paganella może być dobrą alternatywą dla sąsiedniej Madonny di Campiglio. Skipassy są tutaj też nieco tańsze. Całodzienny dla osoby dorosłej, w sezonie 2026, to koszt 73 EUR. Z racji że, my rano odwiedziliśmy jeszcze jedno miejsce, a potem musieliśmy dojechać do Austrii, to wziąłem karnet na 4 godziny i spędziłem dobry czas na stoku. Co prawda na sam koniec dopadła mnie „klątwa ostatniego zjazdu” i podczas drogi powrotnej do parkingu wyrwało mi wiązanie z narty. A to dodatkowo poskutkowało szukaniem jej pozostałości w odpływie melioracyjnym stoku… Tak czy inaczej Paganellę będę miło wspominał.

Trekking z Paganelli

W czasie kiedy Marek szusował po stokach ośrodka Paganella, ja postanowiłam udać się na trekking. Z racji tego, że auto mieliśmy zaparkowane na Passo Santel, mogłam wyruszyć na przyjemną wycieczkę wzdłuż skalnego klifu powyżej doliny rzeki Noce. Z Passo Santel musiałam zejść kilkadziesiąt metrów asfaltową szosą w stronę miejscowości Fai della Paganella. Następnie skręcić w prawo, w buczynowy las, gdzie zaczyna się jeden z wariantów szlaku. Początkowo maszerowałam pośród drzew, brodząc po kostki w liściach, aby po jakiś 40 min wyjść na klif. Choć dzień był pochmurny, to rozciągająca się stamtąd panorama robiła wrażenie. Wzdłuż klifu znaleźć można sporo punktów widokowych, są też ławeczki czy wiaty. Zdecydowałam się też zejść do Grotty della Madonnina, czyli niewielkiej jaskini z maryjną kapliczką. Później zeszłam do północnego krańca Fai della Paganella i najpierw przez miejscowość, a następnie przyjemnym trawersem ponad szosą wróciłam na przełęcz. W sumie wyszło mi ok. 11 km. Oczywiście przy lepszej pogodzie widoki byłyby jeszcze bardziej epickie. Co nie zmienia faktu, że i tak warto było się tam wybrać.

Dolomity

Styczniowe Dolomity – co warto wiedzieć

  • Zrealizowane przez nas wycieczki samochodowe i trekkingowe były możliwe przede wszystkim dlatego, że w Dolomitach było bardzo mało śniegu. Owszem, północne stoki ośnieżone. Ale już południowe zbocza wyglądały, jakby właśnie zbliżała się wiosna i trwały roztopy. Wszystkie wysokogórskie przełęcze były przejezdne, a drogi były czarne i suche.
  • Wyżej położone ośrodki narciarskie, które miały dodatkowo system sztucznego naśnieżania, oferowały dobre warunki do jazdy.
  • Okres sylwestrowo-noworoczny sprawia, że w tym zakątku Włoch jest jeszcze drożej niż zwykle. Tyczy się to zarówno cen noclegów, jak i karnetów na wyciągi. Nocleg warto jest więc znaleźć na obrzeżach Dolomitów lub w nieco większym oddaleniu.
  • W tym okresie turystów jest sporo, w szczególności w najpopularniejszych miejscowościach czy ośrodkach narciarskich. Pod kątem road tripu – nie mogliśmy narzekać. Ruch na drogach nie był duży. Do czasu. Gdy zjeżdżaliśmy z Passo Sella w stronę autostrady, nieopatrznie obraliśmy trasę przez Ortisei i… utknęliśmy w korku. Dodajmy, że całkiem długim. Była to pora powrotów ze stoku i to, co działo się na drodze, wołało o pomstę do nieba.
passo giau

Jeśli ten materiał był dla Was ciekawy i pomocny, to będzie nam niezwykle miło, jeśli postawicie nam wirtualną kawę. Mała rzecz, a wspiera działanie bloga!

buy coffee

Zobacz również

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.