Bałkany 2014 Macedonia Serbia

Bałkany 2014. Część 14 – droga do i z Skopje

-
16 lutego 2015

Historię naszego pobytu w Skopje znajdziecie we wpisie “Gdzie pomników jest więcej niż drzew. W Skopje.” Teraz przyszła pora na tę część relacji, która skupi się na tym, co nastąpiło przed i po naszym pobycie w macedońskiej stolicy.

22 sierpień 2014

Poranek na Campingu Elsani rozpoczynamy od lekkiego spięcia (dosłownie i w przenośni). Podczas krzątaniny związanej z pakowaniem auta Marek stwierdza, że bolą go plecy, więc koniecznie musi iść popływać. Porzuca mnie oraz Kiankę, która chwilę po jego zniknięciu postanowiła wyładować na mnie swoją frustrację poprzez włączenie alarmu. A wszystko dlatego, że chciałam ją przewietrzyć i otworzyć przednie szyby. Na moje oraz innych obozowiczów szczęście alarm wyłącza się wraz z wyciągnięciem kluczyków ze stacyjki. Mimo wszystko nie mam ochoty na kłótnie z Kianką i zostawiam ją w spokoju. Kiedy Marek w końcu wraca i decydujemy się wyruszyć do Skopje, auto znów wpada w zły nastrój, zaczyna wyć i ostatecznie postanawia pozbawić siebie i nas prądu. Po wyłączeniu alarmu z kluczyka oraz chwilowemu odłączeniu akumulatora wszystko wraca do normy. Niestety identyczna sytuacja powtarza się po tym, jak idziemy opłacić nasz pobyt na campingu. Dwójka sfrustrowanych ludzi i jeden sfrustrowany samochód to kiepskie połączenie. Marek postanawia ostatecznie całkowicie wyłączyć kiankowy alarm, żeby przypadkiem nie rozładował nam akumulatora.

Kiedy w końcu udaje nam się opuścić Elsani, kierujemy się do Ohrydy, głównie po to, by wypłacić pieniądze (tak jak wspominałam wcześniej, po tej stronie jeziora tylko w Ohrydzie można znaleźć bankomat) oraz wymienić część gotówki na serbskie dinary. Porzucamy Kiankę blisko centrum, a sami udajemy się spacerem najpierw wzdłuż nabrzeża, a później głównym deptakiem. Tam wypłacamy gotówkę oraz zaopatrujemy się w serbską kasę. Jednak najmilszym akcentem naszego pobytu w Ohrydzie były odwiedziny na bazarze. Szczerze mówiąc dla tych warzyw i owoców, zapachów, smaków i kolorów mogłabym tam zamieszkać. Dorodne papryki, soczyste winogrona, pachnące słodyczą melony, ogromne arbuzy – czego tam nie było? Jak o tym piszę, od razu robię się głodna. Takich bazarów brakuje mi przez większość roku w Polsce. Zresztą – nasze owoce i warzywa tak nie pachną, jak te bałkańskie.  Jednak czuć, że na Bałkanach mogą one dłużej dojrzewać na słońcu niż u nas i to przekłada się od razu na ich smak i zapach.

Podczas naszej krótkiej wizyty w Ohrydzie okazało się, że trwa festiwal chórów. Wypatrzyliśmy też ekipę z Polski.

Ohryda

Chyba najbardziej charakterystyczne miejsce w Ohrydzie

Ohryda

Najcudowniejszy bazar

bazar w Ohrydzie

Nad brzegiem jeziora

Jezioro Ohrydzkie

Około 11 opuszczamy Ohrydę i przez Mavrovo kierujemy się do Skopje. Nie polecamy tej drogi, w szczególności gdy trwa zwózka drewna i tą pełną zakrętów trasą suną powolne i obładowane pniami ciężarówki. Niestety choć liczyliśmy na widoki, to głównie oglądaliśmy las, który owszem był ładny, ale jednak nieco nudny. Już wiemy, że najbardziej widokowa trasa do Skopje to ta, wiodąca drogą E65 przez Kichevo.

Jakieś wyjątkowo zielone jeziorko w drodze przez Mavrovo

Macedonia

Za takimi ciężarówkami jechaliśmy znad jeziora Ohrydzkiego do Gostivaru

_DSC6392

Po parogodzinnym pobycie w Skopje wyruszamy w stronę Serbii. Gdy jedziemy autostradą do przejścia granicznego Tabanovce obserwujemy, jak na niebie raz po raz pojawiają się pioruny. Panuje też nieznośny zaduch, co generalnie również nie nastraja nas pozytywnie przed naszym namiotowym noclegiem w Serbii.

Kiedy docieramy na granicę, panuje tam ogólny chaos. Kolejka jest spora, a między autami kręci się spora grupa żebrzących dzieci i dorosłych. Część małolatów siedzi na wózkach inwalidzkich, lecz znacząca większość zbierających kasę ludzi wygląda na zadbanych i zdrowych. Siedząc i obserwując to, co dzieje się na przejściu granicznym, zaczynamy się zastanawiać, dlaczego część aut stoi pod prąd do stanowisk wjazdowych do Macedonii. Współczujemy też nieco autokarom, których znacząca część jest z Polski, gdyż ich kolejka jest znacznie dłuższa i posuwa się znacznie wolniej od tej dla osobówek. Na szczęście dla nas pogranicznicy postanowili większość przejścia granicznego przeznaczyć dla osób wjeżdżających do Serbii.  Jesteśmy dość szybko przekierowani do tych dodatkowych stanowisk “pod prąd” i tam ekspresowo przechodzimy kontrolę.

Ostatecznie, po jakiś 30-40minutach jesteśmy w Serbii. Naszym celem jest Vlasinskie Jezero i znajdujący się ta, rekomendowany przez internautów camping. Najpierw jednak musimy pokonać fragment autostrady oraz fragment nie-autostrady, poprowadzony po małych, wąskich drogach wiodących przez wioski i miasteczka. Jest ciemno, jak nie powiem gdzie, więc trzymamy się łańcuszka kilku aut, które “przeprowadzają” nas przez remontowaną, pełną rozjazdów i zjazdów część trasy. We Vladicin Han kierujemy się na Vlasinskie Jezero (są wyraźne drogowskazy). Wiedzie do niego kręta, lecz mająca dobrą nawierzchnię droga. W miejscowości Promaja zjeżdżamy w trasę wiodącą wzdłuż lewego brzegu jeziora, przy której miał znajdować się camping. Moja ruda logika podpowiadała, że do campingu będą kierowały wyraźna drogowskazy, strzałki, tabliczki, reklamy, whatever… Jakież było nasze zdziwienie, gdy po przejechaniu całej drogi po tej stronie jeziora nie znaleźliśmy niczego, co by w najmniejszym stopniu przypominało camping. Dostrzegliśmy za to mnóstwo żółtych tabliczek zapisanych gęsto cyrylicą, jak przypuszczaliśmy, zabraniających czegoś. Nie mamy jednak siły dogłębnie ich analizować. Kiedy na horyzoncie dostrzegamy jakiś ludzi, usiłujemy się od nich dowiedzieć, gdzie może znajdować się coraz bardziej enigmatyczny camping. Niestety, choć bardzo się starali, nie poprawili naszej sytuacji, gdyż poinformowali nas jedynie o tym, że chyba gdzieś jest, ale już od dawna nieczynny i opuszczony. Podawali do niego odległość od 20metrów do 2km. Niewątpliwie zmniejszało to obszar poszukiwań, ale nie do końca. 20 metrów od miejsca, w którym rozmawiamy z Serbami, znajdujemy co najwyżej plażę oraz rowery wodne. Teren nijak na camping nie wygląda. Coraz bardziej zmęczeni i sfrustrowani, decydujemy się odwiedzić pobliskie, znajdujące się powyżej drogi hotele i zapytać się o cenę noclegu. Najpierw zaglądamy do budynku, który ma w nazwie hotel, świeci się w nim światło, ale nie spotykamy tam nikogo żywego. Schodzimy zatem do obiektu znajdującego się nieco niżej, w którym nawet są ludzie i toczy się jakieś życie. Niezbyt miła pani w recepcji informuje nas, że nocleg w pokoju dwuosobowym ze śniadaniem kosztuje 180zł. Z lekka zaszokowani wychodzimy stamtąd spiesznym krokiem zastanawiając się, co to za dziwne miejsce. Marek decyduje, że podjedziemy do hotelu, który znajdował się w Promaja. Twierdził, że widział tam parę motocykli oraz camper, co mogło świadczyć o obecności innych turystów. Owszem, motocykle stały, a camper okazał się być zdezelowaną przyczepą campingową. Hotel mający dwie gwiazdki obsługiwany był przez wyjątkowo mrocznego jegomościa. Zaproponował nam nocleg w wysokości 10EUR od osoby, w pokoju, w którym nie sprzątane było od lat 70tych, a prysznic wyglądał, jakby się ktoś w nim za przeproszeniem zesrał (wybaczcie, innego określenia znaleźć się nie da). Jeszcze bardziej źli i zmęczeni wychodzimy stamtąd jeszcze szybciej, niż z pierwszego hotelu. Marek wykazał się jednak refleksem i na odchodnym pyta się jegomościa o camping. Ten stwierdza, że znajdziemy go po pokonaniu 10km. I tu następuje najzabawniejsza część historii z cyklu “a nie mówiłam!?” Otóż kilkakrotnie kręcąc się drogą wzdłuż jeziora mijaliśmy jakąś oświetloną budkę oraz drogowskaz pokazujący odległości do różnych miast na świecie, m.in. Berlina i Toki. Kilka razy próbowałam nakłonić Marka do zatrzymania się tam i sprawdzenia co to za miejsce. Mój ukochany narzeczony jednak cały czas mnie ignorował do momentu, w którym po przejechaniu 10km znaleźliśmy się obok nieszczęsnej, oświetlonej budki. Kiedy do niej podeszliśmy, znaleźliśmy na niej duży żółty napis AUTO CAMP oraz wywieszoną kartkę z cennikiem na 2014 rok. W panujących ciemnościach nie było widać, czy ktokolwiek w tej okolicy obozuje. Niemniej jednak mogłam powiedzieć “a nie mówiłam, że tu jest camping??” (ach ta dzika satysfakcja…szkoda, że szybko zniknęła pod wpływem świadomości, że przeczytane na temat campingu informacje w necie były sprzed paru lat. Kompletnie ten fakt zignorowałam…).

Przed północą udaje nam się rozbić namiot w pobliżu świecącej, campingowej budki. Cały czas towarzysza nam rozbłyski piorunów, lecz na szczęście dla nas burza nie przychodzi, a tylko przez chwilę pada deszcz. Zmęczeni i sfrustrowani szybo zapadamy w sen.

TAGI
Powiązane wpisy