Bałkany 2013 Bułgaria Rumunia

Bałkany 2013. Część 3 – Rumunia, Bułgaria i…Melnik

-
15 maja 2014

13 sierpień 2013

Wstajemy wcześnie rano. Fogarasze częściowo są za chmurami, a temperatura jest dość orzeźwiająca. Postanawiamy nie jeść śniadania, tylko od razu ruszać w dalszą drogą. Zwijamy z lekka mokry namiot i jedziemy.

Większość trasy wiodącej do Curtas de Arges wiedzie silnie zalesionymi terenami. Po paru minutach jazdy, między drzewami zaczyna prześwitywać widok na ogromne, sztucznie utworzone za pomocą tamy jezioro. Przez tamę przebiega sama Trasa Transfogaraska, a ogrom tej budowli robi mocne wrażenie. Ta gigantyczna, betonowa konstrukcja z jednej strony przylega do stromego, skalnego zbocza. Widok na góry i jezioro jest stamtąd naprawdę okazały. Po lewej stronie wznosi się niewielka wieża, we wnętrzu której można wspiąć się na zbocze góry, na której znajduje się coś na kształt tarasu widokowego. Ponad tym wszystkim wznosi się stalowy pomnik umięśnionego mężczyzny, najpewniej robotnika, trzymającego ręce powyżej głowy. Z Markiem zgodnie uznaliśmy, że jest to transformers. Kiedy natomiast podeszliśmy pod sam pomnik, mogliśmy podziwiać urodziwe pośladki tej istoty. Zaiste, zacny widok. Mogę zatem stwierdzić, że Trasa Transfogaraska oprócz gór ma do zaoferowania znacznie więcej i mam tu na myśli tamę, jezioro oraz pośladki transfogaraskiego transformersa.

Obok tamy

tama Trasa TransfogarskaMajestatyczny pomnik…

Pomnik…i jego pośladki

PomnikTama

Tama Trasa Transfogarska

TamaPo trwającej dość długo fotograficznej dokumentacji tego ciekawego miejsca, wyruszamy w dalszą drogę. Powoli opuszczamy zalesione tereny i wyjeżdżamy na równinę, pełną małych miejscowości. Niestety nasze tempo jazdy ulega znacznemu spowolnieniu, gdyż panuje spory ruch istot wszelakich. Kiedy docieramy do Pitesti, zatrzymujemy się na zakupach w Kauflandzie. Na dworze panuje tropikalna wprost temperatura, dlatego cieszymy się z działającej w sklepie klimatyzacji. Również Kianka ma swoje pięć minut i może najeść się do syta na stacji benzynowej.

Jedziemy dalej w stronę Bułgarii. Droga na granicę ciągnie się w nieskończoność. Kiedy docieramy do przejścia granicznego Vidin – Calafat możemy podziwiać dzieło, stworzone przez Rumunów i Bułgarów, czyli największy jak do tej pory most na Dunaju otwarty 15 czerwca 2013 roku. W Calafat odbywa się rumuńska i bułgarska odprawa graniczna, podczas której należy uiścić opłatę za przejazd mostem, w wysokości 6EUR za auto osobowe. Most rzeczywiście jest ogromny, a sam Dunaj bardzo szeroki. W rzece jest jednak mało wody, co wskazuje na suche, ciepłe i niezbyt deszczowe lato.

Nowiutki most

Most Vidin Calafat

Tuż za granicą motamy się nieco w kwestii winietek. Okazuje się, że są one obowiązkowe na terenie całej Bułgarii, więc na wszelki wypadek i dla świętego spokoju kupujemy jedną na stacji benzynowej. Koszt tygodniowej winiety to ok. 22zł.

Jazda przez Bułgarię nie sprawia nam większego kłopotu. Nawet remontowana trasa przez góry okazuje się być przejezdna i niezbyt ruchliwa. Na szczycie, przez który przebiega trasa robimy mały postój. Jest 17, a nam udaje się zjeść… śniadanie.

Nasza pokrętna droga

droga Bułgaria

Dalej kierujemy się w stronę Sofii, obok której po początkowych remontach udaje nam się wjechać na autostradę. Mkniemy naszym Kiankowym bolidem, a Marek stwierdza, że w tym tempie do Melnika, który był naszym bułgarskim celem, dotrzemy w półtorej godziny. Szybko jednak oboje zmieniamy zdanie, gdy autostrada się kończy i zaczynamy jechać jednopasmówką. Na nasze nieszczęście, o 21 na trasę wyruszają tiry, które miały obowiązkowy postój przez cały dzień, z racji wyjątkowo wysokich temperatur. Wyobraźcie sobie wąską, wijącą się drogę, kolumna tirów, a między nimi upchnięta Kianka. Dramat. Ani to towarzystwo wyprzedzić, ani przepchnąć. Ruch był taki, jak w Warszawie w godzinach szczytu. Tylko zamiast aut osobowych, wielkie tiry. Brrr…

Za Sandanskym nasz gps nieco się gubi, ale dość szybko udaje nam się odnaleźć właściwą drogę na Melnik. Bez żalu opuszczamy tirową drogę i zagłębiamy się w pustą, ciemną i wyjątkowo dziurawą trasę do najmniejszego miasta w Bułgarii. Oczywiście widziałam, że idealny dla nas nocleg czeka nie w Melniku, a poniżej Rożeńskiego Monastyru. I w tym momencie następuje ta część historii, której wolałabym nie pamiętać. Bo o zawodności pamięci będzie to opowieść. Nie wiem dlaczego, wydawało mi się, że nocując z Tomaszem obok Rożenu, o czym pisałam TU, byliśmy bardzo blisko samej miejscowości. Dlatego po dojechaniu na miejsce wpadłam w panikę, bo nie mogłam się odnaleźć. Pomroczność jasna to mało powiedziane. Ostatecznie zostawiamy Kiankę i idziemy drogą z zakazem wjazdu do góry. W nocy wszystko wygląda inaczej i nawe cerkiew, obok której nocowałam w 2010 nie wydała mi się znajoma. Dopiero, kiedy sprawdziłam, że przy samej cerkwi jest źródełko z wodą, a także zobaczyłam rozbite namioty, wiedziałam, że jestem we właściwym miejscu. Najzabawniejsze w tej historii jest to, że byłam święcie przekonana, iż w 2010 roku nie było w tym miejscu asfaltowej drogi. No cóż była..ale ja tego faktu nie zanotowałam. Morał z tej historii jest jeden – pamięć ludzka jest wyjątkowo zawodna.

Wracamy po Kiankę i podjeżdżamy na łąkę obok cerkwi. Rozbijamy namiot przy akompaniamencie psa, który wściekle gdzieś ujada. Noc jest niesamowicie upalna i rozgwieżdżona. Co chwile spada jakaś gwiazda. Ja po ciuchy rozmyślam o moich marzeniach, a jednym z nich jest to, abym nie miała problemów z pamięcią 😉

Zapisz

TAGI
Powiązane wpisy