Albania Bałkany 2014/15

BST 2014/15. Część 5 – mroźny dzień w Albanii

-
19 maja 2015

30 grudnia 2014

Poranek w Shkodra Bacpackers Hostel zaczął nam się bardzo pozytywnie – od pojawienia się Włocha. W nocy, kiedy spaliśmy, do hostelu powróciła trzyosobowa, włoska ekipa, która poprzedni dzień spędzała na jakiejś zorganizowanej wycieczce kończącej się degustacją jadła i napitku. Zarówno my, jak i Włoch, który znienacka pojawił się w naszej części dormitorium, byliśmy zaskoczeni obecnością drugiej strony. Generalnie uwielbiam Włochów za ich pogodną naturę, luźny sposób bycia i optymizm, jakim zarażają od pierwszych sekund rozmowy. Tak też było w przypadku Adriano (tak miał na imię nasz poranny rozmówca), który sprawił, że nawet zimno panujące w hostelu jakoś przestało mi przeszkadzać. Okazało się, że pochodzi z Triestu, gdzie jest aktywnym couchsurferem (jeśli poszukiwalibyście noclegu w tym mieście, to na CS wypatrujcie Adriano Forliano – chyba tak pisze się jego nazwisko – nie pożałujecie, gość jest nieprzeciętny), do Albanii przyjechał na parę dni, żeby trochę pozwiedzać. Stwierdził, że choć wstał niewyspany, to gdy zobaczył mnie, taką uśmiechniętą, od razu przestał żałować, że obudził się tak wcześnie. Ach…miód na moje serce. Marek jakoś mniej jest zachwycony Adriano, w sumie nie bardzo rozumiem dlaczego.

Siedzenie w zimnym hostelu, nawet mimo obecności sympatycznego Włocha, nie jest naszym priorytetem na dziś. Przede wszystkim chcemy zjeść na śniadanie ciepłego burka, później pójść na spacer po Shkodrze, no i wyruszyć w stronę Durres. Pakujemy zatem nasz majdan, żegnamy się z opiekunem hostelu oraz  wylewnie żegnam się z Adriano. Wrzucamy wszystko do auta i wyruszamy na spacer po Shkodrze. Pierwsza rzecz, do jakiej dość szybko dochodzimy, to fakt, że w Albanii lepiej nie być indykiem. Wszędzie, gdzie byśmy nie spojrzeli lub nie poszli, ktoś albo sprzedawał te wielkie ptaszydła, albo przewoził na rowerze/motorze, albo po prostu niósł na rękach. Dodać należy, że większość z ptaków była żywa i raczej świadoma czekającego ich losu. Szybko można było dojść do wniosku, że indyki będą królowały na albańskich stołach podczas zbliżającego się sylwestra. Cieszyliśmy się, że nie jesteśmy na ich miejscu.

Sklep ze wszystkim w Shkodrze

Shkodra sklep

Indyk na smyczy

indyk na smyczy

Inne zwierzaki do kupienia na ulicznych mini straganach

image0190

Shkodra

Przed śniadaniem zaglądamy do katolickiej katedry im. Matki Bożej Dobrj Rady. Za czasów komunistycznych pełniła rolę hali sportowej. Jednak została ponownie wyświęcona i to przez Jana Pawła II, który zawitał do Shkodry 25 kwietnia 1993 roku. Jej wnętrze jest mocno ascetyczne – w ogromnej przestrzeni jest stosunkowo pusto. Jedyne, co zachowało się z dawnego wyglądu tej świątyni, to drewniany strop, który dość szybko rzuca nam się w oczy. Tuż obok katedry, po lewej stronie znajduje się pałac biskupi, który mnie przypominał hiszpańską hacjendę – żółta fasada, zielone okiennice i stojące nieopodal wejścia palmy. Nijak mi się to miejsce nie kojarzyło z Albanią. I tu warto podkreślić, że wszystkie obiekty kościelne są bardzo zadbane, wyremontowane i schludne. Dodam jeszcze, że w trakcie naszego pobytu w katedrze, praktycznie co chwila ktoś się w niej pojawiał, by pomodlić się lub postać chwilę przy niewielkiej szopce (jej większa wersja znajdowała się nieopodal pałacu biskupów).

Ascetyczne wnętrze shkoderskiej katedry

katedra Shkodra

Pałac biskupów

pałac biskupów Shkodra

Zapominając o śniadaniu postanowiliśmy wyruszyć do drugiego, katolickiego kościoła w Shkodrze, do którego nie udało nam się dotrzeć poprzedniego wieczora. Choć widzieliśmy oświetloną dzwonnicę tej świątyni, to nijak, krętymi wąskimi uliczkami miasta nie byliśmy w stanie tam dojść. Za dnia udało nam się znaleźć kościół franciszkanów. Za czasów komunistycznych nie było tu hali sportowej, lecz kino. Tym, co od razu rzuca się w oczy, to obrazy zdobiące ściany wewnątrz kościoła. Przedstawiają one działania franciszkanów w okresie powojennym na terenie Shkodry. Niektóre sceny są dość drastyczne, krwawe i realistyczne, więc bardziej wrażliwe osoby oraz małe dzieci chyba mogą pominąć tę część zwiedzania. Niemniej jednak obrazy te stanowią sporą ciekawostkę i choć może ich wartość artystyczna nie jest najwyższa, to prezentują historię Albanii oraz to, jak komunizm wpłynął na religię oraz zwykłych ludzi. W trakcie naszego pobytu w kościele znajdowała się przepiękna wprost szopka, która swym wyglądem nawiązywała do albańskiego pejzażu.

W drodze do kościoła franciszkanów natknąć się można na budynek, którego fasada jest pięknie wyremontowana, natomiast za nią… można oglądać palmy i niebieskie niebo.

Shkodra

Jednak sporo kamienic w Shkodrze jest wyremontowana od początku do końca.

Shkodra

W kościele franciszkanów

image0199

Jak wspominałam malowidła są dość sugestywne

image0201

Szopka bardzo nam się podobała poprzez nawiązywanie do Albanii

image0202

Głód w końcu o sobie przypomniał, więc udaliśmy się do centrum miasta, by zjeść dobrego burka. Niestety miejsce, do którego trafiliśmy miało wyjątkowo paskudne i parszywe burki, więc nadal głodni i niezbyt zadowoleni poszliśmy dalej. Wspomagając się mapką, która otrzymaliśmy w hostelu, postanowiliśmy sprawdzić, co to jest “Fototeka Marubi“. Szczerze mówiąc nie mieliśmy zielonego pojęcia, a będąc poprzednie kilka raz w Shkodrze, nawet nie wiedzieliśmy, że coś takiego się tam znajduje. Trafić do fototeki wcale nie jest tak prosto, choć znajduje się bardzo blisko Ronda Demokracji, przy Rruga Nuri Bushati. Mała instrukcja jak tam dotrzeć: idąc od ronda na północ Rruga Qemal Draçini po przejściu ok.250metrów skręcamy w prawo w Rruga Nuri Bushati. Trzymając się lewej strony tej uliczki będziemy mogli zauważyć znak, kierujący do fototeki. Należy wejść w podwórze, następnie przejść przez metalową, otwartą bramę, iść wzdłuż betonowego muru, później wejść po schodkach do wnętrza budynku i oto jesteśmy w Fototece Marubi. Fototeka prezentuje zdjęcia, którego autorem jest Marubi – włoski emigrant, który opuścił swój rodzinny kraj z powodów politycznych. Przybył do Albanii w 1856 roku, ale nie sam. Zabrał ze sobą swój sprzęt fotograficzny, który dla Albańczyków był czymś kompletnie nowym. Marubi zamieszkał w Shkodrze – mieście na skraju Imperium Osmańskiego, które nie tylko było przyjazne wobec ludzi z innych krajów, ale przede wszystkim niesamowicie położone, tuż u podnóża wysokich i groźnych gór, nad wspaniałym i rozległym jeziorem. Miasto samo w sobie mogło inspirować “od pierwszego wejrzenia”. Marubi swój pobyt w tym albańskim mieście rozpoczął od nawiązania relacji z mieszkańcami, skrócenia dystansu między sobą a nimi, a później zaczął robić im zdjęcia. Stąd też można spotkać się z opiniami, że jego fotografie są autentyczne dzięki temu, że fotograf starał się jak najlepiej zrozumieć swoich “modeli”, ale przede wszystkim wzbudzał ich zaufanie. Zdjęcia są też takim rodzajem przekazu, który zrozumie praktycznie każdy. Nie trzeba mieć wyższego wykształcenia, nie trzeba umieć pisać lub czytać, by wiedzieć, co dana fotografia przedstawia. To między innymi dzięki temu Marubi zyskał ogromny szacunek wśród Albańczyków i stał się osobą bardzo poważaną. Fotografował biednych i bogatych, lecz to zdjęcia tych pierwszych wzbudzają najwięcej emocji, są najbardziej autentyczne i na swój sposób piękne. Wystawa w Shkodrze prezentuje kilkadziesiąt fotografii autorstwa Marubiego i jest zwiedzanie jest darmowe.

Rondo Demokracji – co z tego, że jest -10 stopni, fontanna musi działać 😉

Shkodra

Nieco enigmatyczne wejście do Fototeki

Fototeka Marubi

Te dwie fotografie autorstwa Marubiego najbardziej mi się spodobały

Fototeka Marubi

Będąc na fali zwiedzania zdecydowaliśmy się udać do muzeum historycznego, znajdującego się w domu staroalbańskim. W tym przypadku trafiamy bez najmniejszego kłopotu. Dom znajduje się za wysokim, grubym betonowym murem. Po przejściu przez bramę znajdujemy się w zupełnie innym świecie. Za murem panował typowy dla Albanii harmider – tu ktoś coś sprzedaje, tam gra muzyka, gdzie indziej ktoś się przekrzykuje z kimś innym. Wchodząc na teren muzeum historycznego, a zarazem etnograficznego trafiamy do świata ciszy, spokoju i ogromnego ładu. Osobą, która wita nas w staroalbańskim domu jest – Adriano. Okazało się, że mieliśmy wyjątkowe szczęście – tego dnia muzeum nie miało być czynne, ale ponieważ nasz znajomy Włoch umówił się wcześniej z opiekunem tego obiektu, również i my mieliśmy okazję go zwiedzić. Na parterze budynku znajduje się wystawa obrazów, prezentujących albańskie malarstwo z różnych okresów historycznych, a także sala poświęcona archeologii tego regionu Albanii. Na wyższej kondygnacji znajduje się rekonstrukcja wnętrza staroalbańskiego domu. Opiekun muzeum podkreślił, że niegdyś Albańczycy byli dużo bardziej zamożni niż są teraz (wiadomo, nie wszyscy, ale jednak ich status materialny dawniej miał się lepiej niż teraz) i bardzo lubili afiszować się ze swym bogactwem. Stąd też na strojach kobiet można było znaleźć wszyte złote monety, wszystko musiało być zdobne i z przepychem. Nasz przewodnik, niepytany zaczyna snuć rozważania na temat współczesnej Albanii. Stwierdza: “Dziś ludzie nie mają tyle pieniędzy, co kiedyś, ale też lubią się afiszować tym, co posiadają. Drogie auto? Jasne! Co z tego, że ma kilkaset tysięcy przebiegu, ileś lat i ściągnięte jest z innego kraju? Ogromny dom? Czemu nie, byleby tylko pokazać przed innymi, że mnie stać.” Albanię można zatem uznać za kraj pozorów i lekkiej ułudy, jakimi żyją tutejsi mieszkańcy. Ale czy można upatrywać się w tym czegoś złego? Raczej nie, w szczególności, że Albania, jeśli dobrze wykorzysta swoją szansę, jaką jest turystyka, może zarabiać znacznie więcej i ściągnąć do siebie sporo zagranicznego kapitału (więcej, względem tego, co już u siebie ma). Pobyt w muzeum był bardzo ciekawy. W szczególności, że dowiedzieliśmy się również co łączy Polskę z Albanią. Okazało się, że tym łącznikiem są akademie sztuk pięknych w naszym kraju. Podobno sporo Albańczyków z artystyczną duszą studiuje na nich (w szczególności na ASP w Krakowie), a wyuczone tam techniki czy style przenoszą do rodzimej sztuki. Oczywiście, nasz przewodnik a zarazem opiekun muzeum stwierdził, że latem naszych rodaków jest w Shkodrze bardzo dużo, co oczywiście go cieszy, aczkolwiek dziwił się dość mocno, co my robimy tam w grudniu. Ot taka nasza fanaberia 😉

Muzeum Historii Shkodry

Muzeum Historii Shkodra

Jeden z ciekawszych obrazów w muzeum

DSC02599

We wnętrzu domu

Muzeum Historii Shkodry

Tuż obok wejścia do muzeum sprzedawane były ręczniki

Muzeum Historii Shkodry

Przed opuszczeniem Shkodry przeszliśmy się pod piękny meczet Xhamia e Parrucës

Xhamia e Parrucës

Xhamia e Parrucës

Po pożegnaniu się z opiekunem muzeum udajemy się na małe zakupy i idziemy do opuszczonej, biednej i samotnej Kianki z bośniackim śniegiem na dachu, który od dwóch dni nie chce się stopić (w sumie byłoby dziwne, gdyby się stopił, w końcu na zewnątrz ciągle panowała temperatura ujemna). Nasze auto wyglądało dość zabawnie, gdyż było praktycznie jedynym samochodem w okolicy, które miało na sobie śnieg. Jeśli dodać do tego, że w okolicy nie było żadnego, innego śniegu, a wręcz można było dostrzec zieloną trawę, to już w ogóle robi się ciekawie.

Powoli żegnamy się z Shkodrą, choć tak nie do końca. Przed opuszczeniem miasta zajeżdżamy do Zamku Rozafa. Oczywiście nie po to, by zwiedzać ruiny (jakoś nie mamy do nich wyjątkowego sentymentu), lecz dla widoków. Pogoda jest bajkowa – słońce, niebieskie niebo i mróz, dzięki któremu widoczność jest naprawdę świetna. Spędzamy dłuższą chwilę w przy zamkowych murach, jednak dość szybko dochodzimy do wniosku, że musimy zmienić perspektywę. Obieramy sobie za cel wzgórze znajdujące się na przeciwko Zamku Rozafa, nieco bliżej centrum Shkodry. Na jego szczyt wspinamy się po dość stromym zboczu. Z góry rozciąga się równie wspaniały widok, co z poprzedniego punktu widokowego, z tą różnicą, że tym razem możemy spojrzeć na zamek z nieco większej odległości. Samo wzgórze usiane jest bunkrami oraz jakimiś tunelami między nimi. Niemiłosiernie wieje. Na tyle mocno, że stając na jakimś bardziej wystającym murku, mam wrażenie, że zaraz mnie zdmuchnie. Pomijając tę niewielką niedogodność – jest pięknie.

Widok na Alpy Albańskie spod zamku Rozafa

Alpy Albańskie

Jezioro Shkoderskie i pasmo Rumija

Shkodra

Peru? Nie to Shkodra

Shkodra

Drzewo oliwne na wietrze

drzewo oliwne

Usatysfakcjonowani fotograficznym plonem wyruszamy w dalszą drogę. Naszym kolejnym celem staje się Shëngjin – według nas jeden z brzydszych kurortów w Albanii, a może nawet na całych Bałkanach. Dlaczego postanowiliśmy się tam wybrać? Chyba trochę z sentymentu – nieopodal tego miasta po raz pierwszy nocowaliśmy w Albanii. A że był to nocleg z przygodami, to chcieliśmy zobaczyć, jak to miejsce się zmieniło na przestrzeni ostatnich, prawie 3 lat. Samo Shëngjin wygląda tak, jak wyglądało – rafineria, ogromne bloki-apartamentowce, pusto i jakoś tak nieprzyjemnie. Za portem kierujemy się w górę niewielkiego wzniesienia, po drodze, której stan wskazywał na rozkład albo rozpad, w każdym razie było gorzej niż 3 lata wcześniej. Dalsza jazda okazała się równie zabawna, bo droga została praktycznie całkowicie rozmyta przez spływającą z góry wodę. Po przejechaniu przez niewielki las docieramy do ogromnego, żółtego apartamentowca, który w 2012 był w budowie (prze którą zresztą mieliśmy przymusowy postój w tym miejscu). Obiekt ten wygląda na praktycznie niezamieszkany. Generalnie stoi i trochę straszy swoją żółcią. Niemniej jednak, tuż obok znajduje się ogromny bunkier, przy którym nocowaliśmy 3 lata temu. Niestety nie podjechaliśmy pod niego Kianką, aby zrobić takie samo zdjęcie, jak za pierwszym pobytem, ale mieliśmy trochę dość lokalnych dróg (a raczej duktów, bo droga to lekkie nadużycie). Maszerujemy dalej wzdłuż klifu by sprawdzić, jak zmieniły się tutejsze plaże. W 2012 dopiero była budowana cała infrastruktura. Okazuje się, że w sezonie funkcjonują tu przynajmniej dwa większe ośrodki, z czego jeden oferuje camping. Wszystko wyglądało poza sezonem na ogarnięte i zadbane i o dziwo walało się tam mniej śmieci, niż te 3 lata wcześniej. Wybrzeże w tej części Albanii jest piaszczyste, a nieco dalej na północ od Shëngjin można podziwiać sporej wielkości wydmę. Gdyby jeszcze nie było tak zimno, to można by pomyśleć, że jest wiosna albo lato. Niestety temperatura oraz huraganowy momentami wiatr nie pozwalały zatopić się w marzeniach.

Port w Shëngjin

image0245

Ten “apartamentowiec” był w budowie w 2012 roku

Shëngjin

Bunkier przy którym nocowaliśmy w 2012 i ten sam bunkier prawie 3 lata później

Desktop9

Plaża nieopodal Shëngjin

image0251

W drodze powrotnej do centrum Shëngjin

image0252

Opuszczamy rejon plażowy i wracamy do “centrum” Shëngjin. Kupujemy tam przepyszne wprost burki (do tego stopnia nam smakowały, że wracaliśmy po dokładkę), które ze względu na panujący ziąb pałaszujemy we wnętrzu Kianki. Później wyruszamy na miejską plażę, by obejrzeć zachód słońca. Bardziej jednak naszą uwagę przyciąga tamtejsza promenada, która wygląda tak, jakby ktoś ją zbombardował. Dziury, doły, część z nich zalana wodą – generalnie koszmar, po którym i tak dzielnie przemieszczali się kierowcy – desperaci. Trochę jest to wszystko dziwne, bo tuż obok promenady znajdują się nowe, niektóre nawet całkiem ładne, budynki, a chodnik dla pieszych jest w całkiem dobrym stanie. Dlaczego nie można było zrobić porządnej drogi dla aut? Tego nawet najstarsi Albańczycy nie wiedzą.

“Przecudnej” urody promenada w Shëngjin

Shëngjin

Bardzo wietrzny zachód słońca

Shëngjin

Zachód słońca w Shëngjin mógłby być bajkowy i piękny, niestety wiatr i zimno były na tyle dotkliwe, że szybko powróciliśmy do samochodu. Nasz plan, by tę noc spędzić w namiocie lub w Kiance na Półwyspie Rodonit szybko upadł. Prawdopodobnie by nas stamtąd zdmuchnęło i teraz nie mogłabym Wam opowiedzieć naszej zimowej, bałkańskiej historii. Uznaliśmy, że noclegowego szczęścia poszukamy w Durres i to tam spędzimy sylwestra. Opuszczamy zatem Shëngjin i udajemy się nieco bardziej na południe. Dojazd do tego kolejnego w Albanii portowego miasta zajmuje nam niewiele czasu. Niestety, kiedy tam docieramy jest już ciemno. Wada zimowego podróżowania – dzień jest stanowczo za krótki!

W Durres następuje epopeja pt. “ruda i Marek szukają noclegu”. Najpierw postanawiamy odnaleźć hostel, o którym wspomniał nam opiekun podobnego przybytku w Shkodrze. Chyba z dziesięć razy przechodzimy obok budynku hostelu niego, zanim udaje nam się go dostrzec. Znajduje się praktycznie w samym centrum, przy placu, na którym znajduje się ratusz miejski (w grudniu 2014 plac był w remoncie), na przeciwko meczetu Faith. Hostel był w trakcie jakiejś przebudowy, rezydowali w nim jego opiekunowie oraz dwójka zabłąkanych turystów. Panował w nim chyba jeszcze większy ziąb niż na zewnątrz, co od razu nas nieco zniechęciło. Koszt noclegu -11EUR od osoby, a w cenie ciepły prysznic i lodowata temperatura w pokoju. Szybko zrezygnowaliśmy i postanowiliśmy poszukać szczęścia w jakimś hotelu. W tym celu udaliśmy się do informacji turystycznej, która znajduje się tuż obok portu i Wieży Weneckiej. Informacja, to jednak za dużo powiedziane – pracująca tam pani nie znała żadnego języka, w którym dałoby się dogadać, a jej głównym zajęciem było sprzedawanie pamiątek. Za nie szybko podziękowaliśmy i postanowiliśmy czegoś poszukać na własną rękę. Wyruszyliśmy drogą wzdłuż wybrzeża, wiodącą w stronę północy.  Pierwszy hotel, do którego weszliśmy, odstraszył nas jakimiś horrendalnymi wprost cenami. Ale w drugim, do jakiego wstąpiliśmy, okazało się, że nie tylko stać nas na nocleg, ale jego koszt jest niewiele wyższy niż w hostelu. 24EUR za dwuosobowy pokój, to tylko o 2EUR więcej niż w nieszczęsnym, mroźnym hostelu. Szybko dogadujemy się z panem z recepcji i po chwili Marek wraca po Kiankę, którą zaparkowaliśmy nieco bliżej centrum. Ja zostaję w Hotelu Kristal i pilnuję naszego miejsca parkingowego.

Gdy wraca Marek oraz Kianka wyruszamy do naszego pokoju. Pierwsze wrażenie po wejściu do środka – kurde, ale tu zimno! Na szczęście Marek odkrywa, że klimatyzacja ma funkcję grzania, więc ustawiamy dmuchawę tak, by szybko wypełniła wnętrze ciepłem. Gorzej sprawa się ma z łazienką, która ma naturalny wywietrznik, czyt. wyciągniętą ze ściany jedną cegłę, przez którą cały czas do środka wlatuje lodowate powietrze. Stąd też szybko ukute zostaje hasło: “trzeba wywietrzyć pokój”, które oznaczało ni mniej ni więcej otworzenie drzwi do łazienki.

Wieczór spędzamy leniwie, w towarzystwie laptopa oraz piwa, planując nasz ostatni dzień 2014 roku.

TAGI
Powiązane wpisy