Bałkańskie sprawy

Hostelowe refleksje

-
15 stycznia 2015

Wiele podróżujących po świecie osób korzysta z hosteli. Ja do tej pory nocowałam w schroniskach górskich, ale nigdy przenigdy w hostelach. Słyszałam o nich wiele dobrego, w szczególności, że są śmiesznie tanie, najczęściej położone w ciekawych lokalizacjach i prowadzone przez interesujących ludzi, którzy są w stanie przekazać wiele cennych informacji na temat miasta/okolicy, w których się przebywa. Brzmi dobrze? Oczywiście! Ale w wśród tych superlatyw znajduje się przynajmniej jedna, która w rzeczywistości wcale nie jest taka super, w szczególności, gdy jest się podróżującą parą. Ale zacznijmy od początku.

hostel ShkodraPlanując na szybko i tworząc na kolanie zarys naszego bałkańskiego, sylwestrowego tripa założyliśmy sobie, że przynajmniej w dwóch miastach – Sarajewie i Skopje, będziemy nocować pod dachem. Wtedy jeszcze w swej błogiej naiwności myśleliśmy, że uda nam się część wyjazdu przekimać pod namiotem. Pogoda pokazała nam, co uważa na temat tego pomysłu i zaserwowała nam temperatury znacznie poniżej zera, a nawet poniżej minus 10 stopni. No ale, jeszcze w będąc w Polsce uznaliśmy, że musimy mieć nocleg w Sarajewie, do którego mieliśmy dojechać w ciągu 15h oraz w Skopje, gdzie mieliśmy spędzić kilka, intensywnych i pracowitych dni. Poszukiwania zaczęliśmy od polecanego przez wielu portalu airbnb oraz po prostu korzystając z wyszukiwarki. Jakież było nasze niemałe zdziwienie, gdy okazało się, iż ceny hosteli są…wysokie, a momentami naprawdę wysokie. No ale nic to, udało nam się znaleźć w jednym, jak i drugim mieście hostele, które względnie odpowiadały nam cenowo. Oczywiście, gdybyśmy mieli więcej czasu, to pewnie udałoby nam się namierzyć lepsze/tańsze opcje, ale wyszło jak wyszło. A lepsze opcje można znaleźć chociażby przez portal HotelsCombined, który polecamy!

26 grudnia wyjechaliśmy i po prawie 17 godzinach jazdy dotarliśmy do Sarajewa. Hostel znaleźliśmy bez większego problemu i okazał się być naprawdę super. Pewien zgrzyt, który mieliśmy gdzieś z tyłu głowy, dotyczył Kianki. W teorii, mailując z opiekunem hostelu padło stwierdzenie, że pomoże nam coś dla niej znaleźć. Owszem, znalazł, ale w efekcie nocleg Kianki na miejskim parkingu kosztował nie wiele mniej od naszego, hostelowego. Szybki wniosek – jadąc do jakiegokolwiek miasta autem, szukajcie od razu noclegu z parkingiem, inaczej możecie się zdziwić. No dobra, pomijając ten drobiazg, hostel był naprawdę super, opiekun świetny i potrafiący doradzić, gdzie pójść, co zobaczyć, co zjeść itd. Nocowaliśmy w „8 bed dorm”, mając go przez pierwszą noc tylko dla siebie. Na kolejne dołączyli do nas towarzysze, ale ponieważ praktycznie w hostelu nie przebywaliśmy, to ta dodatkowa obecność osób „trzecich” nam nie przeszkadzała. Generalnie nie mieliśmy czasu (ani siły) na hostelową integrację, choć wiele osób właśnie to wskazuje jako największą zaletę nocowania w tych przybytkach – możliwość kontaktu z ludźmi z całego świata. Wszystko fajnie, ale po prawie 20km „spaceru” padaliśmy na pysk i tyle wychodziło z naszego integrowania się z resztą mieszkańców.

Na dalszym etapie podróży, sytuacja pogodowa, a dokładniej mróz, zmusił nas do poszukania noclegu najpierw w Shkodrze, później w Durres. W pierwszym mieście jest zasadniczo jeden hostel, w którym po negocjacjach cenowych zdecydowaliśmy się zostać. W sumie, mogliśmy nocować w Kiance, byłoby nam równie ciepło. Hostel nie posiadał ogrzewania (pomijam jeden, mały piecyk w pokoju opiekuna) i było w nim równie rześko, jak na zewnątrz. Śpiwory puchowe zdały egzamin, a my nie zamarzliśmy. Owszem, miejscówka jest super, ale na lato. Zimą…cóż trzeba chyba wlewać w siebie duże ilości rakii, żeby człowiekowi było względnie ciepło, bez zakładania na siebie tony ubrań i siedzenia po czubek głowy zawiniętym w śpiwór.

Nasze kolejne spotkanie z hostelem nastąpiło w Durres. Tam również jest tylko jeden tego typu przybytek. Generalnie jak łosie nie mogliśmy go nijak odnaleźć, choć jest w samym centrum. Za nocleg w jego lodowatym wnętrzu, w pokoju wieloosobowym chciano od nas po 11EUR od osoby. Na szczęście coś nas tknęło i poszliśmy się popytać o ceny w hotelach. Za 12.5EUR od osoby mieliśmy nocleg w normalnym pokoju, z łazienką i ogrzewaniem pod postacią klimatyzacji, która na szczęście oprócz chłodzenia miała opcję dmuchania ciepłym powietrzem. Niewielka różnica cenowa, a znaczna różnica w komforcie.

Do jakich wniosków doszliśmy?

Hostele są idealne dla osób podróżujących samotnie. Niewątpliwie podróżującym parom bardziej się czasami opłaca dopłacić niewielką kwotę, by mieć nieco lepszy komfort i więcej prywatności (a także więcej kontaktów :P) niż płacić i tak dużo za hostel i spać w tłumie. Osobom, które podróżują samotnie hostel pozwala poczuć się częścią grupy, spędzić czas w towarzystwie, zapłacić mniej za nocleg, bo rzadko kiedy zwykłe hotele czy pensjonaty posiadają „jedynki”.

Hostele to dobry biznes. Wystarczy lokum, wciśnięcie do niego jak największej ilości łóżek, zaadaptowanie pod potrzeby noclegowiczów i dojenie kasy. Z całym szacunkiem – 40zł za pokój wieloosobowy??? Tyle płaciłam kiedyś za nocleg ze śniadaniem w Chacie Teryego w Tatrach Słowackich, ale to schronisko jest ulokowane na wysokości 2000m n.p.m., a nie w środku miasta!!!

Hostel dla mieszczuchów. Generalnie jeśli wybieramy się w podróż i nastawiamy się tylko na zwiedzanie miast, to nocleg w hostelach jest rozwiązaniem idealnym. Bo zazwyczaj większość z nich ma dobrą lokalizację, blisko centrum; można w nich zdobyć darmowe mapki czy informatory a potrzebne informacje zaczerpnąć od ich pracowników. My jednak z Markiem mamy nieco inny styl podróżowania, bo latem wolimy być gdzieś na łonie natury, niż w rozgrzanym do czerwoności, upalnym mieście. Co innego, gdy do snu szumi nam morze, a rano budzi hurgot cykad, a co innego gdy w mieście wieczory i poranki umilane nam są przez jazgot aut. Mimo wszystko wolę latem mój namiot, widok na morze lub góry, a nie miasto.

Hostel dla imprezowiczów. Odnoszę wrażenie, że takie osoby jak ja i Marek, które z pobytu w danym mieście wyciskają maksimum, chyba nie nocują w hostelach. Kiedy byliśmy w Sarajewie większość hostelowiczów nie wyściubiała nosa na zewnątrz, nawet gdy pogoda była znośna. Głównie spędzali czas przed komputerem, ewentualnie pijąc browary/wino. My jednak wychodziliśmy z założenia, że skoro wydaliśmy kasę oraz poświęciliśmy czas na dojazd na Bałkany, to nie będziemy siedzieć i nic nie robić. Tym możemy się „zajmować” w Polsce.

Hostele są modne. „Hostel alternatywny”; „Hostel artystyczny”, „Hostel dla samotnych” itd. itd. To tylko parę hasełek, jakimi hostele chcą przyciągnąć klientów. W jakiś sposób stały się one miejscami modnymi, w których warto bywać/nocować będąc w podróży. Kuszą „dizajnem”, ciekawym wyglądem, nietypowymi meblami, imprezami tematycznymi i innymi tego typu wabikami. Fajnie jest nocować w nietuzinkowym miejscu, ale bez przesady. Podróżując, miejsce w którym nocuję ma drugo-, a nawet trzeciorzędne znaczenie. A i tak najpiękniejsze noce spędzałam np. na przystanku autobusowym w Strbskim Plesie czy pod namiotem, gdzieś wysoko w górach. Nawet najlepszy „dizajn” wymięka w zetknięciu z pięknem przyrody. Sorry…

 – Hostele są dla tych, którzy mają refleks. Ewentualnie z dużym wyprzedzeniem planują wyjazd. Jakież było nasze zdziwienie, gdy pisząc do niektórych hosteli dowiadywaliśmy się, że nie mają wolnych miejsc. W grudniu. Pomiędzy świętami. W zimie. Chyba nie chcę wiedzieć, co dzieje się w nich w sezonie i jaki „przerób” ludzi wtedy mają. Oczywiście mam na myśli te bardziej popularne, „dżezi trendy”, wypromowane hostele, do których trafia się w pierwszej kolejności dzięki wyszukiwarkom wszelkiej maści. Aczkolwiek w tych mniej wypasionych zdarzało nam się otrzymać maila „Sorry, nie mamy wolnych miejsc.”

Hostele dla backpackerów. Niewątpliwie dominującą grupą osób nocujących w hostelach są backpackerzy. To zrozumiałe – do plecaka można spakować ograniczoną ilość rzeczy i czasami trzeba polegać na takich dobrodziejstwach cywilizacyjnych, jak choćby kuchnia. Jeżdżąc autem ma się większą samowystarczalność, nawet jeśli posiada się tak niepozorny samochód, jakim jest Kianka. Standardowo pakujemy ze sobą sprzęt biwakowy: namiot, karimaty, śpiwory, palnik, menażki, naczynia itd., dzięki któremu możemy w każdym miejscu rozstawić nasz obwoźny dom i nie musieć się martwić brakiem kuchennego blatu czy łóżka. Oczywiście ten wariant odpada, gdy jest super mroźna zima, ale przez większą część roku sprawdza się rewelacyjnie i do tego jest niskobudżetowy.

Od hostelu lepszy couchsurfing. Zasadniczo, gdybym została postawiona pod ścianą i kazano mi wybrać: nocleg w hostelu czy przez CS, wybrałabym bramkę numer dwa. Niestety przy spontanicznych wyjazdach nie łatwo znaleźć nocleg u kogoś w domu, ot tak. Na zapytania wysłane 21 grudnia dostaję odpowiedzi teraz. To niestety wada CS, ale przy przygotowywaniu się z wyprzedzeniem, przestaje być tak istotna.

Niewątpliwie pewnie zdarzy nam się jeszcze kiedyś nocować w hostelach. Ale żeby się nimi jakoś super podniecać, że to taki ekstra sposób na nocowanie w podróży? No my do tego grona nie należymy. Owszem, widzimy ich ogromny potencjał i plusy, ale ze względów ekonomicznych, latem, raczej nie będziemy do nich zaglądać.

Niemniej jednak, gdyby nie nocleg w skopijskim hostelu, nie poznałabym Gorana, który jest obecnie moim ogromnym wsparciem podczas realizowania pewnego projektu. Jego wiedza, cierpliwość i chęć pomocy jest nieoceniona. Czegoś takiego nie da się przeliczyć na kasę, więc za to idei hostelu jestem wdzięczna.

Jestem ciekawa Waszych, hostelowych refleksji i doświadczeń. Korzystacie? Lubicie /  nie lubicie? Polecacie / nie polecacie? Czekam na Wasze opinie i komentarze.

TAGI
Powiązane wpisy