Bałkany 2015 Bułgaria Turcja

Balkan Orient Trip – Beglik Tash, Warwara, Silistar i droga do Turcji

-
17 listopada 2015

Po pobycie w Nesebyrze skierowaliśmy się na samo południe bułgarskiego wybrzeża, które miało okazać się równie zaskakujące i ciekawe, jak to na północy. Po noclegu na ogromnym Campingu Gradina obok Sozopola, jedziemy do wyjątkowo tajemniczego miejsca. Tak tajemniczego, że aż gubimy do niego drogę.

Plaża przy Campingu Gradina

Camping Gradina

Beglik Tash, bo o nim mowa, położony jest niedaleko miejscowości Primorsko, od której wiedzie do niego droga. Na całym, dość pagórkowatym terenie znajduje się wiele szlaków pieszych/rowerowych. Ponieważ jeszcze tego samego dnia musimy znaleźć się w Stambule, nie decydujemy się na dłuższy spacer. Od asfaltowej drogi odbija w prawo bity dukt wiodący przez las, który doprowadza do niewielkiego parkingu obok samego Beglik Tash. No dobrze, ale pewnie zapytacie się, co skrywa ta dość intrygująca nazwa. Otóż na sporej łące ułożone są w różnych konfiguracjach ogromne głazy, które całościowo służyły jako miejsce kultu i składania ofiar. Zwane jest często bułgarskim Stonehenge. Wokół tego miejsca krąży wiele mitów i legend, jednak badacze doszli do wniosku, że jest to trackie sanktuarium sięgające swą historią epoki brązu. Monolityczne skały są pochodzenia wulkanicznego, a swoje niesamowite kształty zawdzięczają działaniu morskich fal, wiatru oraz deszczu. Oprócz funkcji religijnej, Beglik Tash było również kalendarzem astronomicznym oraz zegarem słonecznym. Praktycznie każda znajdująca się tam skała spełniała jakąś określoną funkcję. I tak mamy np. łoże małżeńskie, na które składa się centralnie położony kamień w kształcie łoża oraz czterech innych kamieni, znajdujących się po bokach, pełniąc rolę ramy. We „wschodniej” części łoża znajduje się wyrzeźbiona poduszka, której umiejscowienie wskazuje, że głowa leżącego skierowana była ku wschodzącemu słońcu. Na „łożu” tym kapłan i kapłanka w czasie rytuałów odprawianych w noc przed letnim przesileniem prezentowali święte zaślubiny między Bogiem Słońcem a Boginią Matką. Oczywiście w sanktuarium znajduje się też ołtarz. Rozpoznać można go po tym, że w górnej części wyrzeźbione ma cztery rowki, będące zbiornikami na cztery święte płyny: wodę, wino, mleko oraz oliwę z oliwek, które wlewano tam w trakcie obrzędów. Było to również miejsce składania ofiar, głównie jagód, jabłek, winogron, chleba czy ziaren, zaś dużo rzadziej zwierząt. Ciekawym miejscem w Beglik Tash jest labirynt, czyli wąska, mająca 2 metry szczelina między skałami, przez którą przechodząc można było osiągnąć duchowe oświecenie.

Beglik Tash w pełnej okazałości

Beglik Tash

Beglik Tash

Beglik Tash

Beglik Tash

W sezonie za zwiedzanie Beglik Tash zapłacimy 2levy od osoby dorosłej, a 1lev za dziecko. Samochód parkujemy za darmo. Od pań sprzedających bilety dostaliśmy na czas zwiedzania kartkę z opisem konkretnych skał w języku polskim (stąd też mogłam Wam zamieścić opis łoża i ołtarza). Choć na początku byliśmy nieco zawiedzenie wyglądem Beglik Tash, to z perspektywy czasu i zdjęć, które tam wykonaliśmy, doszliśmy do wniosku, że jednak warto tam zajrzeć, jeśli akurat jest się w tej okolicy. Bo mając więcej czasu można pospacerować sobie po tamtejszym ciekawym terenie, które w upale oferuje całkiem sporo cienia.

Po pobycie w Beglik Tash chcieliśmy się udać na Maslen Nos (nos czyli półwysep), znajdujący się poniżej skalnego sanktuarium. Okazało się jednak, że nie ma opcji, by dojechać tam samochodem (no chyba, że posiada się terenówkę, a nie Kiankę). Ponieważ nie mamy zbyt wiele czasu, nie decydujemy się na pieszą wędrówkę i zaglądamy jedynie na urokliwą, lecz mocno zatłoczoną Perłową Plażę obok opuszczonego hotelu. Cały czas docierają do nas zdania wypowiadane w języku polskim, bo jak wiadomo Bułgaria, jako wakacyjna destynacja, wciąż cieszy się sporą popularnością wśród naszych rodaków. Nie decydujemy się jednak na plażowanie w tym miejscu, gdyż mieliśmy wybrane do tego celu zupełnie inną destynację.

Zdjęcie z cyklu: pocztówka z wakacji

perłowa plaża

Kierujemy się jeszcze dalej na południe. W okolicy miejscowości Warwara przystajemy na dłużej oczarowani przepięknymi klifami. Robią naprawdę niesamowite wrażenia, w szczególności gdy fale rozbijają się o nie tworząc spore, spienione bałwany. Marek lata dronem, ja zaś biegam z aparatem, kompletnie oczarowana klifami Warwary.

Klify Warwary

Warwara

WarwaraStamtąd jedziemy praktycznie na samo południe bułgarskiego wybrzeża, pod granicę z Turcją, do plaży Silistar. Położona w pewnej odległości od asfaltowej drogi, skrywa się w niewielkiej zatoczce. Choć znajduje się na kompletnym odludziu (w pobliżu nie ma żadnych zabudowań, a droga do niej wiedzie przez dość gęsty las), to cieszy się sporą popularnością. Na plaży można wypożyczyć leżaki i parasole, jest też knajpka oferująca dania obiadowe oraz zimne napoje w bardzo przystępnych cenach. Plażowiczów jest sporo, jednak ich ilość nie przytłacza. Zatoczka przy Silistar ma jedną ciekawą cechę – tworzą się tam ogromne fale, które sprawiają, że praktycznie nie da się tam pływać, za to można dobrych kilka godzin spędzić skacząc na nie i taplając się w wyjątkowo ciepłych wodach Morza Czarnego. Choć nie lubię wysokich fal, to bawiłam się tam przednio, dopóki nie zostałam na chwilę wciągnięta do wody i przetoczona po dnie morskim. Na chwilę mnie to wytrąciło z równowagi (w przenośni i dosłownie), jednak po chwili dalej radośnie skakałam na falach. Jest też powód, dla którego w szczególności panom spodoba się w Silistar. Ja tego na szczęście nie doświadczyłam, ale bardzo wielu dziewczynom silne fale zdejmowały staniki od kostiumów kąpielowych. Co chwilę widać było, jak któraś w popłochu szuka na falach zguby, usiłując osłonić się rękami.

Urokliwa plaża Silistar

Silistar

Pobytem w Silistar kończymy pierwszy, bałkański etap naszej wyprawy. Wprost z plaży wyruszyliśmy w drogę do Stambułu. Wybraliśmy trasę nr 99 z Carewa, która okazała się być jedną, wielką męczarnią. Choć droga wiedzie przez góry, to cały czas poprowadzona jest lasami, przez co nie ma absolutnie żadnych widoków i człowiek nudzi się jak mops. Gorszym aspektem było jednak to, że asfalt jest tam dziurawy jak ser szwajcarski, w efekcie prędkość podróżna spada do 20-30km/h. Nie dziwi nas fakt, że praktycznie nikt tamtędy nie jeździ. Niestety wyszło nam, że to i tak najszybsza i najprostsza droga, by z Silistar dostać się do przejścia granicznego Małko Tyrnowo – Dereköy. Po dotarciu do Małko Tyrnowo stwierdzamy, że musimy koniecznie zatankować Kiankę. Oczywiście nie wpadamy na to, że przed granicą znajdziemy jakąkolwiek stację, więc przejeżdżamy przez całe miasteczko w jej poszukiwaniu. Jak łatwo było przewidzieć, kiedy już nasze auto jest nakarmione, tuż przed granicą trafiamy na świeżo wybudowany Lukoil. Na samym przejściu granicznym nie ma większego ruchu. Bułgarzy dość szybko nas przepuszczają, natomiast na granicy tureckiej trochę ciężko jest nam się połapać, co my w ogóle mamy tam zrobić. Najpierw zostawiamy Kiankę na parkingu, a następnie udajemy się do sporego budynku, w którym przechodzimy trzy różne kontrole. W pierwszej kolejności pokazujemy nasze paszporty oraz wcześniej wykupione przez internet wizy. Odpowiednie pieczątki lądują w naszych dokumentach. Później sprawdzane są dokumenty od auta. I tu następuje chwila dość nerwowego wyjaśniania, że jestem jednym z trzech właścicieli Kianki. Otóż po zmianie dowodu rejestracyjnego na nowy, widnieje w nim tylko jeden właściciel (mój tata), a pozostałych dwóch właścicieli (ja i moja mama) skrywamy się pod enigmatycznym ciągiem cyfr. Pogranicznik stwierdził, że powinnam mieć dokument potwierdzający to, że mogę użytkować auto. No ale po co, skoro jestem właścicielką samochodu, tylko nasze nieszczęsne urzędu komplikują życie tego typu akcjami. Ostatecznie pokazuję w dowodzie osobistym, że główny właściciel jest też moim tatą i chyba dzięki temu nasza dwójka i Kianka dostajemy pozwolenie na wjazd do Turcji, choć słyszę, że następnym razem będę musiała posiadać stosowne dokumenty. Gdy później poszłam z tą sprawą do urzędu, usłyszałam, że mam jeździć z kartą pojazdu, bo w dowodzie rejestracyjnym nigdy nie będę „widoczna”, no chyba że stanę się głównym właścicielem (a nie stanę się, bo jednak nie posiadam takich zniżek na ubezpieczenie, jak mój tata). Ostatnim etapem naszych granicznych doświadczeń jest kontrola celna. Jeśli kojarzycie z kreskówki Goofiego, to tak mniej więcej wyglądał turecki celnik. Do tego był wybitnie flegmatyczny, więc dopiero gdy uzbierało się kilka aut do kontroli, łaskawie wyszedł ze swej kanciapy. Większość aut tylko omiótł wzrokiem, jeden (na szczęście nie nasz), jakoś bardziej dogłębnie przejrzał. Mając już wszystkie pieczątki w paszporcie mogliśmy opuścić parking i udać się do budki ze szlabanem, gdzie jeszcze raz sprawdzono nasze paszporty, wizę, zieloną kartę oraz dowód rejestracyjny. Później mogliśmy już udać się w drogę do Stambułu!

Turcja

TAGI
Powiązane wpisy